W małej firmie każdy nowy klient to małe święto. Telefon zadzwonił, mail przyszedł, ktoś wreszcie „z ulicy” zamówił usługę albo produkt. Pracujesz, oddajesz zlecenie, wystawiasz fakturę, pieniądze wpływają. Sukces. A potem zapada cisza. Klient znika, nie odzywa się, nie wraca. W głowie pojawia się myśl: „czy znów trafiła mi się tylko jednorazówka?”.
Takich historii w małym biznesie są setki. Ktoś wziął stronę internetową i zniknął. Ktoś zamówił ulotki, wizytówki, pojedynczą kampanię reklamową, jednorazowe sprzątanie, remont, konsultację, projekt. Nic złego się nie stało, wszyscy zadowoleni – ale współpraca na tym się kończy. A przecież zdobycie tego klienta kosztowało: czas, energię, pieniądze na reklamę, nerwy. Szkoda byłoby zatrzymać się na jednym rachunku.
Ten felieton jest właśnie o tym momencie po pierwszym zleceniu. O tym, co możesz zrobić jako mikro lub mały przedsiębiorca, żeby z „klienta jednorazowego” przynajmniej próbować zrobić normalnego, wracającego odbiorcę. Bez wciskania, bez nachalnego sprzedawania, za to z odrobiną świadomego planowania i ludzkiego podejścia.
Na początku warto uporządkować jedno: sam fakt, że klient kupił coś raz, nie jest błędem. Czasem naprawdę potrzebuje usługi tylko jeden jedyny raz. Sprzedał mieszkanie, zrobił akt notarialny i koniec. Wyremontował mieszkanie pod wynajem – minie pięć lat, zanim znów będzie cokolwiek robił. Zamówił projekt logo i po prostu nie potrzebuje więcej.
Problem pojawia się gdzie indziej. W sposobie myślenia „po robocie”. Jeśli za każdym razem traktujesz pojedyncze zlecenie jak osobną planetę, którą po zakończeniu zamykasz w szufladzie, to za każdym razem startujesz od zera. Nowe ogłoszenie, nowa reklama, nowy przypadkowy telefon. Tymczasem część tych klientów mogłaby do ciebie wracać – tylko nikt im tego nie ułatwił.
Mała firma ma tutaj przewagę nad korporacją: pamiętasz ludzi, pamiętasz twarze, często kojarzysz konkretne historie. To wielki kapitał, który aż prosi się, żeby go wykorzystać. Warunek jest jeden: trzeba przestać traktować zakończone zlecenie jak zamknięty rozdział, a zacząć myśleć o nim jak o pierwszym odcinku serialu.
W głowie przedsiębiorcy pierwsze zlecenie to zwykle lista: przyjąć, policzyć, wykonać, oddać, rozliczyć. W głowie klienta wygląda to jednak trochę inaczej. On robi w tym czasie cichy audyt: czy to się w ogóle dobrze współpracuje?
Patrzy nie tylko na finalny efekt, ale na całą drogę. Czy:
Na koniec zadaje sobie bardzo proste, bardzo ludzkie pytanie: czy ja chcę jeszcze raz przez to przechodzić z tą samą firmą. Jeśli odpowiedź brzmi „tak, było to w miarę bezboleśnie”, to już jest połowa sukcesu. Jeśli odpowiedź brzmi „niby dobrze, ale się wymęczyłem” – to masz kłopot, nawet jeśli zrobiłeś wszystko technicznie poprawnie.
Nie trzeba cudu, żeby ten cichy audyt wypadł dobrze. Bardzo często wystarczają zwyczajne rzeczy: oddzwonienie wtedy, gdy obiecałeś, jasne potwierdzenie ustaleń, normalne ludzkie tłumaczenie zamiast rzucania skrótami i wytycznymi. To brzmi banalnie, ale na tle wielu byle jakich doświadczeń z usługami potrafi zdziałać więcej niż najbardziej błyszczący folder reklamowy.
Jedną z największych strat małych firm jest to, że kończą zlecenie… i milkną. Zero podsumowania, zero sygnału „co dalej”, zero przypomnienia o sobie. Dokumenty wysłane, faktura opłacona, temat zamknięty. Klient w tym momencie ma w głowie głównie ulgę, że „już po wszystkim”. Warto to wykorzystać, zamiast zamykać plik i iść dalej.
