
Od kilkunastu lat prowadzę hobbystyczne serwisy internetowe. To nie są wielkie portale korporacji, tylko projekty pasjonata, który pisze, publikuje i od lat bardzo poważnie traktuje prawa autorskie. Pisałem teksty o piractwie, serwisach z nielegalnymi kopiami plików, o nieskutecznej walce z piractwem. Nie mam w sobie romantyzowania piractwa – uważam, że jeśli ktoś korzysta z cudzej pracy bez zapłaty, to jest to zwyczajnie kradzież.
Mimo tego dostaję po latach pismo z żądaniem zapłaty kilkuset euro za jedno zdjęcie sprzed prawie dekady. Treść jest typowa: „wykorzystują Państwo zdjęcie naszego klienta bez licencji, prosimy o dowód zakupu albo zapłatę wskazanej kwoty, w przeciwnym razie sprawa zostanie przekazana prawnikom”. Taki list nie ma wiele wspólnego z edukowaniem o prawach autorskich. To gotowy mechanizm strachu. I dokładnie tak działa współczesny copyright trolling.
Scenariusz jest zaskakująco powtarzalny. Ktoś prowadzi stronę: blog, portal branżowy, serwis tematyczny. Lata wcześniej użył grafiki z darmowego banku zdjęć albo z materiałów przesłanych przez partnera. Po latach dostaje mail z żądaniem zapłaty. W wiadomości pojawiają się charakterystyczne elementy:
W teorii wszystko wygląda poważnie i „legalnie”. W praktyce widać bardzo wyraźnie, że celem jest przede wszystkim wywołanie strachu: adresat ma poczuć, że łatwiej zapłacić niż cokolwiek wyjaśniać.
W zdrowym modelu ochrony praw autorskich sytuacja powinna wyglądać prosto. Autor tworzy utwór: zdjęcie, tekst, muzykę, grafikę. Potem oferuje go na jasnych zasadach: jako materiał darmowy na określonej licencji, albo jako treść płatną. Kto chce skorzystać, kupuje licencję albo korzysta z darmowego źródła na warunkach licencji. Jeśli ktoś złamie te zasady, właściciel praw kontaktuje się z nim, wyjaśnia sprawę, proponuje uczciwą stawkę za wykorzystanie materiału lub prosi o usunięcie treści.
Ten model jest sensowny. Twórca dostaje wynagrodzenie za swoją pracę, a użytkownik ma jasność, co może zrobić. Konflikty oczywiście się zdarzają, ale na pierwszym miejscu jest dialog i próba rozsądnego wyjaśnienia okoliczności. To podejście jest spójne z ideą prawa autorskiego jako narzędzia ochrony twórców, a nie jako kijka do wymuszania pieniędzy za wszelką cenę.
Copyright trolling to coś zupełnie innego. To model, w którym kluczową rolę odgrywa nie relacja autor–użytkownik, ale wyspecjalizowany pośrednik. Taka firma:
Najczęściej nie interesuje jej kontekst. Nie pyta, czy strona jest projektem komercyjnym, hobbystycznym, edukacyjnym, czy organizacją społeczną. Nie sprawdza, czy właściciel serwisu korzystał z darmowych banków zdjęć, czy mógł legalnie pobrać grafikę w momencie jej użycia. Liczy się prosty fakt: adres URL, obrazek w bazie, potencjalny cel. Do tego dochodzą stawki oderwane od realiów rynku oraz mocno agresywny ton komunikacji.
W efekcie powstaje system, w którym bardziej niż o realną ochronę praw chodzi o monetyzowanie błędów, luk w pamięci i bałaganu sprzed lat. Im więcej można nastraszyć, tym większa szansa, że ktoś zapłaci „dla świętego spokoju”. Dla pośrednika to czysty biznes. Dla właściciela małego serwisu – źródło ogromnego stresu.
Masz sytuację, w której przez lata skrupulatnie pilnujesz praw autorskich. Korzystasz z darmowych banków zdjęć, prosisz o zgody, reagujesz na zgłoszenia. Dbasz o legalność bardziej niż ogromna większość internetu. I właśnie wtedy pojawia się firma, która na tej samej dziedzinie – prawach autorskich – buduje biznes oparty nie na edukacji i współpracy, ale na strachu, automatycznych roszczeniach i zawyżonych kwotach. Co gorsza, formalnie mieści się to w granicach prawa, bo wszystko opakowane jest w hasło „ochrona praw autorskich”.
To jest toksyczne na kilku poziomach jednocześnie.
Większość regulacji dotyczących praw autorskich była tworzona w prostym modelu: z jednej strony jest twórca, z drugiej ktoś, kto bez licencji korzysta z jego pracy. Ustawy zakładają uczciwy schemat: ktoś ma prawa, ktoś te prawa narusza, więc trzeba dochodzić roszczeń. W tym modelu sensowne jest podwyższanie ochrony, wprowadzanie sankcji, zachęcanie autorów do egzekwowania swoich praw.
