„Spytaj kuzyna, on zna kogoś w urzędzie”. „Daj CV, podrzucę we właściwe miejsce”. „Nie róbmy konkursu, szkoda czasu — jest swój człowiek”. W polszczyźnie słowo znajomości ma miękki, ciepły dźwięk. Jest w nim sąsiedzki gest, rodzinna troska, szybka pomoc w kłopocie. Ale jest też coś, co potrafi zmiękczyć prawo jak masło na patelni. Ta podwójność rodzi napięcie: kiedy „po znajomości” jest naturalną tkanką wspólnoty, a kiedy staje się cichym mechanizmem dyskryminacji i marnotrawstwa? W tym felietonie spróbuję nazwać granice, zaproponować domowe „testy przyzwoitości” i pokazać, że są narzędzia, które pozwalają przysługę ocalić, a kumoterstwo — wyeliminować.
Nepotyzm to faworyzowanie krewnych przy obsadzaniu stanowisk lub udzielaniu korzyści. Kumoterstwo — promowanie „swoich” spoza rodziny: znajomych, partyjnych towarzyszy, klubowych kolegów. Oba zjawiska są etycznie bliźniacze: wpychają prywatne więzi w miejsce, w którym powinny decydować jawne, obiektywne reguły. W instytucjach publicznych ta linia jest dodatkowo wzmocniona prawem. Mamy choćby wyłączenie pracownika w sprawach, gdzie zachodzi wątpliwość co do bezstronności (Kodeks postępowania administracyjnego, art. 24), czy konflikt interesów w zamówieniach publicznych, który wymusza odsunięcie osób „uwikłanych” w relacje z wykonawcą. To nie przypadek — państwo wie, że „po znajomości” zżera zaufanie szybciej niż głośny skandal.
W sektorze prywatnym łatwo powiedzieć: „moja firma, mój wybór — zatrudniam kogo chcę”. I owszem, wolność wyboru jest realna. Ale jej koszt bywa ukryty. Jeśli decydujesz „po znajomości”, płacisz w innej walucie: spada morale zespołu, rośnie opór wobec ocen i awansów, psują się standardy. Pracownik „z rodziny” często dostaje nieformalną parasolkę nad błędami, a to reszcie wysyła prosty komunikat: liczy się dostęp, nie wynik. W dłuższym horyzoncie to marnotrawstwo: płacisz za stanowisko nie rynkową cenę kompetencji, tylko cenę spokoju towarzyskiego. W instytucjach publicznych ten koszt jest jeszcze większy, bo rozlewa się na wszystkich podatników.
Nepotyzm i kumoterstwo rzadko wyglądają jak filmowy kopertowy deal. Częściej to łańcuszek drobnych decyzji: ogłoszenie pisane pod konkretną osobę, termin tak wyznaczony, by pasował „naszemu”, pytania rekrutacyjne wzięte z jego CV. W zamówieniach publicznych — kryterium „doświadczenia” ustawione tak, by tylko jedna firma mogła je spełnić. W grantach — „ważne rekomendacje” od znajomego środowiska. W samorządach — „tymczasowe pełnienie obowiązków”, które dziwnie łatwo staje się stałym. Na końcu zawsze da się powiedzieć: „wszystko zgodnie z procedurą”. Na papierze — tak. W praktyce — wszyscy zainteresowani wiedzą, że to teatr.
Polska, jak większość krajów regionu, wciąż dogania Zachód w warstwie zaufania instytucjonalnego. W rodzinie i wśród przyjaciół potrafimy się spinać i działać błyskawicznie. W zderzeniu z urzędem czy korporacją włączamy tryb podejrzliwości. „Po znajomości” psuje właśnie to, co mamy najcenniejsze: uczy, że wartość to rzecz drugorzędna, liczy się dostęp. Zamiast budować szerokie mosty (normy, standardy, konkursy, jawność), budujemy kładki dla swoich. A potem dziwimy się, że w rankingach percepcji korupcji kręcimy się w okolicach środka stawki.
Uwaga — kij ma dwa końce. Żaden system nie wymaga od nas, byśmy stali się automatami. Rekomendacje i sieci kontaktów są częścią zdrowego rynku pracy. Problem zaczyna się tam, gdzie kontakt zastępuje kryterium. Jeśli rekomendacja prowadzi do jawnej rekrutacji z równymi szansami — świetnie. Jeśli zastępuje rekrutację — mamy kłopot. Felieton nie jest wezwaniem do kasowania przyjaźni. Jest wezwaniem do tego, by przyjaźń nie była przepustką VIP na publiczny pokład.
W administracji przepisy są dość jasne: pracownik powinien być wyłączony, gdy sprawa dotyczy jego bliskich lub budzi wątpliwości co do bezstronności; w zamówieniach publicznych konflikt interesów unieważnia udział „uwikłanych” osób. Mamy też ograniczenia działalności gospodarczej dla pełniących funkcje publiczne, a na poziomie unijnym — ochronę sygnalistów, by ludzie mieli odwagę zgłaszać naruszenia. Sęk w tym, by nie traktować tych reguł jako „przeszkody”, tylko jako protezę zaufania. Jeśli system jest przejrzysty, nawet mocne więzi prywatne nie muszą być grzechem — bo i tak decyduje jawna procedura.
Najtrudniejsza jest inicjacja: pierwszy konkurs naprawdę otwarty, pierwsza rekrutacja z niewygodnym pytaniem o powiązania, pierwsza publikacja kalendarza spotkań. To kosztuje — przede wszystkim nerw. Ale efekt skali działa w dwie strony. Im częściej robimy rzeczy uczciwie, tym bardziej uczciwość staje się „normą rynkową”. Historia wielu firm pokazuje, że wystarczy kilka decyzji „wbrew wygodzie”, by drgnęła cała kultura.
Nie chcę świata, w którym nie wolno poprosić znajomego o pomoc. Chcę świata, w którym pomoc nie zdecyduje o wyniku. Jak to zrobić praktycznie? Bardzo prosto: jeśli ktoś prosi cię „o słowo” — daj kontakt do publicznej rekrutacji, wyjaśnij, jak wygląda proces, opowiedz o kulturze pracy. Możesz być „mentorem”, nie „parlamentarzystą przepychającym ustawę”. W administracji — kieruj ludzi do Biura Obsługi Mieszkańca zamiast „do pokoju 113”. W uczelni — pokaż regulamin, nie „załatwiaj egzaminu”. To wciąż pomoc, tylko bez lepkiej warstwy uprzywilejowania.
Bez niezależnych mediów, watchdogów i sygnalistów łatwo wpaść w samozadowolenie. Kontrole NIK, raporty pokontrolne, dziennikarstwo śledcze — to szemrzące źródła światła, które przypominają, że „po znajomości” bywa kosztowne. Czasem ujawnienie nieprawidłowości kończy się dymisją, czasem tylko rumieńcem. Ale nawet rumieniec bywa zdrowy: kultura wstydu to też mechanizm regulacyjny. Trzeba tylko pilnować, by wstyd dotyczył czynów, nie nazwisk.
Gdy kusi „po znajomości”, robię mini-rachunek sumienia: czy ta przysługa kogoś innego pozbawi równej szansy? Jeśli tak — rezygnuję. Bo wolę żyć w kraju, w którym wygrywają przygotowani, nie podłączeni. I mam przeczucie, że większość z nas też by wolała. Zaczynajmy od siebie: od własnego biurka, od własnej gminy, od własnej firmy. „Po znajomości” jest jak sól — w małej dawce nadaje smak, w nadmiarze psuje całe danie.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.