
Są rozmowy, po których człowiek czuje ulgę. I są rozmowy, po których człowiek czuje się jeszcze cięższy, choć formalnie „się wygadał”. Różnica bywa subtelna, bo z zewnątrz wszystko wygląda podobnie: ktoś opowiada o trudnej sprawie, ktoś słucha, współczuje, przytakuje, dorzuca własne doświadczenia. To ma nawet nazwę w codziennym języku: „przegadaliśmy temat”. Tyle że czasem my nie „przegadujemy”, tylko mielimy. Kręcimy się wokół tej samej historii, tej samej krzywdy, tych samych obaw, aż rozmowa staje się sportem. Sportem, w którym każdy kolejny set polega na dokładaniu szczegółów, wersji i czarnych scenariuszy.
Wiele osób myli to z bliskością. A bliskość rzeczywiście często rodzi się z dzielenia się trudnościami. Problem zaczyna się wtedy, gdy dzielenie się nie prowadzi do zrozumienia ani działania, tylko do utrwalania napięcia. Zamiast „jest mi lżej” pojawia się „jest mi głośniej w głowie”. I wtedy warto zadać sobie proste pytanie: czy my się wspieramy, czy my się razem nakręcamy?
Psychologia ma na to zjawisko bardzo konkretne pojęcie: co-ruminacja. To styl rozmowy, w którym dwie osoby intensywnie i wielokrotnie wracają do problemów, spekulują, analizują, doklejają emocje, a całość ma charakter powtarzalny i „lepki”. Co-ruminacja potrafi budować poczucie więzi, bo jest w niej dużo odsłonięcia i uwagi. Jednocześnie bywa powiązana ze wzrostem objawów lękowych i obniżeniem nastroju, bo rozmowa zaczyna przypominać pętlę, a nie proces.
To ważne: co-ruminacja nie jest „gadaniem”. To jest gadanie w trybie ciągłego przewijania tej samej taśmy. Zwykle zawiera kilka składników: wracanie do tych samych wątków, rozkręcanie emocji, szukanie ukrytych znaczeń, dopowiadanie intencji innych ludzi, budowanie wielu „co jeśli” i „a pamiętasz, jak wtedy…”. Efekt uboczny jest prosty: zamiast rozładować napięcie, rozmowa je konserwuje.
Bo przynosi natychmiastową ulgę. Gdy jesteśmy w stresie, mózg chce bodźca, który obniży napięcie tu i teraz. Rozmowa z bliską osobą to bezpieczny bodziec. Dostajesz uwagę, potwierdzenie, ciepło. Dostajesz też poczucie, że „coś robisz”, bo przecież analizujesz. I tu zaczyna się trik: analiza może udawać działanie. Działanie wymaga ryzyka, decyzji, konfrontacji, zmiany. Analiza daje poczucie kontroli bez kosztu wejścia w realne konsekwencje.
W dodatku co-ruminacja potrafi działać jak wspólny język relacji. Niektóre znajomości są zbudowane na „wspólnym narzekaniu”, „wspólnym przeżywaniu”, „wspólnym oburzeniu”. To bywa klej. Ale klej, który ma w składzie stres. Jeśli waszą stałą formą kontaktu jest nakręcanie się, to rozmowa bez problemu zaczyna wydawać się pusta. I pojawia się paradoks: żeby czuć więź, trzeba mieć temat, a najlepszym tematem staje się… kolejny problem.
Nie zawsze widać to w trakcie. Często widać dopiero po. Po rozmowie, która miała „pomóc”, człowiek zauważa, że jest bardziej pobudzony, bardziej roztrzęsiony albo bardziej wściekły. Że w głowie zostały nowe scenariusze, nowe podejrzenia, nowe „dowody”. Że zamiast jednej myśli ma pięćdziesiąt. To są sygnały, że rozmowa przestała pełnić funkcję wsparcia, a zaczęła pełnić funkcję podtrzymywania napięcia.
W praktyce można to rozpoznać po kilku typowych objawach:
To nie znaczy, że emocje są złe. To znaczy, że emocje potrzebują kierunku. Bez kierunku zmieniają się w pętlę.
Zdrowe wygadanie się ma w sobie moment domknięcia. Czujesz, że ktoś cię usłyszał, a ty sam lepiej rozumiesz, co się dzieje. Czasem pojawia się decyzja, czasem pojawia się plan, a czasem po prostu pojawia się spokój: „ok, to jest trudne, ale jestem w stanie to unieść”. Co-ruminacja rzadko daje domknięcie. Raczej zostawia cię z poczuciem, że temat jest jeszcze większy, jeszcze groźniejszy, jeszcze bardziej skomplikowany.
Wygadanie się zwykle przybliża do rzeczywistości: „to się wydarzyło, to czuję, tego potrzebuję”. Co-ruminacja często oddala od rzeczywistości, bo skupia się na projekcjach: „co on pomyślał”, „co oni zrobią”, „co będzie za miesiąc”, „jak to się skończy”. To jest różnica między rozmową, która porządkuje, a rozmową, która rozlewa.
Bo „a co jeśli” daje złudzenie przygotowania. Jeśli wymyślę wszystkie możliwe czarne scenariusze, to niby będę gotowy. Problem w tym, że mózg nie odróżnia wyobrażonego zagrożenia od realnego w taki sposób, jakbyśmy chcieli. Gdy karmisz się obrazami katastrofy, ciało reaguje napięciem. A napięcie obniża zdolność do spokojnego myślenia. I tak robi się koło: im więcej spekulacji, tym większe pobudzenie; im większe pobudzenie, tym większa skłonność do spekulacji.
W co-ruminacji ta spirala jest podwójna, bo działa w dwie strony. Jedna osoba dokłada scenariusz, druga go wzmacnia. Jedna osoba wrzuca interpretację, druga ją potwierdza. W ten sposób rozmowa staje się małą fabryką niepokoju, nawet jeśli obie strony mają najlepsze intencje.
Największy błąd w pomaganiu polega na tym, że my chcemy „być dobrym rozmówcą” poprzez pełne zanurzenie w emocjach drugiej osoby. Zanurzenie jest potrzebne, ale musi mieć granicę. Dobre wsparcie to nie jest wspólne utonięcie. Dobre wsparcie to jest towarzyszenie komuś tak, żeby nie podkręcać jego (i swojego) układu nerwowego do czerwoności.
Pomaga prosta zmiana trybu rozmowy. Zamiast „doklejania” kolejnych interpretacji, przechodzisz w stronę faktów, potrzeb i małych kroków. To można zrobić bez chłodu i bez „psychologizowania”.
To działa, bo nie odbiera emocji, tylko nie pozwala im przejąć kierownicy. I często przynosi zaskakujący efekt: człowiek czuje się bardziej wysłuchany wtedy, gdy ktoś mu pomaga nazwać sedno, niż wtedy, gdy ktoś mu tylko przytakuje do wszystkiego.
Po pierwsze: nie traktuj tego jak wady charakteru. To jest strategia radzenia sobie z napięciem. Tyle że strategia może przestać działać. Jeśli czujesz, że wracasz do tej samej historii dziesiąty raz, spróbuj zrobić mały eksperyment: nie uciekaj od tematu, ale zmień formę.
Po drugie: zauważ, że „wygadanie się” może być krótkotrwałym zastrzykiem ulgi. Jeśli potrzebujesz go codziennie, to być może nie chodzi już o sam problem, tylko o sposób regulowania napięcia. Wtedy warto dołożyć inne formy regulacji: ruch, sen, rytm dnia, ograniczenie bodźców, a czasem profesjonalną pomoc. Nie dlatego, że „coś z tobą nie tak”, tylko dlatego, że samą rozmową nie da się załatwić wszystkiego.
Granica jest tam, gdzie rozmowa przestaje przybliżać do życia, a zaczyna zastępować życie. Gdy po rozmowie nie ma ani spokoju, ani decyzji, ani choćby jednego małego ruchu, tylko jest kolejne „a co jeśli”, to znak ostrzegawczy. Gdy relacja opiera się głównie na wspólnym przeżywaniu problemów, a rzadko na wspólnym oddychaniu, to też jest znak.
Najbardziej dojrzałe wsparcie wygląda prosto: „jestem z tobą” oraz „pomogę ci nie utonąć”. To nie oznacza ucieczki od trudnych tematów. To oznacza, że trudny temat nie musi zamieniać się w rytuał nakręcania. Czasem najlepszą pomocą jest nie kolejna analiza, tylko zdanie: „ok, rozumiem; teraz zróbmy coś, co cię uspokoi”. I to wcale nie jest spłycanie problemu. To jest ratowanie człowieka, który ma ten problem unieść.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Źródła