Mamy wrażenie, że świat przyspieszył do granic absurdu. Dostawy „same day”, streaming bez buforowania, decyzje „na callu”, sprinty co tydzień, a najlepiej codziennie. W tym pośpiechu tracimy coś, co kiedyś uznawano za oczywistość: cierpliwość jako kompetencję. Nie cnotę, nie przymiot świętych – kompetencję menedżerską i życiową, która przekłada się na pieniądze, zdrowie i jakość decyzji. Paradoks? Im szybciej działa świat, tym większą przewagę mają ci, którzy potrafią wolno myśleć i cierpliwie działać.
W wielu zespołach żądanie natychmiastowości przykrywa brak priorytetów. Kiedy wszystko jest „na już”, nic nie jest naprawdę ważne. Płacimy za to ekspresowymi poprawkami, korektami po nocy, projektami odpalonymi bez briefu i bez mierników. Tempo myli się z postępem. A postęp – jeśli go w ogóle widać – jest rachityczny.
Szybkość to efekt powtarzalności i procesu. Pośpiech to chaos i koszt kontekstu. Zespół szybki ma szablony, definicje „gotowe/niegotowe”, z góry zaplanowane checkpointy. Zespół w pośpiechu wysyła Slacki o północy, a potem i tak czeka, bo ktoś zasnął nad laptopem. Szybkość jest tania w utrzymaniu. Pośpiech – zabójczo drogi.
Cierpliwość oznacza, że potrafisz poczekać na dane minimalne do decyzji i masz dyscyplinę, by nie „psuć eksperymentu”. W marketingu to znaczy: nie zamykasz A/B testu po trzech godzinach, bo wykres „ładnie wygląda”. W sprzedaży: nie unieważniasz procesu po dwóch nieudanych rozmowach. W produkcie: nie gonisz za każdą modą, bo ktoś na konferencji powiedział „tak robią najlepsi”.
Zrób dwie rzeczy: po pierwsze, skróć wszystko, co możesz skrócić procesowo (szablony, checklisty, automatyzacje). Po drugie, wydłuż to, czego skrócić nie wolno (obserwacja danych, cykl uczenia, czas na dogłębne pisanie). Nie walcz z prędkością świata – dostosuj „mechanikę”, by zyskać przestrzeń na myślenie. Dzienny „focus block” bez komunikatorów to nie fanaberia. To warunek, by w ogóle zobaczyć, co robisz.
Jest wiele rzeczy, które multiplikują się tylko wtedy, gdy dasz im czas: reputacja, relacje, kompetencje, jakość produktu. Szybki zysk z dopalaczy promocyjnych kusi, ale rachunek przychodzi później – w zwrotach, w serwisie, w niechęci handlowców do obiecywania czegokolwiek „ponad”. Cierpliwość zabrania ci zjadać jutro dla dzisiejszego nagłówka w raporcie.
Ustalasz, gdzie firma musi być szybka (reakcja na leady, obsługa, dostawy) i gdzie musi być powolna (kierunek produktowy, rekrutacja liderów, wejście w drogie kanały). Dla części „powolnej” tworzysz specjalny rytm: przeglądy kwartalne, dokumenty decyzyjne z argumentami „za/przeciw”. Gdy ktoś pyta „czemu to tyle trwa?”, wyciągasz kartkę z definicją ryzyka i skali konsekwencji złej decyzji. Nie tłumaczysz się z cierpliwości – bronisz ją faktami.
W MŚP cierpliwość to często… brak nerwowych zwrotów. Nie zmieniasz cennika co tydzień, bo konkurencja wrzuciła „-10%”. Nie bierzesz „na siłę” klienta toksycznego, bo „jakoś to będzie”. Nie startujesz jednocześnie w pięciu modnych kanałach. Trzymasz kurs, dowożąc miesiąc po miesiącu. Aż pewnego dnia nagle „wszyscy” zauważają, że robisz to najlepiej. Tylko że to „nagle” trwało dwa lata.
Narastającą odporność psychiczną. Kiedy umiesz poczekać, nie szarpiesz się o każdy mail, nie interpretujesz braku odpowiedzi jako dramatu, nie bierzesz krytyki jako ataku osobistego. W zamian dostajesz spokój. A spokój to jeden z najbardziej niedocenianych zasobów menedżera.
Na tle świata, który zasypia ze słuchawką w uchu i budzi się do powiadomień, postawa „zrobię to dobrze, nie szybko” brzmi niemal buntowniczo. Dobrze – niech brzmi. Bo na dłuższej osi czasu buntownicy cierpliwości wygrywają. Zanim tłum zdąży kliknąć w kolejny alert, oni domykają sprawę i idą dalej – w spokoju, we własnym tempie.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.