Copyright trolling: jak „ochrona praw autorskich” zamienia się w biznes strachu

Redakcja
26.11.2025

Od kilkunastu lat prowadzę hobbystyczne serwisy internetowe. To nie są wielkie portale korporacji, tylko projekty pasjonata, który pisze, publikuje i od lat bardzo poważnie traktuje prawa autorskie. Pisałem teksty o piractwie, serwisach z nielegalnymi kopiami plików, o nieskutecznej walce z piractwem. Nie mam w sobie romantyzowania piractwa – uważam, że jeśli ktoś korzysta z cudzej pracy bez zapłaty, to jest to zwyczajnie kradzież.

Mimo tego dostaję po latach pismo z żądaniem zapłaty kilkuset euro za jedno zdjęcie sprzed prawie dekady. Treść jest typowa: „wykorzystują Państwo zdjęcie naszego klienta bez licencji, prosimy o dowód zakupu albo zapłatę wskazanej kwoty, w przeciwnym razie sprawa zostanie przekazana prawnikom”. Taki list nie ma wiele wspólnego z edukowaniem o prawach autorskich. To gotowy mechanizm strachu. I dokładnie tak działa współczesny copyright trolling.

Jak wygląda typowy scenariusz „roszczeniowego” maila

Scenariusz jest zaskakująco powtarzalny. Ktoś prowadzi stronę: blog, portal branżowy, serwis tematyczny. Lata wcześniej użył grafiki z darmowego banku zdjęć albo z materiałów przesłanych przez partnera. Po latach dostaje mail z żądaniem zapłaty. W wiadomości pojawiają się charakterystyczne elementy:

  • informacja, że firma działa w imieniu „prawowitego właściciela zdjęcia”,
  • powołanie się na rzekomo bezprawne użycie grafiki na konkretnej podstronie,
  • prośba o „udowodnienie licencji” sprzed wielu lat, z krótkim terminem odpowiedzi,
  • propozycja „ugodowego” rozwiązania: zakup licencji wstecz albo zapłata odszkodowania,
  • kwoty w wysokości wielokrotnie przekraczającej normalne stawki rynkowe za zdjęcie stockowe,
  • zapowiedź skierowania sprawy do prawników i sądu, jeśli adresat nie zapłaci w terminie.

W teorii wszystko wygląda poważnie i „legalnie”. W praktyce widać bardzo wyraźnie, że celem jest przede wszystkim wywołanie strachu: adresat ma poczuć, że łatwiej zapłacić niż cokolwiek wyjaśniać.

Jak powinien wyglądać zdrowy model ochrony praw autorskich

W zdrowym modelu ochrony praw autorskich sytuacja powinna wyglądać prosto. Autor tworzy utwór: zdjęcie, tekst, muzykę, grafikę. Potem oferuje go na jasnych zasadach: jako materiał darmowy na określonej licencji, albo jako treść płatną. Kto chce skorzystać, kupuje licencję albo korzysta z darmowego źródła na warunkach licencji. Jeśli ktoś złamie te zasady, właściciel praw kontaktuje się z nim, wyjaśnia sprawę, proponuje uczciwą stawkę za wykorzystanie materiału lub prosi o usunięcie treści.

Ten model jest sensowny. Twórca dostaje wynagrodzenie za swoją pracę, a użytkownik ma jasność, co może zrobić. Konflikty oczywiście się zdarzają, ale na pierwszym miejscu jest dialog i próba rozsądnego wyjaśnienia okoliczności. To podejście jest spójne z ideą prawa autorskiego jako narzędzia ochrony twórców, a nie jako kijka do wymuszania pieniędzy za wszelką cenę.

Gdzie zaczyna się problem: biznes na strachu

Copyright trolling to coś zupełnie innego. To model, w którym kluczową rolę odgrywa nie relacja autor–użytkownik, ale wyspecjalizowany pośrednik. Taka firma:

  • buduje ogromne bazy obrazów należących do swoich klientów,
  • skanuje internet w poszukiwaniu podobnych plików,
  • automatycznie generuje raporty dopasowań,
  • na tej podstawie wysyła seryjne pisma z roszczeniami finansowymi.

Najczęściej nie interesuje jej kontekst. Nie pyta, czy strona jest projektem komercyjnym, hobbystycznym, edukacyjnym, czy organizacją społeczną. Nie sprawdza, czy właściciel serwisu korzystał z darmowych banków zdjęć, czy mógł legalnie pobrać grafikę w momencie jej użycia. Liczy się prosty fakt: adres URL, obrazek w bazie, potencjalny cel. Do tego dochodzą stawki oderwane od realiów rynku oraz mocno agresywny ton komunikacji.

