Chalmers i „trudny problem świadomości”. Jak z pojęciowej mgły robi się wielką tajemnicę

Piotr Kowalczyk
03.06.2026

David Chalmers postawił jeden z najbardziej znanych problemów współczesnej filozofii umysłu: nawet jeśli opiszemy wszystkie funkcje mózgu, reakcje organizmu, przetwarzanie bodźców, uwagę, pamięć, mowę i zachowanie, to nadal ma rzekomo zostawać coś jeszcze. Tym czymś ma być „subiektywne przeżycie”. Nie samo to, że organizm reaguje na ogień, cofa rękę i zapamiętuje zagrożenie, lecz to, „jak to jest” czuć ból. Nie samo to, że układ wzrokowy rozróżnia określony bodziec barwny, lecz to, „jak to jest” widzieć kolor.

Na pierwszy rzut oka brzmi to poważnie. Człowiek rzeczywiście nie jest martwym urządzeniem. Ból nie jest dla niego neutralnym komunikatem. Widzenie świata nie jest zwykłym odczytem danych z czujnika. Głód, strach, radość, lęk, ból, zapach, kolor, dotyk — to wszystko występuje w żywym organizmie jako jego własny stan.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy z tego prostego faktu tworzy się osobną metafizyczną zagadkę.

Bo można zapytać: co właściwie znaczy „subiektywne przeżycie”?

I tu właśnie język zaczyna się zapętlać. „Subiektywne przeżycie” ma znaczyć to, „jak to jest” być w danym stanie. Ale co znaczy „jak to jest”? Że organizm widzi kolor? Że czuje ból? Że ma określony stan układu nerwowego? Że bodziec został odebrany, przetworzony i włączony w reakcję organizmu? Jeśli tak, to problem jest biologiczny. Trzeba badać receptory, mózg, układ nerwowy, pamięć, uwagę, ciało, reakcję, progi pobudzenia i sposób działania systemu.

Jeśli jednak „jak to jest” ma znaczyć coś więcej, to trzeba powiedzieć, co dokładnie. Nie wystarczy powtarzać: „no, subiektywne przeżycie”. To nie jest wyjaśnienie. To jest krążenie pojęcia wokół samego siebie.

Problem „jak-to-jest”

Największa słabość tzw. trudnego problemu świadomości polega na tym, że opiera się na pojęciu, które udaje oczywiste, ale po rozłożeniu okazuje się niejasne.

Weźmy kolor czerwony. Co znaczy „jak to jest widzieć czerwony”?

Światło o określonych właściwościach trafia do oka. Receptory reagują. Sygnał idzie do mózgu. Układ wzrokowy przetwarza dane. Powstaje określony stan rozróżnienia barwy. U dorosłego człowieka ten stan może zostać dodatkowo powiązany z pamięcią, językiem, wcześniejszym doświadczeniem i nazwą: „czerwone”. Człowiek może powiedzieć: „widzę czerwony”. Może rozpoznać znak stop, krew, owoc, ogień, ubranie albo światło na skrzyżowaniu.

Ale nazwa nie jest warunkiem widzenia koloru. Niemowlę może widzieć kolor bez definicji „czerwonego”. Zwierzę może rozróżniać barwy bez ludzkiego języka. Brak słowa nie oznacza braku stanu systemu. Najpierw jest działanie układu widzenia. Dopiero potem może pojawić się nazwa, definicja i pojęcie.

Dlatego nie należy mieszać dwóch rzeczy: biologicznego rozróżniania bodźca i językowego nazywania tego bodźca. „Czerwony” jako słowo jest późniejszą etykietą. Stan widzenia barwy jest działaniem systemu.

Co tu jeszcze ma zostać?

Jeżeli „przeżycie czerwieni” oznacza to, że układ wzrokowo-nerwowy działa w określonym stanie rozróżniania barwy, powiązanym z uwagą, pamięcią, reakcją i stanem organizmu, to nie ma osobnego problemu. Jest złożony proces biologiczno-poznawczy. Jeżeli natomiast „przeżycie czerwieni” ma znaczyć coś dodatkowego ponad ten proces, to trzeba to coś wskazać. Nie wystarczy nazwać tego „qualium”, „fenomenalnością” albo „jak-to-jest”.

