

Ateizm kulturowo bardzo często uchodzi dziś za stanowisko mądrzejsze. Nie tylko za jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie o świat, ale za odpowiedź dojrzalszą, trzeźwiejszą, bardziej logiczną i mniej podatną na złudzenia. Ateista ma uchodzić za tego, który „nie wierzy”, tylko myśli — choć przy głębszym spojrzeniu okazuje się, że każde myślenie opiera się na jakimś zawierzeniu.
Uznanie pierwszej przyczyny zostaje natomiast często zepchnięte do sfery „samej wiary” — rozumianej pogardliwie, jako coś mniej rozumnego, bardziej psychologicznego, bardziej naiwnego. Ma wynikać z potrzeby sensu, lęku przed pustką albo nieumiejętności przyjęcia, że świat po prostu istnieje.
Problem polega na tym, że przy pytaniu o pierwszą przyczynę role są odwrotne.
To nie ateizm stoi tu automatycznie po stronie wiedzy. To nie ateizm ma z samego faktu odrzucenia pierwszej przyczyny przewagę logiczną. W sprawie pierwszej przyczyny ateista bardzo często nie ma wiedzy, lecz mniemanie poznawcze — o ile nie potrafi wykazać, że świat, materia albo prawa natury mają podstawę w sobie.
Nie znaczy to, że każdy człowiek uznający pierwszą przyczynę ma od razu wiedzę. Może przecież powtarzać cudzy wniosek, przyjmować go z wychowania, tradycji, środowiska albo własnego odruchu. Wtedy również pozostaje na poziomie mniemania. Wiedza pojawia się dopiero wtedy, gdy rozum rzeczywiście przechodzi drogę argumentu i rozpoznaje, że to, co zależne, nie może być własną ostateczną podstawą.
Dlatego spór nie przebiega między „ateistą, który wie” a „człowiekiem uznającym pierwszą przyczynę, który tylko wierzy”. To byłoby zbyt proste i fałszywe. Spór przebiega między rozpoznaniem a mniemaniem. Między doprowadzeniem pytania do końca a zatrzymaniem go w miejscu, które tylko kulturowo wygląda na bardziej racjonalne.
Czytaj również: Wiedza jako etap wiary. Mniemanie poznawcze, źródło i stopnie zawierzenia
Mniemanie poznawcze nie jest zwykłą pustą opinią. To pierwszy obraz rzeczywistości, jaki człowiek nosi w sobie, zanim naprawdę sprawdzi jego podstawy. Może zawierać fragmenty prawdy. Może opierać się na faktach, pojedynczych obserwacjach, trafnych zdaniach, dobrych źródłach albo rozsądnych intuicjach. Ale fragment prawdy nie czyni jeszcze całego obrazu wiedzą.
Problem zaczyna się wtedy, gdy mniemanie przeżywa siebie jak wiedzę.
Człowiek mówi wtedy: „wiem”, choć w rzeczywistości zawierzył pewnemu obrazowi, nie sprawdzając jego podstaw. Czuje pewność, ale ta pewność nie musi wynikać z dobrze przeprowadzonego rozumowania. Może wynikać z kultury, języka, środowiska, powtarzalności pewnych haseł albo z tego, że dane stanowisko ma społecznie silniejszy wizerunek.
Właśnie tak często działa ateizm kulturowy. Nie musi za każdym razem przeprowadzać argumentu przeciwko pierwszej przyczynie. Nie musi wykazywać, że świat, materia, prawa natury albo nagi fakt istnienia mają podstawę w sobie. Wystarczy, że występuje w masce rozumu. Wystarczy, że został skojarzony z nauką, trzeźwością i dojrzałością.
A przecież skojarzenie nie jest jeszcze argumentem.
Jeśli ktoś mówi: „świat po prostu istnieje”, to nie posiada przez to wiedzy o ostatecznej podstawie świata. Posiada stanowisko. Jeśli mówi: „materia wystarczy”, ale nie wykazuje, że materia istnieje sama z siebie i nie potrzebuje żadnej podstawy, to nie posiada wiedzy. Posiada mniemanie. Jeśli mówi: „prawa natury wyjaśniają wszystko”, ale nie wyjaśnia, czym są prawa natury, dlaczego istnieją i dlaczego obowiązują, również nie wychodzi poza mniemanie.