W efekcie powstaje system, w którym bardziej niż o realną ochronę praw chodzi o monetyzowanie błędów, luk w pamięci i bałaganu sprzed lat. Im więcej można nastraszyć, tym większa szansa, że ktoś zapłaci „dla świętego spokoju”. Dla pośrednika to czysty biznes. Dla właściciela małego serwisu – źródło ogromnego stresu.

Toksyczność systemu: gdy prawo staje się narzędziem strachu

Masz sytuację, w której przez lata skrupulatnie pilnujesz praw autorskich. Korzystasz z darmowych banków zdjęć, prosisz o zgody, reagujesz na zgłoszenia. Dbasz o legalność bardziej niż ogromna większość internetu. I właśnie wtedy pojawia się firma, która na tej samej dziedzinie – prawach autorskich – buduje biznes oparty nie na edukacji i współpracy, ale na strachu, automatycznych roszczeniach i zawyżonych kwotach. Co gorsza, formalnie mieści się to w granicach prawa, bo wszystko opakowane jest w hasło „ochrona praw autorskich”.

To jest toksyczne na kilku poziomach jednocześnie.

Prawo pod „autora i pirata”, rzeczywistość pod „trolla i małego wydawcę”

Większość regulacji dotyczących praw autorskich była tworzona w prostym modelu: z jednej strony jest twórca, z drugiej ktoś, kto bez licencji korzysta z jego pracy. Ustawy zakładają uczciwy schemat: ktoś ma prawa, ktoś te prawa narusza, więc trzeba dochodzić roszczeń. W tym modelu sensowne jest podwyższanie ochrony, wprowadzanie sankcji, zachęcanie autorów do egzekwowania swoich praw.

Problem w tym, że w międzyczasie powstała zupełnie nowa warstwa pośredników. To firmy, które nie żyją z normalnego licencjonowania treści, ale z wyszukiwania potencjalnych naruszeń w internecie i masowego wysyłania roszczeń finansowych. Korzystają z prawa autorskiego, ale ich głównym „produktem” nie jest zdjęcie czy grafika, tylko strach po stronie odbiorcy.

W praktyce działa to tak: dzięki narzędziom automatycznego rozpoznawania obrazów można przeszukać ogromne obszary internetu i wyłowić setki lub tysiące stron, na których pojawiają się zdjęcia podobne do tych z bazy danego klienta. Z tych dopasowań tworzy się listę potencjalnych „naruszycieli”. Następnie zamiast indywidualnej rozmowy z każdym z nich, przygotowuje się szablon pism i uruchamia taśmę: masowe maile, masowe „wezwania do zapłaty”, masowe kwoty.

System prawny wciąż myśli w kategoriach „autor vs pirat”, a w rzeczywistości coraz częściej mamy do czynienia z układem „troll licencyjny vs mały wydawca”. Prawo, które miało chronić twórców, staje się wygodną bazą do działalności, która z realną ochroną twórczości ma niewiele wspólnego. Kluczowe nie jest to, żeby uczciwie wyjaśnić sytuację, ale żeby jak największy odsetek adresatów pism przestraszył się na tyle, by zapłacić.

Opóźnienie prawa i polityki: gaszenie pożaru konewką

System prawny zawsze działa z opóźnieniem wobec rzeczywistości technologicznej. Zanim ustawodawca zauważy nowy problem, zanim zbierze dane, zanim napisze przepisy i te przepisy przejdą cały proces legislacyjny – mija wiele lat. W tym czasie nowy model biznesowy działa w najlepsze, często na granicy prawa, ale wciąż na tyle sprytnie, by mieścić się „po bezpiecznej stronie”.

W niektórych krajach zaczęto dostrzegać, że coś jest nie tak. Pojawiają się wyroki sądów przycinające najbardziej absurdalne roszczenia, zdarzają się głosy krytyczne wobec nadużywania praw autorskich jako narzędzia biznesu. Jednak to wciąż raczej pojedyncze reakcje niż systemowa zmiana. To bardziej gaszenie pożaru konewką niż poważna reforma. Ogólny mechanizm pozostaje ten sam: pośrednicy mogą działać, dopóki formalnie spełniają minimalne wymogi – mają umowy z klientami, rejestrację działalności i odpowiednio sformatowane pisma.

Politycznie to temat niewygodny i mało efektowny. Łatwo jest ogłosić walkę z piractwem i „ochronę kultury”. Trudniej stanąć po stronie małych wydawców, którzy dostają przesadzone rachunki za zdjęcia sprzed dekady. Na konferencjach prasowych nie opowiada się historii blogera czy hobbystycznego portalu, który boi się otwierać skrzynkę mailową, bo może tam znaleźć kolejne „wezwanie do zapłaty”. To nie jest temat, na którym buduje się popularność.

Asymetria sił: kto jest „za mały”, żeby się bronić

W teorii każdy ma prawo bronić się w sądzie. W praktyce najwięcej tracą ci, którzy są „za mali”, żeby realnie z tej możliwości skorzystać. Wielka firma, znana marka czy duży portal mogą wynająć prawnika, przeanalizować sprawę, negocjować, a jeśli trzeba – iść do sądu i walczyć o obniżenie kwoty lub oddalenie roszczeń. Nawet jeśli przegrają, koszt jest dla nich jednym z wielu elementów budżetu.

Mały portal, lokalny serwis, fundacja, bloger czy osoba prowadząca hobbystyczną stronę nie mają takiego komfortu. Dla nich samo pójście do prawnika to często ogromny wydatek. Perspektywa procesu za granicą, w obcym systemie prawnym, jest zwyczajnie paraliżująca. Czasem nie chodzi nawet o pieniądze, ale o stres, niepewność, lęk przed „pismami z sądu”, których nie umieją nawet poprawnie zinterpretować.

W efekcie mały wydawca często staje przed fałszywym wyborem: albo zapłać wygórowaną kwotę, albo żyj w permanentnym lęku, że ktoś kiedyś rzeczywiście skieruje sprawę do sądu. To klasyczna asymetria: jedna strona ma narzędzia, doświadczenie, automaty i prawników, druga ma skrzynkę mailową, pełną głowy i ograniczony budżet. W takim układzie nawet jeśli formalnie wszyscy „mają równe prawa”, faktycznie równe są tylko na papierze.

Szara strefa między prawem a wymuszeniem

Formalnie takie działania można opisywać językiem prawniczym: dochodzenie roszczeń, ochrona praw, licencjonowanie, kompensacja szkód. Merytorycznie jednak wiele z nich przypomina wymuszenie w białych rękawiczkach. Ktoś wyszukuje potencjalne potknięcia, stawia wygórowane żądania, straszy konsekwencjami i liczy, że groźba wystarczy, żeby uzyskać pieniądze. Czy to jest „legalne”? W wielu przypadkach tak. Czy to jest zdrowe dla ekosystemu twórczości i niewielkich mediów? Zdecydowanie nie.

Toksyczność tego systemu polega również na tym, że miesza on w jednej kategorii prawdziwych piratów i uczciwych wydawców. Ten sam mechanizm, te same pisma, ten sam ton kierowane są do osób, które świadomie i masowo łamią prawa autorskie, i do takich, które przez lata skrupulatnie pilnują legalności, a mogą mieć w swoim archiwum jedno sporne zdjęcie sprzed dziewięciu lat. Różnica kontekstu znika, liczy się tylko to, że „w bazie pojawiło się dopasowanie”.

Kto ponosi odpowiedzialność za taki stan rzeczy

Odpowiedzialność jest rozproszona, ale da się wskazać kilka kluczowych grup, które tworzą ten toksyczny ekosystem:

  • Pośrednicy wyspecjalizowani w roszczeniach – firmy, które budują model biznesowy na seryjnym wysyłaniu wezwań do zapłaty. Działają formalnie w granicach prawa, ale używają jego mechanizmów w sposób, który ma niewiele wspólnego z ideą ochrony kultury i twórczości. Ich celem nie jest rozwiązanie konfliktu w sposób proporcjonalny, ale maksymalizacja przychodów z roszczeń.
  • Podmioty posiadające prawa, które świadomie wybierają ten kanał egzekwowania roszczeń – banki zdjęć, agencje, czasem sami autorzy, którzy podpisują umowy z pośrednikami. Mają prawo chronić swoje utwory, ale ponoszą moralną odpowiedzialność za to, komu powierzają tę ochronę i w jaki sposób jest ona realizowana.
  • Ustawodawcy i decydenci, którzy nie reagują na nowe nadużycia – politycy, którzy koncentrują się na łatwych hasłach o walce z piractwem, a ignorują nowe formy nadużyć powstających na styku prawa i biznesu. Brak jasnych ograniczeń, progów i zasad proporcjonalności otwiera przestrzeń dla modeli, które żerują na strachu i niewiedzy.
  • Instytucje systemu sprawiedliwości – które często reagują dopiero wtedy, gdy sprawa trafi przed sąd, a to oznacza, że po drodze tysiące osób zdążyło zapłacić wygórowane kwoty, bo bało się w ogóle do sądu dotrwać. Brakuje prostych, dostępnych mechanizmów ochrony małych wydawców przed nadużyciami ze strony silniejszych podmiotów.

Nie chodzi o to, aby znieść prawo autorskie czy uniemożliwić twórcom dochodzenie swoich roszczeń. Chodzi o to, by odróżniać zdrową ochronę utworów od modelu biznesowego opartego na seryjnym generowaniu roszczeń wobec najsłabszych uczestników rynku. Dopóki tego rozróżnienia w praktyce nie ma, system pozostanie toksyczny, a wiele osób, które uczciwie pracują i publikują, będzie żyło w lęku, że każdy mail z nieznanej kancelarii może okazać się początkiem problemów nieadekwatnych do skali rzeczywistej „szkody”.

Dlaczego nikt się tym poważnie nie zajmuje

Najbardziej frustrujące jest to, że problem copyright trollingu jest w dużej mierze niewidoczny dla opinii publicznej. To nie jest medialny temat, który nadaje się na głośne hasła. Politycy wolą mówić o walce z piractwem, ochronie twórców, wielkich platformach i serwisach z nielegalnymi kopiami. Mały wydawca, który dostał absurdalne roszczenie za jedno zdjęcie, nie jest atrakcyjnym bohaterem debaty.

System praw autorskich w wielu krajach był projektowany z myślą o prostym sporze: autor kontra ktoś, kto bez licencji korzysta z jego pracy. Nikt nie przewidział dobrze zorganizowanego biznesu pośredników, którzy żyją głównie z wyszukiwania i monetyzowania potencjalnych naruszeń. Tymczasem dla tysięcy małych stron, blogów i organizacji jest to bardzo realny problem. Strach przed roszczeniami, przed niezrozumiałymi pismami i przed kosztami prawnymi bywa większy niż potencjalne korzyści z publikowania treści.

Co może zrobić uczciwy wydawca

Nie ma jednej magicznej recepty, ale są kroki, które realnie pomagają odzyskać poczucie kontroli:

  • korzystać wyłącznie z dobrze znanych darmowych banków zdjęć i archiwizować choćby podstawowe informacje o źródle grafiki,
  • wykorzystywać materiały tylko wtedy, gdy ich autor wprost wyraża zgodę na publikację,
  • mieć na stronie jasną politykę dotyczącą praw autorskich i prostą procedurę zgłaszania naruszeń,
  • na wszelkie zgłoszenia dotyczące zdjęć reagować szybko: usuwać sporne materiały i porządkować zasoby,
  • zachować dystans do roszczeń, które są rażąco zawyżone i opierają się głównie na straszeniu, a nie na rzeczowym dialogu.

Nie chodzi o to, by lekceważyć prawa autorskie. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, by szanować je bardziej niż system, który w praktyce coraz częściej służy nie twórcom, ale pośrednikom żyjącym z lęku małych wydawców. Twórca i uczciwy wydawca powinni być po tej samej stronie. Copyright trolling ustawia ich przeciwko sobie.

Jak reagować na takie roszczenia w praktyce

Wszystko powyżej brzmi bardzo ogólnie, więc warto to przełożyć na prostą listę kroków. Poniższe punkty nie są poradą prawną, ale zbiorem zdroworozsądkowych działań, które pomagają nie panikować i uporządkować sytuację.