Bo wtedy powstaje pojęcie, którego nie da się obalić nie dlatego, że jest mocne, ale dlatego, że jest mgliste. Za każdym razem, gdy opisujemy system, można powiedzieć: „ale nie opisałeś przeżycia”. A gdy pytamy, czym jest przeżycie, słyszymy: „to, jak to jest”. A gdy pytamy, co znaczy „jak to jest”, słyszymy: „subiektywne przeżycie”.

To nie jest analiza. To jest koło słów.

Ból jako przykład prostszy niż kolor

Kolor łatwo zaciemnić gadaniem o „czerwoności”. Ból jest lepszym przykładem, bo od razu pokazuje strukturę systemu.

Jeśli mamy ciało bez działającego układu nerwowego, palec może ulegać spalaniu. Tkanka może być niszczona. Może zachodzić reakcja fizyczna i chemiczna. Ale nie ma bólu, bo nie ma systemu, który odbiera uszkodzenie, prowadzi sygnał, lokalizuje stan, nadaje mu priorytet, uruchamia uwagę, pamięć i reakcję obronną.

Jeśli mamy żywe ciało z układem nerwowym i mózgiem, sytuacja jest inna. Ogień uszkadza tkankę. Receptory reagują. Sygnał idzie nerwami. Układ nerwowy przetwarza informację. Mózg lokalizuje bodziec: palec. System nadaje mu znaczenie: zagrożenie. Uwaga zostaje przechwycona. Organizm cofa rękę, chroni miejsce, zapamiętuje zagrożenie i zmienia przyszłe zachowanie.

Ten cały stan nazywamy bólem.

Ból nie jest samym ogniem. Nie jest samym uszkodzeniem tkanki. Nie jest samym receptorem. Nie jest samym przewodem nerwowym. Ból jest alarmowym stanem organizmu, który powstaje wtedy, gdy określony bodziec zostaje przetworzony przez określony system biologiczny.

I teraz pojawia się filozoficzne pytanie: „ale dlaczego ten stan jest przeżywany jako ból?”.

Można odpowiedzieć: bo właśnie tym jest ból. To nie jest stan plus dodatkowa bolesność. To jest stan bólowy. Tak działa system.

Lampka bólu

Można to pokazać prostym przykładem z lampką.

Mamy przycisk połączony z lampką. Naciskamy przycisk. Zapala się lampka. Jeśli system jest ustawiony tak, że ten przycisk zapala czerwoną lampkę, zapala się czerwona. Jeśli inny przycisk zapala żółtą, zapala się żółta. Jeśli jeszcze inny uruchamia syrenę, uruchamia się syrena.

Nie pytamy: „dlaczego zapaleniu lampki towarzyszy świecenie?”. Świecenie jest działaniem lampki. Możemy pytać sensownie o coś innego: dlaczego ten przycisk jest połączony z tą lampką? Dlaczego lampka ma taki kolor? Dlaczego próg uruchomienia jest taki, a nie inny? Dlaczego czasem system działa błędnie? Dlaczego lampka miga mimo braku realnego zagrożenia?

To są normalne pytania o konstrukcję systemu.

Podobnie z bólem. Bodziec jest jak naciśnięcie przycisku. Receptory i nerwy są jak połączenia. Układ nerwowy i mózg są systemem. Ból można porównać do zapalenia konkretnej lampki alarmowej organizmu.

Oczywiście lampka jest uproszczeniem. Nie jest odwzorowaniem mózgu, ciała, pamięci, uwagi i całej biologii bólu. Nie ma udawać, że zwykła lampka cierpi. Pokazuje tylko zasadę: bodziec uruchamia określony stan systemu, bo system jest tak połączony i tak ustawiony.

W prostym urządzeniu uruchomionym stanem jest światło. W organizmie uruchomionym stanem jest złożony stan bólowy.

W organizmie tych „lampek” mogą być setki albo tysiące. Lampka bólu. Lampka głodu. Lampka lęku. Lampka radości. Lampka ulgi. Lampka obrzydzenia. Lampka ciekawości. Lampka bliskości. Lampka zagrożenia. Lampka przyjemności. Lampka „uciekaj”. Lampka „powtórz to”. Lampka „uważaj”.

Każda oznacza inny stan systemu. Skutek nie wynika z magicznej jakości bodźca. Wynika z konstrukcji organizmu, jego receptorów, połączeń, progów, pamięci, uczenia się i biologicznego ustawienia.