Jak może wyglądać proste, ludzkie domknięcie, które otwiera drzwi na przyszłość? Na przykład tak: po oddaniu pracy wysyłasz krótką wiadomość z podziękowaniem za współpracę i jednym konkretnym zdaniem, co jeszcze w przyszłości możesz dla tej osoby zrobić. Bez katalogu, bez „specjalnych ofert”. Jedno, sensowne zdanie, osadzone w kontekście.
Przykłady? Jeśli robiłeś stronę internetową, możesz napisać, że za kilka miesięcy warto będzie zajrzeć do statystyk i zobaczyć, co można poprawić. Jeśli sprzątałeś po remoncie, możesz wspomnieć, że oferujesz też cykliczne porządki raz na miesiąc. Jeśli prowadziłeś jednorazową kampanię promocyjną, możesz zasugerować, że dobrze byłoby za jakiś czas wrócić do tematu, kiedy pojawi się nowy produkt czy sezon.
Kluczowe jest to, żeby brzmiało to jak realna propozycja, a nie automatyczny dopisek. Klient powinien mieć poczucie, że widzisz dalej niż do faktury, ale nie ciągniesz go za rękaw. To różnica między „jak coś, to jestem” a „kup ode mnie coś jeszcze, bo inaczej zbankrutuję”.
Nie ma co udawać: żadna, nawet najbardziej charyzmatyczna osoba, nie zapamięta szczegółów wszystkich klientów na dłuższą metę. Nazwy firm, imiona, szczegóły mieszają się po kilku miesiącach w jedną plamę. A przecież trudno sensownie wrócić do kogoś po roku, jeśli nie pamiętasz, co dokładnie dla niego robiłeś.
Dlatego małej firmie przydaje się coś, co można nazwać „notatką sąsiedzką” o kliencie. Nie chodzi o rozbudowany system, często wystarczy prosty arkusz, kalendarz czy notes, w którym zapiszesz kilka rzeczy:
To nie jest wielka filozofia, ale robi ogromną różnicę w jakości późniejszego kontaktu. Kiedy po kilku miesiącach napiszesz: „robiliśmy dla pana X remont łazienki w marcu, wspominał pan, że planuje pan kuchnię jesienią – jeśli temat jest aktualny, chętnie przygotuję wycenę”, to brzmi to zupełnie inaczej niż suchy szablon „mamy nową promocję, zachęcamy do skorzystania z naszych usług”.
Mały biznes wygrywa często właśnie takimi drobiazgami: pokazaniem, że pamięta, co robił dla konkretnego człowieka, a nie tylko to, że „był jakiś klient z tego miasta”.
Wielu przedsiębiorców unika kontaktu po zakończeniu zlecenia z jednego powodu: boi się, że wyjdzie na natręta. Samo słowo „follow-up” brzmi dla wielu jak z koszmaru telemarketingu. A przecież różnica jest ogromna – i w dużej mierze zależy od tonu i momentu.
Nachalna sprzedaż to seria wiadomości i telefonów, które mówią: „kup, kup, kup”. Często bez żadnego odniesienia do realnej sytuacji klienta, bez pytania, czy on w ogóle czegoś potrzebuje. Przypomnienie o sobie to coś innego: subtelny sygnał „istnieję, pamiętam, co dla ciebie robiłem, jeśli będziesz czegoś potrzebował, możesz na mnie liczyć”. Bez ciśnienia na natychmiastową decyzję.
Przykład różnicy? Natarczywe podejście: „Mamy teraz świetną promocję na dodatkowe usługi, jeśli się pan nie zdecyduje w tym tygodniu, cena wzrośnie”. Normalne przypomnienie: „Minęło pół roku od wykonania usługi, jeśli widzi pan potrzebę przeglądu/aktualizacji/porządków, jestem do dyspozycji”. W jednym klient czuje się przyciskany do ściany. W drugim – traktowany jak dorosły człowiek, który sam decyduje.
Kluczowa jest też częstotliwość. Raz na kilka miesięcy normalna wiadomość to coś zupełnie innego niż bombardowanie co tydzień nowymi „okazjami”. Mała firma, która potrafi zachować umiar, ma większą szansę, że klient odbierze jej kontakt jako troskę o porządek w sprawach, a nie polowanie na prowizję.
Jest jeszcze jeden czynnik, który często decyduje, czy klient wróci: prostota załatwiania spraw. W wielu branżach ludzie nie uciekają od konkretnej firmy dlatego, że jest zła. Uciekają dlatego, że za każdym razem czują się, jakby startowali od zera z papierologią, procedurami czy tłumaczeniem tego samego.