Problem w tym, że w międzyczasie powstała zupełnie nowa warstwa pośredników. To firmy, które nie żyją z normalnego licencjonowania treści, ale z wyszukiwania potencjalnych naruszeń w internecie i masowego wysyłania roszczeń finansowych. Korzystają z prawa autorskiego, ale ich głównym „produktem” nie jest zdjęcie czy grafika, tylko strach po stronie odbiorcy.
W praktyce działa to tak: dzięki narzędziom automatycznego rozpoznawania obrazów można przeszukać ogromne obszary internetu i wyłowić setki lub tysiące stron, na których pojawiają się zdjęcia podobne do tych z bazy danego klienta. Z tych dopasowań tworzy się listę potencjalnych „naruszycieli”. Następnie zamiast indywidualnej rozmowy z każdym z nich, przygotowuje się szablon pism i uruchamia taśmę: masowe maile, masowe „wezwania do zapłaty”, masowe kwoty.
System prawny wciąż myśli w kategoriach „autor vs pirat”, a w rzeczywistości coraz częściej mamy do czynienia z układem „troll licencyjny vs mały wydawca”. Prawo, które miało chronić twórców, staje się wygodną bazą do działalności, która z realną ochroną twórczości ma niewiele wspólnego. Kluczowe nie jest to, żeby uczciwie wyjaśnić sytuację, ale żeby jak największy odsetek adresatów pism przestraszył się na tyle, by zapłacić.
System prawny zawsze działa z opóźnieniem wobec rzeczywistości technologicznej. Zanim ustawodawca zauważy nowy problem, zanim zbierze dane, zanim napisze przepisy i te przepisy przejdą cały proces legislacyjny – mija wiele lat. W tym czasie nowy model biznesowy działa w najlepsze, często na granicy prawa, ale wciąż na tyle sprytnie, by mieścić się „po bezpiecznej stronie”.
W niektórych krajach zaczęto dostrzegać, że coś jest nie tak. Pojawiają się wyroki sądów przycinające najbardziej absurdalne roszczenia, zdarzają się głosy krytyczne wobec nadużywania praw autorskich jako narzędzia biznesu. Jednak to wciąż raczej pojedyncze reakcje niż systemowa zmiana. To bardziej gaszenie pożaru konewką niż poważna reforma. Ogólny mechanizm pozostaje ten sam: pośrednicy mogą działać, dopóki formalnie spełniają minimalne wymogi – mają umowy z klientami, rejestrację działalności i odpowiednio sformatowane pisma.
Politycznie to temat niewygodny i mało efektowny. Łatwo jest ogłosić walkę z piractwem i „ochronę kultury”. Trudniej stanąć po stronie małych wydawców, którzy dostają przesadzone rachunki za zdjęcia sprzed dekady. Na konferencjach prasowych nie opowiada się historii blogera czy hobbystycznego portalu, który boi się otwierać skrzynkę mailową, bo może tam znaleźć kolejne „wezwanie do zapłaty”. To nie jest temat, na którym buduje się popularność.
W teorii każdy ma prawo bronić się w sądzie. W praktyce najwięcej tracą ci, którzy są „za mali”, żeby realnie z tej możliwości skorzystać. Wielka firma, znana marka czy duży portal mogą wynająć prawnika, przeanalizować sprawę, negocjować, a jeśli trzeba – iść do sądu i walczyć o obniżenie kwoty lub oddalenie roszczeń. Nawet jeśli przegrają, koszt jest dla nich jednym z wielu elementów budżetu.
Mały portal, lokalny serwis, fundacja, bloger czy osoba prowadząca hobbystyczną stronę nie mają takiego komfortu. Dla nich samo pójście do prawnika to często ogromny wydatek. Perspektywa procesu za granicą, w obcym systemie prawnym, jest zwyczajnie paraliżująca. Czasem nie chodzi nawet o pieniądze, ale o stres, niepewność, lęk przed „pismami z sądu”, których nie umieją nawet poprawnie zinterpretować.
W efekcie mały wydawca często staje przed fałszywym wyborem: albo zapłać wygórowaną kwotę, albo żyj w permanentnym lęku, że ktoś kiedyś rzeczywiście skieruje sprawę do sądu. To klasyczna asymetria: jedna strona ma narzędzia, doświadczenie, automaty i prawników, druga ma skrzynkę mailową, pełną głowy i ograniczony budżet. W takim układzie nawet jeśli formalnie wszyscy „mają równe prawa”, faktycznie równe są tylko na papierze.
Formalnie takie działania można opisywać językiem prawniczym: dochodzenie roszczeń, ochrona praw, licencjonowanie, kompensacja szkód. Merytorycznie jednak wiele z nich przypomina wymuszenie w białych rękawiczkach. Ktoś wyszukuje potencjalne potknięcia, stawia wygórowane żądania, straszy konsekwencjami i liczy, że groźba wystarczy, żeby uzyskać pieniądze. Czy to jest „legalne”? W wielu przypadkach tak. Czy to jest zdrowe dla ekosystemu twórczości i niewielkich mediów? Zdecydowanie nie.
Toksyczność tego systemu polega również na tym, że miesza on w jednej kategorii prawdziwych piratów i uczciwych wydawców. Ten sam mechanizm, te same pisma, ten sam ton kierowane są do osób, które świadomie i masowo łamią prawa autorskie, i do takich, które przez lata skrupulatnie pilnują legalności, a mogą mieć w swoim archiwum jedno sporne zdjęcie sprzed dziewięciu lat. Różnica kontekstu znika, liczy się tylko to, że „w bazie pojawiło się dopasowanie”.
Odpowiedzialność jest rozproszona, ale da się wskazać kilka kluczowych grup, które tworzą ten toksyczny ekosystem:
Nie chodzi o to, aby znieść prawo autorskie czy uniemożliwić twórcom dochodzenie swoich roszczeń. Chodzi o to, by odróżniać zdrową ochronę utworów od modelu biznesowego opartego na seryjnym generowaniu roszczeń wobec najsłabszych uczestników rynku. Dopóki tego rozróżnienia w praktyce nie ma, system pozostanie toksyczny, a wiele osób, które uczciwie pracują i publikują, będzie żyło w lęku, że każdy mail z nieznanej kancelarii może okazać się początkiem problemów nieadekwatnych do skali rzeczywistej „szkody”.
Najbardziej frustrujące jest to, że problem copyright trollingu jest w dużej mierze niewidoczny dla opinii publicznej. To nie jest medialny temat, który nadaje się na głośne hasła. Politycy wolą mówić o walce z piractwem, ochronie twórców, wielkich platformach i serwisach z nielegalnymi kopiami. Mały wydawca, który dostał absurdalne roszczenie za jedno zdjęcie, nie jest atrakcyjnym bohaterem debaty.
System praw autorskich w wielu krajach był projektowany z myślą o prostym sporze: autor kontra ktoś, kto bez licencji korzysta z jego pracy. Nikt nie przewidział dobrze zorganizowanego biznesu pośredników, którzy żyją głównie z wyszukiwania i monetyzowania potencjalnych naruszeń. Tymczasem dla tysięcy małych stron, blogów i organizacji jest to bardzo realny problem. Strach przed roszczeniami, przed niezrozumiałymi pismami i przed kosztami prawnymi bywa większy niż potencjalne korzyści z publikowania treści.
Nie ma jednej magicznej recepty, ale są kroki, które realnie pomagają odzyskać poczucie kontroli:
Nie chodzi o to, by lekceważyć prawa autorskie. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, by szanować je bardziej niż system, który w praktyce coraz częściej służy nie twórcom, ale pośrednikom żyjącym z lęku małych wydawców. Twórca i uczciwy wydawca powinni być po tej samej stronie. Copyright trolling ustawia ich przeciwko sobie.
Wszystko powyżej brzmi bardzo ogólnie, więc warto to przełożyć na prostą listę kroków. Poniższe punkty nie są poradą prawną, ale zbiorem zdroworozsądkowych działań, które pomagają nie panikować i uporządkować sytuację.
Żaden z tych kroków nie daje gwarancji całkowitego bezpieczeństwa, bo toksyczność systemu polega właśnie na tym, że zbyt wiele zależy od siły i determinacji pośredników. Daje jednak coś innego: poczucie, że nie jesteś bezradny i że możesz reagować w sposób uporządkowany, bez automatycznego uznawania się za winnego tylko dlatego, że ktoś przysłał list z dużą kwotą i groźnie brzmiącym nagłówkiem.
Mimo wszystkich opisanych patologii odpowiedź na pytanie „co robić” pozostaje zaskakująco prosta. Po pierwsze – pilnować swoich standardów: korzystać z legalnych źródeł, mieć zgody, reagować na zgłoszenia. Po drugie – nie karmić strachu bardziej, niż to konieczne. I po trzecie – nie przyjmować bezrefleksyjnie narracji, że samo pojawienie się roszczenia czyni z kogoś „pirata”. W praktyce stary sporny plik mógł trafić do serwisu na wiele sposobów: mógł pochodzić z darmowego banku zdjęć, który później zmienił model działania; mógł zostać przekazany przez autora lub partnera jako jego własne zdjęcie; mógł zostać dodany w dobrej wierze na podstawie błędnej informacji; mógł wreszcie pojawić się w wyniku włamania lub innych działań osób trzecich. Roszczenie po latach nie jest automatycznym dowodem na świadome, systemowe łamanie prawa.
System jest toksyczny, ale to nie znaczy, że uczciwi twórcy i wydawcy powinni przestać publikować albo z góry uznawać się za winnych za każdym razem, gdy ktoś wyśle im pismo z wygórowaną kwotą. Oznacza raczej, że potrzebują jasnych zasad, przejrzystych procedur i wsparcia, które pozwoli odróżnić realne naruszenia od polowania na potknięcia sprzed lat. Dopóki prawo tego wyraźnie nie rozróżnia, pozostaje nam jedno: robić swoje jak najczyściej, dokumentować dobre praktyki i nie dać sobie wmówić, że pojedynczy sporny plik unieważnia lata uczciwej pracy.