Ogień nie zawiera bólu. Ogień naciska właściwy „przycisk” w systemie organizmu. System uruchamia ból, bo tak działa.

„Ból boli”, czyli co?

Trzeba uważać na zdanie: „ból boli”. Ono brzmi oczywiście, ale może niczego nie wyjaśniać, jeśli zostanie potraktowane jak zaklęcie.

Lepiej powiedzieć precyzyjniej: organizm uruchamia stan alarmowy o określonej przymusowości, lokalizacji, priorytecie i funkcji obronnej. Słowo „boli” nie dodaje drugiego bytu. Nazywa sposób działania tego stanu.

Ból nie jest neutralnym raportem: „tkanka uszkodzona”. Ból ma wymusić uwagę. Ma przerwać inne czynności. Ma nadać sprawie priorytet. Ma uruchomić reakcję obronną. Ma zapisać zagrożenie. Ma zmienić przyszłe zachowanie.

Dlatego ból nie jest po prostu informacją. Jest alarmowym stanem organizmu.

Jeżeli ktoś pyta: „dlaczego ból jest nieprzyjemny?”, odpowiedź nie musi prowadzić do metafizyki. Nieprzyjemność jest częścią funkcji alarmu. Gdyby uszkodzenie ciała było odbierane jako neutralna ciekawostka, system bólowy nie spełniałby swojej funkcji. Ma być przymusowy, narzucający się i trudny do zignorowania, bo chroni integralność organizmu.

To nie znaczy, że znamy wszystkie szczegóły działania bólu. Nie znamy. Ale pytanie o te szczegóły prowadzi do neurobiologii, medycyny i psychologii, nie do tajemniczej „bolesności” jako osobnego bytu.

„Przeżycie” jako nadmiarowe słowo

W tym świetle słowo „przeżycie” zaczyna wyglądać podejrzanie.

Jeśli „przeżycie” znaczy: określony stan systemu biologicznego — dobrze. Ale wtedy nie ma osobnej metafizycznej zagadki. Jest pytanie o biologię, neurologię, ewolucję, progi reakcji, pamięć, uwagę, ciało i mózg.

Jeśli „przeżycie” znaczy coś więcej niż stan systemu, trzeba to coś wskazać. Nie wystarczy powiedzieć, że ból ma „bolesność”, a czerwień ma „czerwoność”. To tylko powtórzenie nazwy.

„Widzę czerwony” może znaczyć: mój układ wzrokowy działa w stanie rozróżnienia określonej barwy. „Czuję ból” może znaczyć: mój układ nerwowy uruchomił alarmowy stan organizmu. „Czuję lęk” może znaczyć: organizm uruchomił stan zagrożenia. Nie ma tu konieczności dodawania drugiej warstwy.

Problem powstaje wtedy, gdy najpierw sztucznie oddziela się działanie systemu od „przeżycia”, a potem pyta się, jak jedno tworzy drugie. Ale może nie ma dwóch rzeczy. Może „przeżycie” jest właśnie elementem działania systemu.

Nie: bodziec, przetwarzanie i dopiero potem tajemnicze przeżycie.

Raczej: bodziec trafia do systemu, system uruchamia określony stan, a ten stan nazywamy bólem, widzeniem koloru, strachem, głodem albo radością.

Komputer nie jest kontrargumentem

Częsty kontrargument brzmi: komputer też przetwarza dane, a przecież nie czuje. Kamera może rozpoznać czerwony, ale nie „widzi czerwieni” jak człowiek.

Tylko że to nie obala biologicznego ujęcia świadomości. Komputer nie jest uproszczonym człowiekiem. Jest innym systemem.

Kalkulator może liczyć kalorie, ale nie trawi. Termometr może mierzyć temperaturę, ale nie ma gorączki. Kamera może klasyfikować kolor, ale nie ma ludzkiego układu wzrokowego, ciała, pamięci, uwagi, potrzeb, reakcji i biologicznego stanu organizmu.

Z faktu, że komputer przetwarza sygnał bez bólu, nie wynika, że ból nie jest przetwarzaniem. Wynika tylko, że nie każde przetwarzanie jest bólem.

To ważna różnica.

Nie każde przetwarzanie danych uruchamia stan właściwy żywemu układowi nerwowemu. Nie każda lampka jest bólem. Nie każdy alarm jest cierpieniem. Ale ból może być określonym typem przetwarzania w określonym typie systemu: żywym, cielesnym, nerwowym, zintegrowanym, reagującym, uczącym się, posiadającym mapę własnego ciała i stan własny.

