
Przez lata prywatność była traktowana jak ekstrawagancja: coś dla „paranoików od RODO” i ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Tymczasem to dobro codzienne, jak woda w kranie czy klucz do drzwi. Dane to nie tylko pliki na serwerach. To nasze zwyczaje, zdrowie, dzieci, mieszkanie, długi i marzenia. To mapa życia, której nie chcemy oddawać w zamian za „wygodę bez myślenia”. Jeśli mamy mówić o godności danych, zacznijmy od codzienności: najemców, pacjentów i rodziców. Tam prywatność ma najwięcej sensu, bo chroni najsłabszych.
Na rynku najmu asymetria jest oczywista: właściciel ma władzę, najemca – potrzebę. W takim układzie kusi, by pytać o wszystko: zarobki, umowy, zaświadczenia, a czasem także rzeczy niemające znaczenia – o związki, plany rodzicielskie, zdrowie. Granica wypada tam, gdzie informacja nie służy ocenie wiarygodności, tylko ciekawości. Godność danych najemcy to prawo do mieszkania bez ujawniania całej biografii. Wynajmujący ma prawo wiedzieć, czy czynsz będzie płacony. Nie ma prawa wiedzieć, czy chcesz mieć dziecko za rok.
Kamery na klatkach schodowych i czujniki w mieszkaniach bywają sprzedawane jako „bezpieczeństwo” i „oszczędność”. Dopóki służą do celu i mają jasne zasady – w porządku. Problem zaczyna się, gdy stają się narzędziem kontroli stylu życia: kto wchodzi i wychodzi, o której, z kim. Inteligentny czujnik nie musi być donosicielem. Wystarczy, że zrozumiemy różnicę między danymi operacyjnymi (awaria, zużycie, alarm) a danymi ciekawości. Te drugie należy zostawić w spokoju.
Zdrowie jest obszarem, w którym prywatność bywa najbardziej oczywista – i najbardziej krucha. Elektroniczne kartoteki, wyniki badań, obrazy diagnostyczne – to wszystko krąży między placówkami, specjalistami i systemami. Pacjent ma prawo wiedzieć, kto i po co sięga do jego dokumentacji. Ma prawo do drugiej opinii bez piętna „krnąbrnego”. Ma prawo milczeć, jeśli pytanie nie ma związku z terapią. Godność danych w medycynie to nie tylko kłódka na systemie, ale kultura zaufania: lekarz nie jest urzędnikiem od checklisty, a pacjent nie jest petentem od odhaczania zgód.
Cyfrowe dzienniki, platformy edukacyjne, aplikacje do kontaktu z nauczycielem – wszystko to ma sens. Ale między „wygodą” a „śledzeniem” jest cienka linia. Czy każdy komentarz o uczniu musi być wieczny? Czy statystyki aktywności online mają wpływać na ocenę z zachowania? Czy udostępniamy dane tylko temu, kto uczy, czy całej „społeczności edukacyjnej”? Godność danych dziecka to prawo do dorastania bez cyfrowego dossier, które będzie je definiować latami. Dzieci popełniają błędy. System powinien uczyć, nie etykietować.
Wielu z nas klika „akceptuję”, bo nie ma czasu czytać. To zrozumiałe. Ale zgoda bez wyboru to nie zgoda, a obowiązek „albo wszystko, albo nic” nie ma nic wspólnego z szacunkiem. Dobre praktyki są proste: granularność (wybieram, na co się zgadzam), przejrzystość (wiem, po co to jest), łatwe wycofanie (klik i koniec), brak kary za „nie”. Jeśli firma buduje model na informacji, niech buduje go też na zaufaniu. To się opłaca dłużej niż tani remarketing.
Przyzwyczailiśmy się mówić, że prywatność „utrudnia biznes”. Prawda jest mniej dramatyczna: utrudnia tylko zły biznes, który był tanim pożeraczem danych. Dobry biznes buduje przewagę na jakości, nie na skali śledzenia. Jeśli chcesz lojalności, traktuj dane jak pożyczony skarb: dotykaj ostrożnie, licz się z rozliczeniem, oddawaj w lepszym stanie (np. w formie przydatnych podsumowań dla użytkownika). To jest nowa lojalność: nie program punktów, tylko uczciwość.
Zasada „zbieraj tylko to, co niezbędne” nie jest pustym sloganem. To konkret: w formularzach pytaj o to, co potrzebne, a nie o to, co „może się kiedyś przyda”. Nie trzymaj danych dłużej niż musisz. Ogranicz dostęp w organizacji do tych, którzy naprawdę potrzebują. A gdy zdarzy się błąd – komunikuj szybko i jasno. Wstyd przed przyznaniem się do wycieku jest gorszy niż sam wyciek. Godność danych to także godność w kryzysie.
Nie jesteśmy bezradni. Możemy wybierać produkty i usługi z szacunkiem do prywatności. Możemy czytać choćby nagłówki zgód i korzystać z prawa do wglądu i usunięcia. Możemy uczyć dzieci podstaw cyfrowej higieny: co publikować, gdzie, z jakimi ustawieniami. To niewielkie rzeczy, ale składają się na kulturę, w której dane są od ludzi, nie o ludziach.
Godność danych to nie ideologiczny sztandar. To codzienna praktyka, która chroni normalność: prawo do mieszkania bez ankiet intymnych, do leczenia bez lęku przed wyciekiem, do dorastania bez cyfrowych blizn. Jeśli prywatność jest luksusem, to społeczeństwo biednieje moralnie. Jeśli jest standardem, wszyscy zyskujemy – nawet ci, którzy dzisiaj myślą, że „nie mają nic do ukrycia”. Bo w godności nie chodzi o ukrywanie. Chodzi o bycie traktowanym po ludzku.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.