Może to być mniemanie pewne siebie, kulturowo wzmocnione i przeżywane jako wiedza. Ale nadal pozostaje mniemaniem.
W osobnym tekście o pierwszej przyczynie (Pierwsza przyczyna czy świat wiszący na niczym? O logice zależności) zostało pokazane, że mocny argument nie brzmi: wszystko ma przyczynę, więc musi istnieć pierwsza przyczyna. Taka wersja jest słaba, bo natychmiast prowokuje pytanie: co było przyczyną pierwszej przyczyny?
Mocniejszy argument brzmi inaczej: to, co zależne, nie może być własną ostateczną podstawą.
Jeśli coś nie ma podstawy w sobie, nie może być ostatnim wyjaśnieniem samego siebie. Jeśli coś jest skutkiem, nie może być swoją pierwszą przyczyną. Jeśli coś jest zapożyczone, nie może być źródłem tego, co zapożycza. To nie jest jeszcze żaden dogmat. To jest logika pojęć.
Wniosek o pierwszej przyczynie można więc uznać za wiedzę w porządku logicznym wtedy, gdy wynika z rozpoznania struktury zależności. Nie z samego przyzwyczajenia. Nie z emocji. Nie z kulturowego odruchu. Nie z powtórzenia cudzej formuły. Tylko z uchwycenia, że porządek rzeczy zależnych nie może ostatecznie opierać się wyłącznie na kolejnych rzeczach zależnych.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Ktoś może uznawać pierwszą przyczynę i nadal mieć tylko mniemanie, jeśli nie rozumie, dlaczego ją uznaje. Ktoś może odrzucać pierwszą przyczynę i również mieć tylko mniemanie, jeśli nie potrafi wykazać, że świat, materia albo prawa natury mogą być własną ostateczną podstawą.
Ale sama teza o pierwszej przyczynie, przeprowadzona logicznie, nie jest słabszą wersją wiedzy. Jest próbą doprowadzenia pytania o zależność do końca.
Ateizm bardzo często tego nie robi. Zatrzymuje pytanie dokładnie tam, gdzie należałoby je dopiero zaostrzyć.
Pierwsza przyczyna jest z samego sensu argumentu tym, co niezależne. Nie jest kolejnym obiektem w świecie. Nie jest pierwszym elementem szeregu. Nie jest starszą częścią kosmosu. Jest tym, co ma wyjaśniać, dlaczego porządek rzeczy zależnych w ogóle nie wisi na niczym.
Świat natomiast nie ma takiego statusu automatycznie.
Świat jawi się jako porządek rzeczy zmiennych, złożonych, powiązanych i zależnych. Można oczywiście powiedzieć, że świat jako całość jest czymś innym niż poszczególne rzeczy w świecie. To prawda. Całość nie musi mieć każdej cechy swoich części. Ale jeśli ktoś chce powiedzieć, że całość rzeczy zależnych nagle zyskuje niezależność, musi to wykazać. Nie wystarczy nazwać tej całości „światem”.
I właśnie tutaj ateizm wykonuje swój słaby ruch.
Odrzuca pierwszą przyczynę jako niezależną podstawę, a potem mówi: wystarczy świat. Tyle że świat nie jest oczywistą niezależną podstawą. Świat jest właśnie tym, co domaga się pytania o podstawę.
To tak, jakby uznać, że łańcuch nie potrzebuje punktu zaczepienia, ponieważ wystarczy nazwać cały łańcuch „zaczepieniem”. Ale łańcuch nie staje się hakiem tylko dlatego, że jest długi. Ogniwa nie stają się punktem oparcia tylko dlatego, że jest ich wiele. A porządek zależności nie staje się niezależny tylko dlatego, że został nazwany całością.
Dlatego podstawienie świata w miejsce pierwszej przyczyny nie jest ruchem równie mocnym logicznie. Pierwsza przyczyna jest pomyślana właśnie jako niezależna podstawa. Świat natomiast wygląda jak porządek zależności. Jeśli ktoś chce zrobić z niego fundament, musi dopiero wykazać, że świat ma podstawę w sobie.
Bez tego ateizm nie rozwiązuje problemu pierwszej przyczyny. Próbuje zrobić fundament z tego, co samo wymaga fundamentu.
To samo dotyczy materii, energii i praw natury. Jeśli materia zostaje potraktowana jako ostateczna podstawa, trzeba zapytać, dlaczego istnieje, czy ma podstawę w sobie i czy jest konieczna. Jeśli prawa natury mają zastąpić pierwszą przyczynę, trzeba zapytać, czym są, dlaczego obowiązują i dlaczego istnieje rzeczywistość, w której mogą obowiązywać. Prawo opisujące zależność nie jest jeszcze wyjaśnieniem istnienia samego porządku zależności.
Słowa takie jak „materia”, „energia”, „natura”, „prawa fizyki” czy „wszechświat” mogą brzmieć naukowo, ale w pytaniu o pierwszą przyczynę samo naukowe brzmienie niczego jeszcze nie rozstrzyga. Można opisać procesy zachodzące w świecie i nadal nie odpowiedzieć na pytanie, czy cały porządek zależności ma podstawę w sobie.
Ateizm sam w sobie nie jest metodą na mądrość. Nie oczyszcza myślenia tylko dlatego, że coś odrzuca. W sprawie pierwszej przyczyny liczy się nie sama odmowa, lecz to, czy potrafi wskazać ostateczną podstawę istnienia.
W tym miejscu ateizm bardzo często popełnia błąd logiczny. Odrzuca niezależną podstawę istnienia, a potem próbuje oprzeć porządek zależności na samym porządku zależności: na świecie, materii, prawach natury, nieskończonym regresie albo nagim fakcie, że „coś istnieje”.
To nie jest wiedza. To mniemanie.
To właśnie tu mniemanie poznawcze przebiera się za wiedzę.
Jeśli w sprawie pierwszej przyczyny ktoś nie wykazuje, że świat, materia, prawa natury albo nagi fakt istnienia mają podstawę w sobie, lecz tylko zakłada, że wystarczą, to nie posiada wiedzy. Posiada mniemanie poznawcze. Może używać języka nauki, nowoczesności i trzeźwości, ale poczucie pewności nie jest jeszcze wiedzą, a kulturowe zwycięstwo jakiegoś obrazu nie czyni go prawdziwym.
W tym miejscu pojawia się związek z problemem wiary i zawierzenia. Człowiek często sądzi, że zawierzenie zaczyna się dopiero tam, gdzie ktoś wyraźnie wskazuje ostateczną podstawę świata. Tymczasem głębsze pytanie brzmi nie: czy zawierzasz? Pytanie brzmi: czemu zawierzasz?
Każde myślenie ostatecznie opiera się na jakimś fundamencie. Można zawierzyć pierwszej przyczynie jako niezależnej podstawie istnienia. Można zawierzyć światu, że jest własną podstawą. Można zawierzyć materii, że istnieje sama z siebie. Można zawierzyć prawom natury, że nie potrzebują żadnego głębszego uzasadnienia. Można zawierzyć nagiemu faktowi: jest, bo jest.
Ateizm często nie rozpoznaje własnego zawierzenia, ponieważ ukrywa je pod językiem trzeźwości. Nie mówi: zawierzam światu. Mówi: przyjmuję rzeczywistość taką, jaka jest. Nie mówi: zawierzam materii. Mówi: jestem po stronie nauki. Nie mówi: zawierzam nagiemu faktowi. Mówi: nie ma potrzeby mnożyć bytów.
Ale jeśli na końcu zostaje zdanie „świat po prostu istnieje”, to nie jest ono czystą logiką. Jest aktem zawierzenia światu jako ostatecznemu faktowi.
Nie chodzi więc o to, że jedna strona wierzy, a druga nie wierzy. Wierzą, czyli zawierzają, wszyscy. Pytanie brzmi: które zawierzenie jest mocniej uzasadnione? Które przeszło drogę rozumowania, a które zatrzymało się na mniemaniu?
Człowiek uznający pierwszą przyczynę może oczywiście również zawierzać tylko mniemaniu, jeśli przyjmuje ją bez rozumienia. Ale jeśli dochodzi do niej przez logikę zależności, wtedy jego stanowisko nie jest poznawczo słabsze od ateistycznego „świat wystarczy”. Przeciwnie: jest logicznie mocniejsze, bo nie próbuje zrobić niezależności z samej zależności.
I tu zaczyna się odwrócenie ról.
Człowiek uznający pierwszą przyczynę mówi: porządek zależności wymaga niezależnej podstawy.
Ateista mówi często: porządek zależności wystarczy sam sobie albo nie trzeba pytać dalej.
Które stanowisko jest bardziej logiczne?
Nie to, które brzmi nowocześniej. Nie to, które częściej powołuje się na naukę. Nie to, które z większą pewnością wyśmiewa drugą stronę. Bardziej logiczne jest to, które nie próbuje zrobić niezależności z samej zależności.
Największa sztuczka ateizmu polega więc na odwróceniu ról.
Stanowisko logicznie słabsze zaczęło uchodzić za mocniejsze. Stanowisko, które często zatrzymuje się na nagim fakcie, materii, świecie albo prawach natury, przedstawia siebie jako szczyt rozumu. Stanowisko, które domaga się niezależnej podstawy dla rzeczy zależnych, zostaje zepchnięte do worka „samej wiary”.
A przecież w samym problemie pierwszej przyczyny role są odwrotne.
To ateizm często musi wykonać akt zawierzenia: światu, materii, prawom natury albo samemu istnieniu. To ateizm musi przyjąć, że porządek zależności może być ostateczny, choć właśnie to należałoby dopiero wykazać. To ateizm musi uznać, że łańcuch zależności może obyć się bez punktu zaczepienia albo że cały łańcuch sam jest swoim zaczepieniem.
Uznanie pierwszej przyczyny nie jest w tym punkcie ucieczką od logiki. Jest doprowadzeniem logiki zależności do końca. Jeśli coś zależnego istnieje, to nie może ostatecznie opierać się wyłącznie na czymś równie zależnym. Musi istnieć niezależna podstawa.
Ateizm odwraca ten porządek. Przedstawia siebie jako rozum, a pierwszą przyczynę spycha do niższej, pogardliwie rozumianej sfery „samej wiary”. Tymczasem jego własne stanowisko często opiera się na nierozpoznanym zawierzeniu: że świat jest własnym fundamentem, że materia istnieje sama z siebie, że prawa natury nie potrzebują podstawy, że pytanie o punkt zaczepienia można po prostu uciszyć.
To nie jest przewaga logiki. To jest przewaga narracji.
I najdziwniejsze jest to, że ta narracja odniosła wielkie zwycięstwo. Wielu ludzi nauczono reagować automatycznie: ateizm ma kojarzyć się z rozumem, pierwsza przyczyna z „samą wiarą”; materia z nauką, niezależna podstawa z ucieczką od nauki; „świat po prostu jest” z trzeźwością, a „świat zależny wymaga podstawy” z naiwnością.
Tymczasem przy bliższym spojrzeniu ta mapa się rozpada.
Bo jeśli świat jest porządkiem zależności, to uznanie go za własny fundament nie jest bardziej logiczne od tezy o pierwszej przyczynie. Jest mniej logiczne. Próbuje zrobić punkt zaczepienia z samego łańcucha. Próbuje uczynić podstawą to, co samo domaga się podstawy.
Pytanie nie brzmi więc: kto wierzy, a kto nie wierzy. W porządku zawierzenia wierzą wszyscy. Pytanie brzmi: kto rozpoznaje własne zawierzenie, a kto przeżywa swoje mniemanie jako wiedzę?
Jeśli ateista mówi: „wystarczy świat”, musi jeszcze pokazać, dlaczego wystarczy. Czy świat ma podstawę w sobie? Czy materia jest konieczna? Czy prawa natury wyjaśniają własne istnienie? Czy nagi fakt istnienia jest odpowiedzią, czy tylko odmową odpowiedzi?
Jeżeli te pytania pozostają bez odpowiedzi, ateizm nie jest czystą logiką. Jest zawierzeniem, które nie chce rozpoznać siebie jako zawierzenia. W tym właśnie punkcie role są odwrotne: pierwsza przyczyna nie jest słabszą wersją wyjaśnienia, lecz logicznie mocniejszą odpowiedzią na problem zależności.
Najprostszy wniosek brzmi: jeśli istnieje porządek zależności, musi istnieć niezależna podstawa.
Pierwsza przyczyna odsłania więc filozoficzny sens słowa Stwórca: nie kolejny element świata, lecz niezależną podstawę, dzięki której świat zależny nie jest łańcuchem bez punktu zaczepienia.
Autor: Andrzej Weiss, profil autora