Mała firma może tu sporo zdziałać. Wystarczy zadbać o kilka rzeczy:
Dla klienta ogromnym komfortem jest sytuacja, w której może powiedzieć: „robiłem to już z tą firmą, wiem, jak to wygląda, nie muszę wszystkiego od nowa ogarniać”. Im mniej niewiadomych, tym większe prawdopodobieństwo, że zamiast szukać nowego wykonawcy, wybierze znaną drogę.
To szczególnie ważne w branżach, które same w sobie są dla ludzi stresujące: remonty, prawo, finanse, medycyna, reklama. Tam, gdzie klient czuje się zagubiony, łatwo doceni partnera, który nie tylko „robi robotę”, ale też oswaja całą otoczkę.
W tym wszystkim trzeba pamiętać o jednej ważnej rzeczy: nie każdy klient jednorazowy jest materiałem na dobrą, stałą współpracę. Czasem już przy pierwszym zleceniu widać, że relacja jest wyczerpująca, nieuczciwa albo po prostu toksyczna. Dumpingowe oczekiwania cenowe, brak szacunku do twojego czasu, konieczność tłumaczenia po pięć razy tego samego, a na końcu negocjacje o każdy grosz – to sygnały ostrzegawcze.
Paradoksalnie, jednym z przejawów dojrzewania małej firmy jest umiejętność powiedzenia sobie: „tego klienta nie będę specjalnie zachęcał do powrotu”. Można wykonać usługę uczciwie, zgodnie z umową, ale nie ma obowiązku inwestowania dodatkowej energii w relację, która na dłuższą metę będzie ciągnęła w dół.
Mała firma nie musi obsługiwać „wszystkich, za wszelką cenę”. Ma prawo budować bazę klientów, z którymi da się normalnie rozmawiać i współpracować po ludzku. Czasem rezygnacja z „drugiego życia” jednego trudnego klienta otwiera miejsce na trzech innych, z którymi praca będzie zdrowsza i bardziej opłacalna.
Z biznesowego punktu widzenia stały klient to tańszy klient. Jego pozyskanie nie wymaga już tylu działań marketingowych, tylu rozmów wstępnych, tylu wyjaśnień. Ale jest jeszcze drugi, często ważniejszy aspekt: stały klient to spokojniejsza głowa właściciela małej firmy.
Wiedza, że co miesiąc czy co kwartał pojawi się konkretne zlecenie od kogoś znanego, zmniejsza trochę codzienny lęk „czy będzie robota”. Zamiast składać wszystko z przypadkowych, jednorazowych strzałów, można budować bardziej przewidywalny kalendarz. To z kolei przekłada się na możliwość lepszego planowania czasu, rozwoju firmy, inwestycji.
Oczywiście, nic nie jest na zawsze. Klient może zmienić dostawcę, zamknąć firmę, ograniczyć koszty. Ale nawet jeśli współpraca trwa dwa–trzy lata zamiast jednego zlecenia, to i tak jest to inna jakość niż wieczny rollercoaster „w tym miesiącu coś wpadło, w następnym zobaczymy”.
Nie ma sensu udawać, że magiczne zdanie w mailu czy sprytny szablon wiadomości zamieni każdego klienta jednokrotnego w wiernego partnera na lata. Fundamentem zawsze będzie to, jak wykonujesz swoją pracę. Jeśli psujesz, spóźniasz się, nie odbierasz telefonu – żadna strategia „drugiego życia klienta” nie pomoże.
Jeśli jednak robisz swoje solidnie, na czas i po ludzku, to właśnie te drobne rzeczy – podsumowanie współpracy, jasne zaproszenie do kontaktu w przyszłości, porządek w notatkach, umiejętne, rzadkie przypomnienie o sobie – mogą zrobić różnicę. Zamiast wiecznie gonić za nowymi, możesz krok po kroku budować relacje z tymi, którzy już raz zaufali.
„Klient jednorazowy” nie musi być etykietą na zawsze. Czasem to po prostu ktoś, kto jeszcze nie dostał od ciebie sygnału, że ma dokąd wrócić. I że za drugim razem będzie mu jeszcze łatwiej niż za pierwszym.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Felieton oparty na obserwacjach własnych oraz rozmowach z właścicielami mikro i małych firm pracującymi z klientami zarówno jednorazowymi, jak i stałymi.