Najpierw niezamówiona oferta, potem groźby, a na końcu odesłanie do sądu. Ten przypadek dobrze pokazuje słabość systemu walki ze spamem

Antoni Kwapisz
13.04.2026

W naszej akcji przeciwko spamowi trafiają się różne przypadki, ale niektóre szczególnie dobrze pokazują cały mechanizm działania nadawców i słabość późniejszej reakcji systemu. Tak było również tutaj. Najpierw na firmowy adres e-mail trafiła wiadomość zawierająca ofertę kursów, terminy, ceny, zachętę do rejestracji i ofertę odpłatnych materiałów. Nie była to neutralna informacja, lecz wiadomość o wyraźnym charakterze promocyjnym, choć później nadawca próbował przedstawiać ją inaczej.

W odpowiedzi został wysłany formalny sprzeciw. Wskazano w nim, że wiadomość została potraktowana jako niezamówiona wiadomość marketingowa, zakwestionowano legalność wykorzystania adresu e-mail, zażądano informacji o źródle danych, podstawie ich przetwarzania oraz ich usunięcia. To nie była żadna emocjonalna awantura, tylko normalna reakcja odbiorcy, który chce wiedzieć, skąd nadawca ma jego adres i dlaczego uznał, że może wykorzystać go do takiej wysyłki.

I właśnie tutaj zaczęła się część szczególnie wymowna. Zamiast rzeczowego wyjaśnienia pojawiła się obrona oparta na znanych już wymówkach. Nadawca próbował przekonywać, że nie było tu marketingu, że wiadomość miała wyłącznie charakter informacyjny i edukacyjny, a przepisy dotyczące informacji handlowej i marketingu bezpośredniego rzekomo nie mają zastosowania. Innymi słowy: nie próbowano uczciwie odpowiedzieć na pytania o źródło adresu i podstawę jego wykorzystania, lecz od początku budowano opowieść, w której to nadawca miał być stroną działającą rzekomo bez zarzutu, a sam sprzeciw odbiorcy przedstawiano niemal jako nadużycie.

Potem było jeszcze gorzej. W kolejnych odpowiedziach nie pojawiło się realne wyjaśnienie źródła danych ani konkretna odpowiedź na podstawowe pytania o ich przetwarzanie. Zamiast tego zaczęły pojawiać się coraz bardziej napastliwe sformułowania, w tym sugestie, że to odbiorca narusza dobra osobiste nadawcy, że wywiera bezprawny wpływ i że dalsze działania mogą skończyć się konsekwencjami cywilnymi albo nawet karnymi. To już nie wyglądało jak korespondencja mająca wyjaśnić spór. To wyglądało jak próba zniechęcenia odbiorcy do dalszego dochodzenia swoich praw.

Skoro więc korespondencja z nadawcą przestała mieć sens, sprawa została skierowana do Urzędu Komunikacji Elektronicznej. I właśnie odpowiedź z UKE najlepiej pokazuje dzisiejszy problem systemowy. Urząd nie napisał, że wszystko było w porządku. Nie stwierdził, że takie wiadomości są legalne. Przeciwnie — potwierdził, że zakaz przesyłania informacji handlowej bez uprzedniej zgody odbiorcy istnieje. Jednocześnie jednak wyjaśnił, że samo zgłoszenie ma charakter informacyjny i nie powoduje automatycznie wszczęcia postępowania wobec nadawcy.

Na tym jednak nie koniec. UKE wskazał również, że osoba pokrzywdzona może sama wystąpić do sądu z wnioskiem o ukaranie sprawcy. I właśnie tu najdobitniej widać absurd całej tej sytuacji. Bo z perspektywy zwykłego człowieka oznacza to tyle: dostałeś niezamówioną ofertę, musiałeś poświęcić czas na reakcję, musiałeś mierzyć się z agresywnymi odpowiedziami, a teraz jeszcze słyszysz, że jeśli chcesz realnie walczyć dalej, powinieneś sam iść do sądu.

To właśnie dlatego ta sprawa nie jest już tylko historią o jednym spamie. Ona pokazuje, jak bardzo praktyka rozmija się z obietnicą ochrony. Na papierze wszystko wygląda poważnie. Jest przepis, jest zakaz, jest urząd. W praktyce jednak obywatel bardzo szybko dochodzi do momentu, w którym czuje, że ciężar walki z naruszeniem zostaje w dużej mierze przerzucony na niego samego. To on ma zbierać dowody, pisać pisma, pilnować terminów, a na końcu jeszcze rozważać wejście w spór sądowy o coś, co przecież już na poziomie ustawy zostało zakazane.

Najłatwiej powiedzieć: droga sądowa przecież istnieje. Tylko że właśnie takie odpowiedzi pokazują oderwanie systemu od realiów. Dla zwykłego odbiorcy spamu wizja chodzenia po sądach w sprawie jednego albo kilku maili jest po prostu obciążająca, kosztowna i zniechęcająca. Nie da się uczciwie przesądzić z góry, jak zakończyłaby się konkretna sprawa. Ale równie uczciwie trzeba powiedzieć, że dla przeciętnego pokrzywdzonego sama perspektywa długiej, kosztownej i niepewnej procedury jest wystarczająco odstraszająca. I właśnie dlatego odesłanie do sądu brzmi tak źle.

W efekcie tworzy się bardzo niebezpieczny układ. Spamer widzi, że ryzyko po jego stronie jest rozmyte i pośrednie. Odbiorca widzi, że nawet jeśli ma rację, to system nie daje mu prostego, szybkiego i realnego narzędzia ochrony. W takim układzie zakaz zaczyna przypominać bardziej deklarację niż skuteczną ochronę. Nie dlatego, że przepisu nie ma. On jest. Nie dlatego, że urząd nie odpowiedział. Odpowiedział. Tylko dlatego, że między istnieniem zakazu a jego praktyczną egzekucją rozciąga się zbyt duża przepaść.

I właśnie to jest największy problem tej sprawy. Nie tylko sam fakt, że ktoś wysłał niezamówioną wiadomość. Nie tylko to, że później próbował zasłaniać się rzekomo informacyjnym charakterem wysyłki. Nie tylko to, że zamiast odpowiedzi pojawiły się groźby. Problemem jest także to, że człowiek, który przechodzi całą tę drogę, słyszy od systemu: zakaz istnieje, ale jego praktyczne dochodzenie nadal w dużej mierze spoczywa na tobie.

Jeżeli państwo chce być traktowane poważnie w walce ze spamem, nie może poprzestawać na samym istnieniu przepisów. Musi jeszcze stworzyć taki model działania, w którym odbiorca nie będzie miał poczucia, że po całym naruszeniu i całej korespondencji został ostatecznie odesłany do dalszej samotnej walki. Bo wtedy zakaz istnieje już tylko formalnie, a spamerzy nadal mogą liczyć na to, że dla wielu ludzi koszt dochodzenia swoich praw okaże się po prostu zbyt duży.

Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, mentor i doradca strategiczny Soluma Interactive.

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie