Jeszcze kilkanaście lat temu „normalne życie” brzmiało jak całkiem przyzwoity plan. Stała praca, jakieś wakacje raz w roku, weekend bez maili, wieczór bez poczucia, że trzeba natychmiast „pracować nad sobą”. Dziś normalność coraz częściej jest przedstawiana jako coś podejrzanego. Jeśli nie jesteś wyjątkowy, kreatywny, nie masz równolegle trzech projektów pobocznych i nie rozwijasz się w każdej wolnej minucie – to podobno „stoisz w miejscu”. A w świecie, który rozgrzewa się od motywacyjnych haseł, stanie w miejscu jest równoznaczne z porażką.
W efekcie rośnie pokolenie ludzi, którzy obiektywnie robią naprawdę dużo, a subiektywnie bez przerwy czują się spóźnieni. Spóźnieni z sukcesem, z rozwojem, z idealną sylwetką, z nauką języków, z karierą, z mieszkaniem, z rodziną. Normalne tempo życia nagle wygląda przy tym wszystkim jak luksus, na który „nie bardzo nas stać”.
Przez długi czas podstawowym przekazem dla większości było po prostu: pracuj uczciwie, nie pal mostów, jakoś to będzie. Dziś ta opowieść została wyparta przez nowy mit: każdy nosi w sobie „wyjątkowy potencjał”, a jeśli go nie wykorzysta, to sam jest sobie winien. Wystarczy kilka minut w mediach społecznościowych, żeby zobaczyć setki historii o ludziach, którzy „zaryzykowali wszystko”, „rzucili korpo”, „wyjechali na Bali”, „monetyzują pasję” i „pracują skąd chcą”.
W tej narracji zwykłe życie – praca bez wielkiej kariery, mieszkanie w bloku, wakacje nad polskim morzem, hobby praktykowane po cichu wieczorami – wypada blado. Nie dlatego, że obiektywnie jest gorsze. Dlatego, że trudno z niego zrobić spektakularny post, który zbierze tysiące reakcji. A skoro nie da się tego efektownie opowiedzieć, to gdzieś po drodze wmawia się nam, że nie ma się czym chwalić.
Tak rodzi się subtelne przekonanie: samo „radzenie sobie” to za mało. Trzeba jeszcze koniecznie być w czymś najlepszym, pierwszym, wyjątkowym. Normalność przestaje być stanem neutralnym. Zaczyna być rzekomym dowodem na brak ambicji.
Słowo „rozwój” w teorii brzmi dobrze. Kto nie chciałby się rozwijać? Problem w tym, że zostało rozciągnięte do granic absurdu. Rozwijamy już nie tylko kompetencje zawodowe, ale też „wewnętrzne dziecko”, „świadomość finansową”, „markę osobistą”, „inteligencję emocjonalną”, „mindset”, „uważność”. Każda z tych rzeczy osobno może mieć sens. Wszystkie naraz – zaczynają przypominać listę zadań nie do wykonania.
W praktyce oznacza to, że dzień zwykłego człowieka coraz bardziej przypomina niekończący się projekt. Osiem godzin pracy (w teorii). Do tego kurs online, podcast rozwojowy w drodze, książka „jak efektywniej zarządzać sobą”, siłownia, nauka języka, a wieczorem obowiązkowa refleksja nad tym, czy aby na pewno wykorzystaliśmy dziś swój potencjał. Nawet odpoczynek bywa „rozwojowy”: joga, medytacja, warsztaty.
Najciekawsze jest to, że mało kto zadaje pytanie, gdzie w tym wszystkim miejsce na zwykłą bezproduktywną nudę. Taką, w której nie uczymy się niczego, nie poprawiamy siebie, tylko po prostu istniejemy. Tymczasem to właśnie nuda, brak bodźców i momenty pozornie „zmarnowane” często są najbliższe normalności. I paradoksalnie – najzdrowsze dla głowy.
Na papierze wszyscy wiemy, że media społecznościowe to tylko fragment rzeczywistości. Ale naszemu mózgowi nie robi to większej różnicy. Widzi zdjęcia, krótkie filmiki, podpisy i układa z tego prostą opowieść: innym idzie lepiej. Oni są bardziej kreatywni, częściej podróżują, jedzą ciekawsze rzeczy, mają bardziej fotogeniczne dzieci, bardziej udane związki, bardziej „świadome” życie.
Jeśli do tego dochodzą konta motywacyjne, eksperci od produktywności, trenerzy osobistego rozwoju – łatwo uwierzyć, że przeciętny dzień przeciętnego człowieka jest jakimś błędem systemu. Masz prawo być z siebie zadowolony dopiero wtedy, gdy twoje życie zacznie przypominać estetyczny feed: praca zdalna z ładną kawą na biurku, sport w dobrym ubraniu sportowym, dzieci uśmiechnięte w idealnym świetle, wieczorem „czas dla siebie” w świecach sojowych i kąpieli z pianą.
W tym porównywaniu szczególnie bolesne jest to, że porównujemy swoje „kulisy” z cudzym „scenicznym przodem”. Widzimy ich efekt: zdjęcia po wyborze dwudziestu nieudanych wersji, sukces po latach prób, uśmiech po pięciu gorszych dniach. U siebie natomiast widzimy zmęczenie, chaos, brudne naczynia i niedokończone wątki. I zamiast powiedzieć „to normalne”, mówimy sobie: „coś ze mną nie tak”.
W świecie, który na każdym kroku krzyczy „musisz więcej”, zwykłe życie zaczyna być formą cichego buntu. Zrezygnować z wyścigu o bycie najbardziej wyjątkowym – to brzmi jak herezja. Ale w praktyce może być zdrową decyzją. Nie chodzi o to, żeby nic nie chcieć i zwinąć się w koc. Chodzi o to, żeby odzyskać prawo do mówienia: „to mi wystarcza”.
Normalność nie musi oznaczać stagnacji. Może oznaczać rozwój w tempie, które jest do uniesienia. Bez konieczności dokumentowania każdego kroku. Bez wrzucania do internetu każdej zmiany. Bez zmartwienia, że skoro nie zrobiłeś w tym roku kolejnego spektakularnego ruchu, to przegrałeś życie.
Być może jednym z najbardziej rewolucyjnych zdań, jakie możemy dziś usłyszeć, jest: „Nie musisz być wyjątkowy, żeby mieć wartościowe życie”. Możesz być „tylko” dobrym rodzicem, „tylko” solidnym specjalistą, „tylko” kimś, kto dba o swoje relacje i otoczenie. Słowo „tylko” jest tu zresztą zupełnie niepotrzebne – to i tak więcej, niż jesteśmy w stanie zmieścić w jednym życiu bez ryzyka wypalenia.
Za presją wiecznego rozwoju stoi nie tylko kultura, ale też bardzo konkretny biznes. Całe branże opierają się na poczuciu, że „coś z tobą nie tak” i że odpowiedź na to „nie tak” można kupić. Kursy, szkolenia, webinary, programy mentoringowe, aplikacje do śledzenia nawyków – to wszystko bywa wartościowe. Ale jednocześnie generuje przekaz: jeszcze nie jesteś gotowy, jeszcze za mało wiesz, za mało robisz, za mało nad sobą pracujesz.
Oczywiście, zawsze można powiedzieć: nie chcesz, nie kupuj. Problem w tym, że te produkty rzadko sprzedaje się na zimno. Zwykle poprzedza je diagnoza: „jeśli czujesz, że twoje życie nie wygląda tak, jak chcesz, to znak, że potrzebujesz zmiany”. Kto z nas nie czuje czasem, że chciałby inaczej? Trafiamy więc w punkt, w którym naturalne ludzkie wątpliwości zaczynają być paliwem dla kolejnych ofert. I tak kręci się spirala.
W pewnym momencie łatwo pomylić realną potrzebę rozwoju z potrzebą posiadania poczucia, że „coś robię”. Bo świat nauczył nas, że jeśli nie pracujesz nad sobą, to się cofasz. A dla wielu firm najważniejsze jest właśnie to, żebyśmy ciągle mieli wrażenie, że bez ich produktu stoimy w miejscu.
Jednym z ubocznych skutków kultu wyjątkowości jest to, że zwykłe zawody przestają brzmieć dumnie. Sprzedawca, urzędnik, technik, kierowca, pracownik magazynu – w narracji o „podążaniu za pasją” takie ścieżki znikają w tle. A przecież ktoś tę pracę musi wykonywać, żeby świat działał. Ktoś musi dowieźć towar, policzyć faktury, naprawić rurę, obsłużyć klienta przy okienku.
Normalność polega m.in. na akceptacji, że nie każda praca musi być pasją. Może być po prostu uczciwie wykonywanym zajęciem, które daje pieniądze na utrzymanie. Pasja może mieszkać gdzie indziej: w ogródku działkowym, amatorskim śpiewaniu, opiece nad zwierzętami, grach planszowych, książkach. Nie ma obowiązku zamieniania wszystkiego, co lubimy, w projekt, markę, firmę.
Życie, które nie jest projektem, też ma swoją jakość. Może nie da się go w całości wrzucić w prezentację, studium przypadku czy motywacyjny filmik. Ale da się w nim naprawdę żyć. Bez wiecznego poczucia, że coś trzeba zoptymalizować, przyspieszyć, zmonetyzować.
Brzmi to wszystko jak duża zmiana kulturowa, ale w praktyce zaczyna się od bardzo małych decyzji. Od momentu, gdy świadomie odpuszczamy kolejne „muszę”, które przyszło z zewnątrz. Na przykład:
To nie są gesty, które zmienią natychmiast świat. Ale mogą zmienić osobiste poczucie, że życie jest niekończącym się egzaminem z wyjątkowości. I to już sporo.
Normalność nie ma dobrej prasy. Nie da się jej łatwo sprzedać, nie budzi efektu „wow”, nie generuje spektakularnych historii. A jednak dla większości ludzi to właśnie normalne, spokojne, niezbyt widowiskowe życie jest tym, co realnie trzyma ich psychikę w całości. Stały rytm, powtarzalne rytuały, przewidywalne relacje nie są wrogiem rozwoju. Są jego fundamentem.
Może więc warto odwrócić pytanie. Nie: „co zrobić, żeby wreszcie być wyjątkowym?”. Raczej: „jak ułożyć sobie codzienność tak, żeby dało się ją znieść przez wiele lat?”. Zamiast gonić za kolejnym poziomem w grze o samodoskonalenie, można zadać sobie bardzo prostą, mało instagramową, a za to diabelnie ważną kwestię: czy w życiu, które prowadzę, jestem w stanie spokojnie oddychać.
Jeśli odpowiedź brzmi „tak” – nawet bez spektakularnych historii do opowiedzenia – to być może nie brakuje nam wyjątkowości. Brakuje nam tylko odwagi, żeby przyznać, że zwykłe, normalne życie wcale nie jest porażką. Jest luksusem, na który naprawdę warto sobie pozwolić.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Felieton oparty na obserwacjach własnych, rozmowach z osobami doświadczającymi presji ciągłego rozwoju oraz na ogólnodostępnych analizach dotyczących kultury produktywności i wpływu porównywania się w mediach społecznościowych na samopoczucie psychiczne.