Uczenie się jest jedną z najpiękniejszych ludzkich czynności. Tym bardziej paradoksalne, że potrafi stać się elegancką formą prokrastynacji. Nowy moduł, webinar, certyfikat – i znów „jesteśmy w drodze”, choć nie przesunęliśmy spraw ani o centymetr. Felieton o kursomanii nie jest krytyką edukacji ani platform, które ją ułatwiają. To próba uchwycenia momentu, w którym nauka zaczyna pełnić rolę wymówki: zamieniamy ryzyko działania na komfort konsumowania kolejnych lekcji, a potem dziwimy się, że życie wciąż czeka na start.
Pierwszy sygnał jest subtelny: „jeszcze nie jestem gotów, jeszcze rozdział trzeci, potem plan, później ruszam”. Drugi bywa dumny: stopka maila puchnie od skrótów i odznak. Trzeci – najbardziej zdradliwy – brzmi rozsądnie: „żeby zrobić X, najpierw muszę nauczyć się Y”. Oczywiście, czasem to prawda. Ale równie często Y jest tylko ciepłym płaszczem, który pozwala odsunąć konfrontację z rzeczywistością. Kursy są bezpieczne: przewidywalne, linearnie skrojone, nagradzające małe kroki. Świat działania bywa bezlitosny: nic nie obiecuje, a ocena przychodzi natychmiast.
Kurs daje natychmiastowy sygnał nagrody: ptaszek przy module, gratulacyjny ekran, certyfikat gotowy do pobrania. Projekt życiowy – firma, książka, zmiana ścieżki – tego nie gwarantuje. Tam punkty kontrolne trzeba zdefiniować samemu, a feedback może boleć. Nic dziwnego, że mózg wybiera krótką pętlę satysfakcji. Problem pojawia się wtedy, gdy te drobne nagrody przesłaniają nam fakt, że nie przesunęliśmy ciężaru. Umiejętność bez wdrożenia pozostaje potencjałem. Potencjał bez odważnika rzeczywistości zaczyna przypominać kolekcję ładnych narzędzi w warsztacie, w którym nigdy nic nie powstaje.
„Jeszcze chwilę dopracuję, zanim pokażę światu” – to zdanie bywa mottem kursomanii. Łatwo zamienić ambicję w tarczę: uczę się, bo chcę zrobić to najlepiej. Tymczasem najlepsze bywa wrogiem skończonego. Świat rzadko potrzebuje doskonałości – częściej potrzebuje czegoś działającego, co można poprawiać. W tym sensie kurs potrafi być komfortowym substytutem ryzyka: dopóki się uczysz, nikt nie ocenia efektu. Dopóki nie publikujesz, nikt nie ma prawa mieć zdania. Perfekcjonizm staje się więc taktyką defensywną: wiecznym „jeszcze nie teraz”.
Żyjemy w kulturze certyfikatów. To wygodna waluta: łatwo ją prezentować, zestawiać, porównywać. Tyle że życie nie płaci odznakami. Płaci za rzeczy, które działają i rozwiązują cudze problemy. Widać to dobrze w karierach, które utknęły: CV rośnie, portfolio stoi. Zapytany o dorobek „poza kursem”, kursoman powie o planach. Zapytany o klienta, wskaże konsultacje – darmowe. Zapytany o publikację, pokaże szkice. To nie brak talentu. To brak decyzji, że nawet niedoskonała wersja musi wyjść za drzwi.
Nie wszystko da się „od ręki”. Chirurg nie „poćwiczy” na żywo bez lat nauki. Pilot nie zasiądzie do kokpitu po dwóch tutorialach. Są dziedziny, gdzie kurs to warunek wejścia. Ale jest też ogromna strefa spraw, w których sens ma uczenie przez działanie: projektowanie, pisanie, sprzedaż, przedsiębiorczość. Tu kurs powinien być przyprawą, nie głównym daniem. Daje słownik, mapę pułapek, podstawowe narzędzia. Resztę trzeba wykonać w świecie, który oddaje ciosy – i uczy dzięki temu szybciej niż jakakolwiek platforma.
Przeciwieństwem kursomanii nie jest antyintelektualizm. Jest nim mikroodwaga: świadome wystawianie się na małe, mierzalne ryzyko. Jeden tekst publiczny zamiast trzech lekcji o storytellingu. Jedna rozmowa sprzedażowa zamiast pięciu webinarów o „domykaniu”. Jeden prototyp za 100 zł zamiast pięciu godzin o „weryfikacji hipotez”. Zadziwiające, jak szybko rośnie kompetencja, gdy zamienimy konsumpcję na kontakt z rzeczywistością. Co więcej, mikroodwaga nie marnuje wcześniejszej wiedzy – wręcz przeciwnie, wreszcie daje jej pracować.
Jednym z nawyków, które karmią kursomanię, jest uczenie się „na wszelki wypadek”. Kolejny obszar „przyda się kiedyś”. Efekt: rozproszona uwaga, rozproszona energia, rozproszona tożsamość. Tymczasem uczenie „na czas” bywa brutalnie skuteczne: bierzesz tylko to, czego potrzebujesz do najbliższego ruchu. Powstaje pętla: krok – luka – douczenie – krok. To nie jest romantyczne, ale działa, bo wiedza dostaje szansę od razu zamienić się w wynik. Zamiast spiżarni pełnej produktów, które się przeterminują, masz kuchnię, w której codziennie coś naprawdę powstaje.
To nie wymaga egzaminu z psychologii. Wystarczy kilka prostych testów. Po pierwsze: czy potrafisz pokazać efekty z ostatnich 30 dni, za które ktoś zapłacił lub które komuś realnie pomogły? Po drugie: czy posiadasz publicznie widoczne ślady działania – tekst, projekt, produkt, iterację – które można zrecenzować? Po trzecie: czy dołączasz kolejny kurs, choć masz w szufladzie notatki z poprzednich trzech, nieprzetestowane w praktyce? Jeśli na dwa pytania odpowiadasz „tak”, masz odpowiedź.
Nie chodzi o rewolucję, lecz o parametry, które przywracają równowagę między nauką a działaniem. Oto najprostszy zestaw:
Dobra wiadomość: to nie przeszkoda. Wręcz przeciwnie. Nauka odzyskuje sens, gdy staje się paliwem dla konkretnych ruchów. Wiedza „przyrastająca pod użycie” smakuje lepiej. Znika poczucie winy („znowu kurs, a ja w miejscu”), pojawia się radość z natychmiastowego sprzężenia zwrotnego. Zaczynasz planować edukację jak sportowiec trening: jednostki mają cel, a mikrocykle zderzają się z zawodami – konkretnym sprawdzianem.
Największą barierą nie jest brak treści, tylko lęk przed byciem ocenionym. Wersja 1.0 boli, bo jest widoczna, krucha, łatwa do krytyki. Ale tylko ona rozpoczyna proces, którego nie da się zaplanować „na sucho”: uczysz się rynku, siebie, własnego głosu. Zaskakująco często wystarczy wyjść z cieniem, by zobaczyć, że publiczność jest bardziej życzliwa niż nasze wyobrażenia. A jeśli nie jest – to też warto wiedzieć dziś, nie po dziesięciu kursach.
Pomyłka to cena biletu. Koszt błędu w „małym ruchu” jest niski, koszt stagnacji – wysoki i rozłożony w czasie. Kurs potrafi zamaskować stagnację, bo dostarcza poczucia progresu. Działanie obnaża prawdę, ale też szybko ją koryguje. Po kilku iteracjach zaczynasz lubić ten rytm: zamiast pytać „czy już jestem gotów?”, pytasz „co zrobię w tym tygodniu, co będzie miało ślad?”. To zmienia architekturę dnia. Nagle lekcje nie są celem, tylko środkiem – tak, jak powinno być od początku.
Wartościowa nauka generuje dywidendę: oszczędza czas, pieniądze, nerwy. Kursomania generuje koszty: i to tym większe, im lepiej czujemy się w roli wiecznego studenta. Jeśli czujesz, że to o Tobie – nie wyrzucaj platform z telefonu. Ustal nowe zasady. Wybierz jeden cel, zdefiniuj trzy kroki, które zrobisz w tym miesiącu, i tylko pod nie dobierz lekturę. Zrób miejsce na ciszę po działaniu: to w niej wiedza naprawdę się układa. A gdy przyjdzie pokusa „kolejnego modułu” – przypomnij sobie, że najtrudniejsza lekcja jest już przygotowana. Nazywa się: wersja 1.0.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.