
Multitasking brzmi jak supermoc. Jak coś, co mają „ogarniający” ludzie: jedną ręką odpisują, drugą ogarniają dokument, w tle robią obiad, a w przerwie między zdaniami jeszcze sprawdzą powiadomienia. I niby wszystko idzie. Niby. Bo w tej historii jest jeden drobny haczyk: my nie robimy wielu rzeczy naraz. My robimy jedną rzecz, potem drugą, potem znowu pierwszą – tylko w tempie, które sprawia, że sami wierzymy, że to „naraz”.
To nie jest kwestia charakteru ani „braku silnej woli”. To jest konstrukcja naszego mózgu. W większości sytuacji, które uznajemy za multitasking, tak naprawdę uprawiamy szybkie przełączanie uwagi. A przełączanie uwagi ma cenę. Płacimy ją sekundami, błędami, napięciem w ciele i tym dziwnym poczuciem wiecznego niedokończenia, kiedy niby cały dzień „coś robiliśmy”, a wieczorem w głowie i tak zostaje tylko ślad: chaos.
Bo daje natychmiastową nagrodę: poczucie ruchu. Gdy robisz jedną rzecz, jest ryzyko nudy, dyskomfortu, wejścia w trudny fragment. Gdy skaczesz między zadaniami, zawsze możesz uciec w coś łatwiejszego. Zamiast jednego większego „kamienia” do przepchnięcia masz dużo małych kamyczków. Każdy kamyczek to mikro-ulga: „odpowiedziałem”, „odpisałem”, „sprawdziłem”, „zareagowałem”.
Do tego dochodzi element społeczny. W wielu środowiskach bycie rozproszonym bywa mylone z byciem ważnym. Powiadomienia jak odznaki. Kalendarz pękający w szwach jak dowód, że „mam życie”. Ciągłe przerzucanie się między wątkami bywa traktowane jak kompetencja, choć częściej jest tylko strategią przetrwania w świecie, który nie umie powiedzieć: „to może poczekać”.
Najprościej: za każdym razem, gdy przeskakujesz między zadaniami, mózg musi się przestawić. Inny cel, inne reguły, inne detale do utrzymania w pamięci roboczej. Taki „reset” nie jest darmowy. Czasem kosztuje niewiele, a czasem zaskakująco dużo – zwłaszcza gdy zadania są złożone albo emocjonalne.
I teraz ważne: ta cena nie wygląda jak wielki dramat. Ona wygląda jak coś banalnego. Zgubiona myśl w połowie zdania. Pomyłka w danych. Konieczność ponownego czytania akapitu, bo nie pamiętasz, co było w pierwszym zdaniu. Niby drobiazgi. Tylko że te drobiazgi sumują się w styl życia. W stan, w którym jesteś zmęczony nie tym, że ciężko pracujesz, tylko tym, że non stop startujesz.
Wielozadaniowość kradnie też „ciągłość”. A ciągłość jest tym, co buduje poczucie sensu. Gdy jesteś w jednej sprawie dłużej niż minutę, pojawia się kontekst, pojawiają się powiązania, zaczynasz widzieć, co jest ważne, a co tylko głośne. Gdy skaczesz – jesteś w wiecznej powierzchni. I w tej powierzchni łatwo pomylić ruch z postępem.
Wielu z nas ma poczucie, że multitasking im służy. „Ja tak mam, ja tak działam, ja inaczej się nudzę”. Tylko że subiektywne odczucie sprawności bywa zdradliwe. Przełączanie daje poczucie kontroli, bo w każdej chwili możesz sięgnąć po coś, co natychmiast przynosi ulgę. A ulga łatwo udaje efektywność.
To trochę jak jazda samochodem po mieście: możesz ciągle zmieniać pasy, wyprzedzać, przyspieszać do czerwonego i hamować, żeby zyskać… kilkanaście sekund. Z zewnątrz wygląda to dynamicznie. Z perspektywy paliwa i stresu – jest to najdroższy możliwy styl jazdy. Multitasking jest podobny: dużo ruchu, mało realnej różnicy, sporo kosztów ukrytych.
Żeby było uczciwie: są sytuacje, gdy da się robić dwie rzeczy jednocześnie. Zwykle wtedy, gdy jedna z nich jest mocno zautomatyzowana i nie wymaga świadomej kontroli – na przykład spacer i rozmowa o prostych sprawach, pranie i słuchanie spokojnego podcastu, składanie prostych rzeczy i słuchanie muzyki. Problem zaczyna się wtedy, gdy obie rzeczy wymagają jakościowej uwagi: pisanie i odpisywanie, analizowanie i scrollowanie, rozmowa z człowiekiem i równoległe „ogarniam coś na szybko”.
W praktyce granica jest prosta: jeśli po przerwaniu zadania potrzebujesz chwili, żeby wrócić i przypomnieć sobie, co robiłeś – to znaczy, że przełączanie kosztuje. Jeśli po przełączeniu rośnie liczba pomyłek albo spada jakość – to znaczy, że płacisz. Jeśli po „produktywnym” dniu masz wrażenie, że w głowie zostały wyłącznie strzępy – to znaczy, że rachunek przyszedł wieczorem.
Bo często nie rozliczamy się z efektu, tylko z widoczności. W wielu miejscach pracy nagradza się responsywność zamiast rezultatu. Kto odpowiada szybciej, ten „jest”. Kto jest, ten „pracuje”. A że to bywa praca pozorna – to już mniej spektakularne.
Drugi powód jest bardziej osobisty: monotasking wymaga odwagi. Gdy robisz jedną rzecz, widać, czy idzie. Widać, gdzie utknąłeś. Widać, że nie jesteś idealny. Multitasking to czasem sprytny kamuflaż: gdy skaczesz, zawsze masz wymówkę, że „jeszcze do tego wrócisz”. A jeśli jeszcze dorzucisz sobie trzy równoległe wątki – masz już pełen system usprawiedliwień.
Nie proponuję żadnej rewolucji ani romantycznego „uciekam w góry i wyłączam internet”. Chodzi o proste ruchy, które zwracają ci kontrolę nad uwagą. Najważniejsze: nie próbuj wygrać z multitaskingiem silną wolą. Wola jest jak mięsień – męczy się. Wygrywa środowisko i zasady.
Najbardziej podstępne w multitaskingu jest to, że on nie niszczy ci dnia jednym ciosem. On go rozdrabnia. I w rozdrobnionym dniu łatwo się zgubić, bo nie ma „momentu”, w którym można powiedzieć: teraz jestem tu, robię to, kończę. Są tylko przejścia. A przejścia, gdy jest ich za dużo, stają się całym życiem.
Jeśli chcesz sprawdzić, czy to o tobie, zrób prosty test: wybierz jedno zadanie, ustaw 20 minut i nie przeskakuj. Bez heroizmu, bez autoprzewagi, bez walki. Po prostu obserwuj, ile razy ręka sama idzie do innego wątku. To nie jest dowód twojej „słabości”. To jest dowód, jak skutecznie nauczyliśmy się żyć w trybie przerywania.
Wielozadaniowość jest mitem nie dlatego, że „ktoś gdzieś powiedział”. Jest mitem, bo w praktyce daje ci mniej, niż obiecuje: mniej głębi, mniej satysfakcji, mniej pamięci z dnia. A w zamian bierze dużo: czas, spokój, poczucie ciągłości. Dobra wiadomość jest taka, że to się da odkręcić. Nie w jeden dzień, nie w spektakularny sposób. Raczej jak sprzątanie pokoju po długim okresie bałaganu: po trochu, konsekwentnie, z coraz większym oddechem.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Źródła