  • 1. Sprawdź, czy wskazane zdjęcie faktycznie jest na stronie.
    Jeżeli tak – zapisz sobie adres podstrony, nazwę pliku, datę, zrób prosty zrzut ekranu na potrzeby własnej dokumentacji. Następnie usuń zdjęcie ze strony, nawet jeśli uważasz, że roszczenie jest wątpliwe. Usunięcie pliku nie jest przyznaniem się do winy, a pokazuje dobrą wolę i ogranicza potencjalne ryzyko na przyszłość.
  • 2. Przypomnij sobie, skąd mogło pochodzić dane zdjęcie.
    W praktyce w grę wchodzi kilka scenariuszy: zdjęcie z darmowego banku, zdjęcie przekazane przez autora lub partnera, materiał stworzony na zlecenie, plik, który mógł pojawić się w wyniku włamania na serwer. Warto to dla siebie zapisać, nawet jeśli po latach nie da się już zdobyć twardych dowodów. To pomoże później spokojnie ocenić, z czym masz do czynienia.
  • 3. Zarchiwizuj korespondencję i zachowaj spokój.
    Nie kasuj maili, nie odpisuj w emocjach. Pamiętaj, że ton pisma jest zwykle zaprojektowany tak, by wywołać poczucie winy i strach. To element modelu biznesowego, a nie obiektywna ocena Twojej osoby. Twoja dotychczasowa praktyka (legalne źródła, zgody, reakcja na zgłoszenia) jest równie ważna jak sam sporny plik.
  • 4. Nie przyznawaj się automatycznie do naruszenia.
    Fakt, że ktoś wysłał roszczenie, nie oznacza automatycznie, że popełniłeś świadome piractwo. Stary plik mógł pochodzić z darmowej biblioteki, która zmieniła model działania, od autora, który później sprzedał prawa agencji, albo pojawić się w wyniku włamania. W korespondencji (jeśli w ogóle decydujesz się pisać) warto trzymać się faktów: materiał został usunięty, serwis korzysta z legalnych źródeł, nie akceptujesz automatycznie wysokości żądanej kwoty.
  • 5. Jeżeli to możliwe – skonsultuj się z kimś z zewnątrz.
    Nie każdy ma środki na płatnego prawnika, ale czasem pomocna bywa rozmowa z prawnikiem znajomego, organizacją branżową, lokalnym punktem porad prawnych czy choćby kimś, kto ma doświadczenie w podobnych sprawach. Chodzi o to, byś nie zostawał sam z poczuciem, że „na pewno przegrasz”. Często już samo spojrzenie drugiej osoby porządkuje sytuację.
  • 6. Zadbaj o własne procedury na przyszłość.
    Niezależnie od tego, jak skończy się konkretna sprawa, warto wyciągnąć z niej wnioski: ograniczyć źródła zdjęć do kilku zaufanych darmowych banków, zapisywać podstawowe informacje o pochodzeniu grafiki, mieć na stronie jasną polityję praw autorskich i sposób zgłaszania naruszeń. To nie daje stuprocentowej ochrony przed trollami, ale znacznie wzmacnia Twoją pozycję, gdyby kiedykolwiek trzeba było tłumaczyć swoje działania.
  • 7. Pamiętaj, że masz prawo się nie zgadzać.
    Masz prawo uważać kwotę za rażąco wygórowaną, masz prawo nie zgadzać się z narracją, że pojedynczy sporny plik sprzed lat czyni z Ciebie pirata. Masz prawo zadawać pytania o podstawę roszczenia, datę nabycia praw przez podmiot zgłaszający i sposób wyliczenia kwoty. I masz też prawo uznać, że nie wchodzisz w długą korespondencję z firmą, która w Twojej ocenie działa bardziej jak windykator niż partner do rozmowy.

Żaden z tych kroków nie daje gwarancji całkowitego bezpieczeństwa, bo toksyczność systemu polega właśnie na tym, że zbyt wiele zależy od siły i determinacji pośredników. Daje jednak coś innego: poczucie, że nie jesteś bezradny i że możesz reagować w sposób uporządkowany, bez automatycznego uznawania się za winnego tylko dlatego, że ktoś przysłał list z dużą kwotą i groźnie brzmiącym nagłówkiem.

Na koniec: to nie roszczenie decyduje, kim jesteś

Mimo wszystkich opisanych patologii odpowiedź na pytanie „co robić” pozostaje zaskakująco prosta. Po pierwsze – pilnować swoich standardów: korzystać z legalnych źródeł, mieć zgody, reagować na zgłoszenia. Po drugie – nie karmić strachu bardziej, niż to konieczne. I po trzecie – nie przyjmować bezrefleksyjnie narracji, że samo pojawienie się roszczenia czyni z kogoś „pirata”. W praktyce stary sporny plik mógł trafić do serwisu na wiele sposobów: mógł pochodzić z darmowego banku zdjęć, który później zmienił model działania; mógł zostać przekazany przez autora lub partnera jako jego własne zdjęcie; mógł zostać dodany w dobrej wierze na podstawie błędnej informacji; mógł wreszcie pojawić się w wyniku włamania lub innych działań osób trzecich. Roszczenie po latach nie jest automatycznym dowodem na świadome, systemowe łamanie prawa.

System jest toksyczny, ale to nie znaczy, że uczciwi twórcy i wydawcy powinni przestać publikować albo z góry uznawać się za winnych za każdym razem, gdy ktoś wyśle im pismo z wygórowaną kwotą. Oznacza raczej, że potrzebują jasnych zasad, przejrzystych procedur i wsparcia, które pozwoli odróżnić realne naruszenia od polowania na potknięcia sprzed lat. Dopóki prawo tego wyraźnie nie rozróżnia, pozostaje nam jedno: robić swoje jak najczyściej, dokumentować dobre praktyki i nie dać sobie wmówić, że pojedynczy sporny plik unieważnia lata uczciwej pracy.

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie