
Hasło „czterodniowy tydzień pracy” wywołuje w Polsce jednocześnie błysk w oku i odruch nieufności. Błysk – bo któż nie chciałby dłuższego weekendu? Nieufność – bo brzmi to jak obietnica z krainy jednorożców: i mniej godzin, i ta sama pensja, i jeszcze większa produktywność. Zamiast rzucać hasłami, spróbujmy zaprojektować polską drogę do krótszego tygodnia: bez naiwności, ale i bez cynizmu. Felieton, w którym rozbieram temat na czynniki i podpowiadam, jak przeprowadzić sensowny pilotaż w realiach MŚP.
Największy mit? „Mniej godzin = mniej pracy = mniej wyników.” To intuicyjne, ale bywa fałszywe. W wielu firmach dzień jest pokawałkowany spotkaniami, „szybkimi konsultacjami” i komunikacją, która pożera zamiast wspierać. Gdy skracamy tydzień, zmuszeni jesteśmy posprzątać bałagan: zamienić część synchronicznych zebrań na asynchroniczne decyzje, uprościć procesy, wyciąć niskoefektywne aktywności. Często okazuje się, że realna praca – ta, która tworzy wartość – zajmuje mniej czasu niż sądziliśmy, tylko od lat jest duszona przez hałas organizacyjny. Oczywiście są branże, gdzie matematyka jest twardsza (produkcja, logistyka, handel detaliczny), ale i tam istnieją sposoby na skrócenie tygodnia: rotacje, zmiany, sezonowość, automatyzacja.
Pod jedną etykietą kryją się różne rozwiązania. Model 4×10 (cztery dni po dziesięć godzin) rzadko podoba się pracownikom i bywa trudny dla BHP, ale daje prostą logistykę. Model 100–80–100 (100% wynagrodzenia, 80% czasu, 100% rezultatów) stawia twarde wymaganie: utrzymać lub podnieść efekty, nawet jeśli formalnie jest nas mniej. Są też wersje mieszane: „piątek strategiczny” bez spotkań, rotacyjne wolne poniedziałki, skrócone piątki w sezonie letnim. Polska droga prawdopodobnie będzie eklektyczna – zamiast jednej ustawy-znienacka, zobaczymy mozaikę firmowych polityk dopasowanych do branż i regionów.
Świat zna już solidne eksperymenty – od dużych programów w Europie po pojedyncze firmy technologiczne i usługowe. Ostrożna lekcja brzmi: skrócenie tygodnia jest wykonalne przy spełnieniu dwóch warunków. Po pierwsze, trzeba przedefiniować „czas pracy” na „czas efektywnej pracy”. Po drugie, nie wolno przerzucać kosztów na ludzi ukrytym nadgodzinami („cztery dni w biurze, piąty dzień w domu na mailach”). Lepiej nic nie obiecać niż oferować ersatz, po którym następuje wypalenie. Pilotaż powinien obejmować twarde wskaźniki (czas realizacji, jakość, NPS klientów, rotacja, absencja) i miękkie (poczucie dobrostanu, kreatywność, jakość współpracy).
Prawo pracy bywa w Polsce literalne, a kultura zarządzania – hierarchiczna. To nie jest wyrok, ale kontekst. Liderzy muszą się nauczyć mówić nie tyle „ufam ludziom”, co „projektuję system, w którym warto ufać”. Czyli np. jasne cele kwartalne zamiast kontroli obecności, widełki decyzyjne zamiast każdej zgody „u góry”, asynchroniczne dokumentowanie wiedzy zamiast ustnych ustaleń. Na poziomie przepisów pojawią się pytania o równoważny czas pracy i o to, jak uczciwie rozliczać nadgodziny w modelu z krótszym tygodniem. To wszystko da się ułożyć, ale wymaga dorosłej rozmowy między HR, związkami i zarządem.
Często słyszę: „My jesteśmy za mali na eksperymenty”. Prawda jest odwrotna. W dużych korporacjach nawet rozsądne zmiany toną w procedurach. Mała i średnia firma może zwinne eksperymentować: uruchomić trzy miesiące pilotażu na jednym zespole, szybko zderzyć hipotezy z rzeczywistością, a potem iterować. Jeśli boimy się o klientów – powiedzmy im wprost, że we wtorki–piątki odpowiadamy jak dotąd, a w poniedziałki linia pomocy działa w skróconym okienku, za to rośnie jakość i czas reakcji w pozostałe dni. Przejrzystość łagodzi tarcia.
Po pierwsze: diagnoza. Przez dwa–trzy tygodnie mapujemy, gdzie znika czas – w jakich typach spotkań, przestojach, kolejnych iteracjach tego samego zadania. Po drugie: zasady gry. „Zero spotkań w piątki”, „wszystkie statusy asynchronicznie”, „odcięte powiadomienia 10–12”. Po trzecie: ramy. Wybieramy model (np. 100–80–100), określamy zasięg (np. sprzedaż wewnętrzna i marketing), wyznaczamy wskaźniki sukcesu. Po czwarte: komunikacja do klientów i partnerów – spokojna, bez triumfalizmu. Po piąte: retrospektywy co dwa tygodnie, gdzie bez lansu przyznajemy się do potknięć i poprawiamy kurs. Po szóste: decyzja po trzech miesiącach – skalujemy, modyfikujemy albo kończymy z uczciwym raportem.
Co z pracą zmianową? – rotacje i z góry znane grafiki. Co z osobami na stanowiskach „samotnych wysp” (np. jedyna księgowa)? – dyżury i zewnętrzne wsparcie w krytycznych dniach. Co z wynagrodzeniami prowizyjnymi? – parametry prowizji nie powinny karać za krótszy tydzień, ale premiować wynik, nie obecność. Co z równością w zespołach – czy skrócony tydzień nie spadnie na barki kobiet (opiece, „drugiej zmianie”)? – to okazja, by uczciwie ułożyć podział obowiązków i nie maskować problemów hasłem „benefit”.
Najbardziej zaskakującym skutkiem skrócenia tygodnia jest czasem nie wzrost produktywności, ale poprawa jakości współpracy. Kiedy każdy dzień liczy się bardziej, rośnie sensowność, maleje „polityka”, szybciej rozstrzygamy spory. Zespół uczy się priorytetyzacji i nabiera odwagi do mówienia „nie”. To wszystko zostaje nawet wtedy, gdy pilotaż okaże się częściowy (np. skracamy tylko piątki). Krótszy tydzień bywa więc katalizatorem dojrzalszej organizacji, a nie jedynie „prezentem” dla pracowników.
Nie potrzebujemy rewolucji w jedną noc. Potrzebujemy odwagi w wersji beta: mądrych prób, które uczą szybciej niż kolejne strategie w PowerPoincie. Być może polska specyfika wypracuje własny miks: skrócone piątki latem, rotacyjne wolne poniedziałki w usługach, twarde okna głębokiej pracy w biurach, automatyzację drobnicy w back-office. Każdy krok w stronę pracy, która marnuje mniej ludzkiego czasu, jest krokiem we właściwym kierunku. I jest szansą, by zbudować firmy, do których wraca się nie z obowiązku, ale z sensu.