Komputer ma reakcję elektryczną w systemie technicznym. Człowiek ma reakcję biologiczno-nerwową w żywym organizmie. To są różne systemy. Podobieństwo na poziomie słowa „przetwarzanie” nie oznacza, że mają ten sam typ stanu.

Mary i opis, który nie jest rzeczą

Jednym z popularnych argumentów w tej dyskusji jest przykład Mary. Mary zna całą fizykę i neurobiologię widzenia kolorów, ale całe życie żyje w czarno-białym pokoju. Gdy pierwszy raz widzi czerwony, ma się dowiedzieć czegoś nowego: „jak wygląda czerwony”. To ma pokazywać, że pełny opis fizyczny nie wystarcza.

Ale ten przykład może dowodzić czegoś znacznie prostszego: opis stanu nie jest uruchomieniem stanu.

Opis bólu nie boli. Opis czerwieni nie uruchamia widzenia czerwieni. Opis cukru nie jest słodki. Opis muzyki nie gra. Opis ognia nie parzy.

I co z tego?

Z tego nie wynika metafizyczna przepaść. Wynika tylko, że opis nie jest tym, co opisuje.

Mary znała opis działania systemu, ale nie miała wcześniej uruchomionego stanu widzenia czerwieni. Gdy zobaczyła czerwony, jej układ wzrokowy po raz pierwszy zadziałał w tym stanie. To nie pokazuje istnienia osobnych qualiów. Pokazuje różnicę między wiedzą opisową a działaniem systemu.

Jeżeli znam całą teorię jazdy na rowerze, ale nigdy nie jechałem, to pierwsza jazda daje mi nowy stan praktyczny. Nie znaczy to, że istnieje tajemnicze „rowerowe qualium”. Znaczy to, że opis czynności nie jest wykonaniem czynności.

Zombie jako sztuczka językowa

Drugim argumentem jest tzw. zombie filozoficzne. Możemy sobie rzekomo wyobrazić istotę identyczną z człowiekiem pod względem zachowania i funkcji, ale pozbawioną przeżyć. Cofa rękę od ognia, mówi „boli”, zapamiętuje uraz, unika zagrożenia, ale „w środku” niczego nie czuje.

To brzmi efektownie, ale może być tylko sztuczką językową.

Cały ciężar argumentu spoczywa więc na tym, czy taka wyobrażalność naprawdę pokazuje możliwość, czy tylko wykorzystuje niejasność słowa „przeżycie”.

Mówimy: „wyobraźmy sobie wszystko tak samo, tylko bez przeżycia”. Ale jeśli „przeżycie” jest elementem działania systemu, to zdanie oznacza: wyobraźmy sobie system identyczny, ale bez jednego z elementów jego identyczności.

Można wypowiedzieć „ogień, który nie grzeje” albo „ból, który nie boli”. Samo wypowiedzenie nie dowodzi realnej możliwości. Pytanie brzmi, czy przy pełnej fizyczno-biologicznej organizacji systemu bólowego można sensownie odjąć ból i zostawić „wszystko identyczne”.

Być może nie. Być może „zombie” jest możliwe wyłącznie w języku, bo najpierw oderwano „przeżycie” od działania systemu, a potem wyobrażono sobie system bez tego sztucznie oderwanego elementu.

Jeśli najpierw uznamy, że ból jest czymś dodatkowym wobec systemu, to łatwo sobie wyobrazić system bez bólu. Ale to tylko konsekwencja założenia, nie dowód.

Prawdziwe pytania są biologiczne

To nie znaczy, że świadomość jest łatwa. Nie jest.

Ale trudność może leżeć gdzie indziej, niż sugeruje Chalmers. Nie w metafizycznej dziurze między materią a przeżyciem, lecz w złożoności żywego systemu.

Nie chodzi o to, że świadomość jest prosta. Chodzi o to, że jej trudność nie musi być metafizyczna.

Prawdziwe pytania brzmią:

  • Jak mózg buduje ból?
  • Jak lokalizuje uszkodzenie?
  • Jak integruje sygnały z ciała?
  • Jak odróżnia ból kłujący od piekącego?
  • Jak działa ból fantomowy?
  • Dlaczego ból przewlekły może trwać mimo braku aktualnego uszkodzenia?
  • Jak znieczulenie wyłącza ból?
  • Jak pamięć zmienia reakcję na bodźce?
  • Jak ciało i mózg tworzą stan „to dotyczy mnie”?
  • Jak układ wzrokowy tworzy rozróżnianie barw?
  • Jak uszkodzenia mózgu zmieniają widzenie, emocje, osobowość albo odczuwanie?

To są realne problemy. Ale są to problemy biologii, neurobiologii, psychologii, kognitywistyki, medycyny i języka opisu. Nie trzeba od razu robić z nich dowodu na osobną warstwę bytu.

Filozofia nie może robić tajemnicy z nazwanego niejasno pojęcia

W tym miejscu problem Chalmersa staje się szerszy niż sama świadomość. Dotyczy sposobu, w jaki filozofia czasem produkuje pozorną głębię. Bierze zwykłe zjawisko, nadaje mu technicznie brzmiącą nazwę, określa je przez intuicyjny gest, a potem domaga się, żeby wszyscy traktowali to słowo jak odkrycie osobnej warstwy rzeczywistości.

Tak może działać pojęcie „subiektywnego przeżycia”, jeśli zostaje określone głównie przez formułę „jak-to-jest”.

To nie jest całkowity brak definicji. To definicja niewystarczająca: wskazująca, kolista, oparta na poczuciu oczywistości. „Przeżycie” zostaje objaśnione przez „jak to jest”. „Jak to jest” przez „subiektywne doświadczenie”. „Subiektywne doświadczenie” przez „fenomenalny charakter stanu”. A „fenomenalny charakter” znów przez to, „jak ten stan jest przeżywany”.

W ten sposób pojęcie krąży wokół samego siebie.

Jeżeli „przeżycie” oznacza stan organizmu, działanie układu nerwowego, sposób przetworzenia bodźca przez żywy system — dobrze. Wtedy mamy temat dla biologii, neurobiologii, psychologii i nauki o poznaniu.

Jeżeli jednak „przeżycie” oznacza coś więcej, trzeba powiedzieć, co dokładnie. Nie wystarczy zrobić z niego pojęciowego worka, do którego wrzuca się ból, czerwień, smak, zapach, lęk, głód i poczucie siebie, a potem mówi: „tego nie da się wyjaśnić fizycznie”.

To nie jest argument. To jest bajanie pojęciowe.

Najpierw trzeba jasno określić, czym pojęcie różni się od działania systemu. Dopiero potem można twierdzić, że działanie systemu go nie wyjaśnia.

Bo inaczej powstaje odwrócenie porządku: filozofia tworzy słowo, określa je przez intuicję, nie pokazuje jasno, czym miałoby być ponad stanem systemu, a potem ogłasza, że nauka nie umie wyjaśnić rzeczy nazwanej tym słowem.

To nie jest głębia. To jest zasłona z języka.

Wtedy „trudny problem świadomości” zaczyna przypominać bajkę pojęciową: pojawia się tajemnicze coś, którego nie da się pokazać, zdefiniować ani odróżnić od działania systemu, ale trzeba przyjąć, że istnieje, bo inaczej rzekomo nie rozumiemy bólu, koloru i świadomości.

Tylko że może przynajmniej na poziomie pojęciowym nie potrzebujemy tu drugiej warstwy ponad stanem żywego systemu. A to, czego jeszcze nie rozumiemy, należy badać biologicznie, a nie zakrywać workiem o nazwie „przeżycie”.

Mniemanie poznawcze zamiast wiedzy

W tym sensie wraca problem mniemania poznawczego: nie wiedzy, lecz przekonania, które zbyt szybko uznaje własną intuicję za rozpoznanie rzeczywistości. Mniemanie nie polega wyłącznie na tym, że ktoś czegoś nie wie. Polega również na tym, że własne poczucie oczywistości bierze za wiedzę (czytaj wiecej: "Wiedza jako etap wiary. Mniemanie poznawcze, źródło i stopnie zawierzenia").

W przypadku „subiektywnego przeżycia” ten mechanizm widać bardzo wyraźnie. Mamy realne zjawisko: organizm widzi kolor, czuje ból, reaguje lękiem, głodem, obrzydzeniem albo radością. Ale potem do tego zjawiska dopisywana jest dodatkowa warstwa: „jak-to-jest”, „qualium”, „fenomenalność”, „subiektywne przeżycie”. I ta warstwa zaczyna funkcjonować tak, jakby była osobnym, odkrytym faktem.

Tylko że być może nie mamy tu wiedzy, lecz właśnie mniemanie poznawcze. Umysł czuje, że „musi być coś więcej”, ale nie potrafi jasno wskazać, czym to coś jest. Dopowiada więc byt z własnego poczucia braku. Zamiast powiedzieć: „nie mamy jeszcze pełnego opisu działania systemu”, mówi: „istnieje dodatkowa tajemnica, której opis systemu nigdy nie uchwyci”.

To słabe poznawczo, bo dużo sobie dopowiada.

Najpierw zakłada, że „przeżycie” jest czymś więcej niż stanem systemu. Potem definiuje je przez intuicyjne „jak-to-jest”. Następnie ogłasza, że nauka nie wyjaśnia tego „jak-to-jest”. Ale to może być właśnie błąd mniemania: z poczucia wewnętrznej oczywistości robi się argument o strukturze rzeczywistości.

Wiedza powinna iść ostrożniej. Najpierw trzeba ustalić, co dokładnie znaczy pojęcie. Potem sprawdzić, czy rzeczywiście wskazuje ono coś poza działaniem systemu. Dopiero na końcu można mówić, że istnieje luka w wyjaśnieniu. Jeśli ten porządek zostaje odwrócony, filozofia przestaje oczyszczać myślenie, a zaczyna produkować mgliste byty z samego poczucia, że „coś tu jeszcze jest”.

Dlatego „trudny problem świadomości” może być przykładem mniemania poznawczego: przekonania, które wygląda głęboko, bo opiera się na silnej intuicji, lecz po sprawdzeniu okazuje się dopisywać do rzeczywistości dodatkowe pojęcie. Nie odkrywa koniecznie nowej warstwy bytu. Może tylko dopowiada ją tam, gdzie brakuje jeszcze dokładnego opisu biologicznego — i myli tę dopowiedź z odkryciem.

Pojęciowa mgła trudnego problemu

„Trudny problem świadomości” ma siłę, bo odwołuje się do naszego poczucia oczywistości. Przecież ból boli. Przecież czerwony jakoś wygląda. Przecież głód i strach mają swój ciężar.

Ale poczucie oczywistości nie wystarcza jako argument. Mgła powstaje dopiero wtedy, gdy do realnych stanów organizmu dopisuje się tajemnicze „coś więcej”, którego nie da się jasno odróżnić od działania systemu.

Zakończenie

Być może Chalmers nie odkrywa wielkiej tajemnicy świadomości, lecz niechcący pokazuje, jak łatwo język tworzy złudzenie tajemnicy.

Najpierw mówimy: mózg przetwarza bodziec. Potem dodajemy: ale bodziec jest jeszcze przeżywany. Następnie pytamy: jak przetwarzanie tworzy przeżywanie? A może to pytanie jest źle postawione. Może „przeżywanie” nie jest osobnym dodatkiem do przetwarzania, lecz nazwą pewnego typu działania złożonego systemu biologicznego.

Filozofia powinna tu wykonać najprostszą pracę: oczyścić pojęcia. Jeśli „przeżycie”, „jak-to-jest” i „qualium” oznaczają stan systemu — nie ma osobnej metafizycznej tajemnicy. Jeśli oznaczają coś ponad stan systemu — trzeba to coś wskazać. Jeśli nie da się tego wskazać, to nie jest głębia. To jest słowna mgła.

Ból nie jest uszkodzeniem plus tajemniczą bolesnością. Jest uszkodzeniem przetworzonym przez organizm jako alarmowy stan systemu. Widzenie koloru nie jest sygnałem plus tajemniczą czerwonością, zielonością albo niebieskością. Jest bodźcem przetworzonym przez układ wzrokowy jako określony stan rozróżnienia barwy.

To nie musi być wiedza o świadomości. Może być mniemaniem opartym na intuicji, która wydaje się zbyt mocna, by uznać ją tylko za intuicję.

Nie trzeba mnożyć bytów. Trzeba badać system. Samo powtarzanie „jak-to-jest” nie jest filozofią głębi. Jest bajką pojęciową: słowem, które udaje rzecz.

Autor: Andrzej Weiss, profil autora

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie