
Na pierwszy rzut oka wszyscy jesteśmy równi: ten sam adres, ta sama klatka schodowa, wspólna winda, identyczne drzwi od mieszkania. Dopiero kiedy na parkingu pojawiają się coraz droższe samochody, pod drzwiami bogatszych sąsiadów piętrzą się paczki z „luksusowych” sklepów, a wspólnota zaczyna dyskutować o kosztownym remoncie dachu lub ociepleniu, wychodzi na jaw coś, o czym mówi się niechętnie: że w jednym bloku mieszkają ludzie o bardzo różnych portfelach.
Jedni zarabiają w złotówkach, inni w euro. Jedni mają kredyty, inni oszczędności. Jedni są w stanie dorzucić kilkaset złotych miesięcznie do funduszu remontowego, dla innych każda podwyżka zaliczki to ból brzucha i kombinowanie, na czym zaoszczędzić. W takich warunkach łatwo o napięcia, pretensje, poczucie niesprawiedliwości. Z drugiej strony – wspólny budynek naprawdę wymaga wspólnych decyzji. Jak o nich rozmawiać, żeby nikogo nie upokarzać, a jednocześnie nie zamieniać klatki schodowej w pole bitwy?
Parking pod blokiem bywa lepszym „lustrem społecznym” niż niejedno badanie socjologiczne. Starsze auta stoją obok nowych suv-ów, służbowe samochody obok tych „na raty do emerytury”. Dla jednych to tylko kwestia motoryzacyjnego gustu, dla innych – codzienne przypomnienie, że ktoś zarabia znacznie więcej.
Porównania robią się jeszcze mocniejsze, gdy pod drzwiami niektórych mieszkań regularnie pojawiają się paczki z drogich sklepów internetowych, a inni sąsiedzi liczą każdą złotówkę w dyskoncie. Ktoś remontuje mieszkanie markowymi materiałami i chwali się nową kuchnią, ktoś inny od lat nie wymienił podłogi, bo zawsze „coś ważniejszego” pożera domowy budżet.
W takim klimacie łatwo stworzyć w głowie proste historie: „oni i tak mają pieniądze, niech płacą”, „oni tylko udają biednych, a na wakacje za granicą ich stać”. Problem w tym, że z zewnątrz widzimy tylko fragment rzeczywistości. Nie znamy wysokości rat kredytów, kosztów leczenia, sytuacji rodzinnej. To, co dla jednych jest swobodą finansową, dla innych może być życiem „na kredyt” i ciągłym stresem, by to wszystko udźwignąć.
Różnice statusu materialnego w bloku istnieją niezależnie od tego, czy o nich mówimy. Pytanie brzmi raczej: czy pozwolimy, żeby cicho zatruwały relacje, czy spróbujemy je uczciwie wziąć pod uwagę przy wspólnych decyzjach.
Wspólny budynek to wspólne koszty: sprzątanie, energia w częściach wspólnych, konserwacja windy, przeglądy instalacji, większe remonty. Co jakiś czas zarządca lub zarząd wspólnoty staje przed mieszkańcami z listą potrzeb i liczbą: „musimy podnieść zaliczki”, „trzeba zwiększyć fundusz remontowy”, „nie da się tego zrobić bez dodatkowej zrzutki”. I wtedy na zebraniu podnosi się las rąk – nie tylko za, ale i przeciw.
Typowy scenariusz wygląda tak: ktoś zamożniejszy mówi o „konieczności inwestycji”, „standardzie” i „wartości nieruchomości”. Ktoś inny wstaje i mówi wprost: „dla mnie te kilkaset złotych więcej miesięcznie to zbyt dużo, nie dam rady tego udźwignąć”. Czasem padają też kąśliwe komentarze: „jak kogoś nie stać, to może niech sprzeda mieszkanie”, „wszyscy płacimy, nikt się nie skarży”. W tle pojawia się wstyd i poczucie winy u tych, którzy mają mniej.
Warto pamiętać, że mówimy o dwóch różnych perspektywach, obie są prawdziwe. Budynek bez remontów będzie się sypał, a zaniedbane części wspólne prędzej czy później odbiją się na wszystkich. Jednocześnie nie każdy mieszkaniec ma margines finansowy, by przyjąć każdą podwyżkę jak deszcz z nieba. Dla części osób 100 zł więcej miesięcznie naprawdę jest różnicą między spokojnym końcem miesiąca a koniecznością oszczędzania na jedzeniu czy lekach.
Dlatego tak ważne jest, żeby dyskusja o pieniądzach nie zamieniała się w licytację, kto „bardziej dba o wspólnotę”. Rzeczowy ton, przedstawienie realnych kosztów i konsekwencji braku inwestycji, ale też wysłuchanie obaw mniej zamożnych sąsiadów – to minimum, bez którego każda decyzja będzie rodziła żale.
Ogromna część napięć finansowych w bloku zależy od tego, jak prowadzone są zebrania i komunikacja. Ten sam temat – na przykład wymiana windy czy docieplenie ścian – można przedstawić na dwa skrajnie różne sposoby.
W wersji „olej do ognia” przewodniczący staje na środku i mówi: „Musimy to zrobić, koniec dyskusji, kto jest przeciwko remontom, szkodzi wspólnocie”. W wersji bardziej odpowiedzialnej pojawiają się konkretne warianty: co się stanie, jeśli teraz nie zrobimy inwestycji, jakie są minimalne i maksymalne koszty, czy da się rozłożyć je w czasie, czy można szukać dofinansowania.
Dobra praktyka to pokazanie kilku scenariuszy zamiast jednego. Na przykład:
Ważne, by język rozmowy nie był pogardliwy wobec tych, którzy mówią „nie stać mnie”. Zamiast ironii w stylu „to po co pan tu mieszka”, warto używać zdań typu: „rozumiem, że dla części osób to duży wydatek, spróbujmy zobaczyć, czy są możliwości rozłożenia tego w czasie” albo „poszukajmy razem formy, która będzie do udźwignięcia dla większości”. To nie jest dyplomacja dla samej dyplomacji, tylko realny sposób na uniknięcie otwartej wojny sąsiedzkiej.
Osoby, które mają mniej, często bardzo się starają, by tego nie było widać. Zamiast otwarcie powiedzieć na zebraniu, że boją się kolejnej podwyżki, milczą. Podpisują listę obecności i wracają do domu z poczuciem przegranej. Później napięcie wychodzi bokiem: nerwowym przywitaniem na klatce, narzekaniem w rozmowach z innymi, niechęcią do angażowania się w życie wspólnoty.
Biedniejszy sąsiad może doświadczać kilku trudnych emocji naraz: wstydu, że „nie dorasta” do reszty, strachu, że straci mieszkanie, gniewu, że „bogatsi wszystko ustawiają po swojemu”. Czasem reaguje na to odcięciem się – nie przychodzi na zebrania, nie podpisuje uchwał, przestaje odpisywać na wiadomości z administracji. Bywa też odwrotnie: staje się najgłośniejszym głosem sprzeciwu, bo to jego jedyny sposób, by powiedzieć „nie mam z czego zapłacić”.
Jeśli widzisz, że sąsiad unika tematu pieniędzy, że końcówka miesiąca jest dla niego trudna, a kolejne podwyżki go przygniatają, możesz dać mu mały sygnał, że nie jest z tym sam. To nie musi być od razu propozycja pożyczki. Czasem wystarczy zwykłe zdanie: „Te podwyżki są trudne dla wielu z nas, może warto głośno powiedzieć zarządowi, że potrzebujemy mniej obciążającego wariantu”. Sam fakt, że ktoś inny to zauważa, rozbija poczucie osamotnienia.
Jednym z najbardziej bolesnych zdań, jakie można usłyszeć na zebraniu, jest sugestia, że osoba, której nie stać na wysoki standard, „nie nadaje się do tego bloku”. To zdanie odbiera komuś prawo do życia w miejscu, które często jest jego domem od wielu lat. W dodatku zakłada, że sprzedaż mieszkania i przeprowadzka to prosty ruch na szachownicy, a nie wielka, życiowa rewolucja.
W praktyce „zmienić mieszkanie na tańsze” oznacza dla wielu osób wyjazd poza miasto, utratę znajomej okolicy, konieczność zmiany szkoły dzieci, utratę sieci wsparcia (rodzina, znajomi, lekarze). Do tego dochodzą kwestie formalne: kredyty, hipoteki, spadki. Rzucenie w czyjąś stronę „jak się nie podoba, to sprzedaj” jest łatwe w sali wspólnoty, ale kompletnie nie uwzględnia skali konsekwencji.
Zamiast spychać mniej zamożnych sąsiadów do roli „hamulcowych postępu”, można szukać rozwiązań pośrednich. Na przykład:
Takie rozwiązania nie są idealne i wymagają sporo pracy organizacyjnej, ale pozwalają uniknąć prostego podziału na „tych, co chcą poprawy standardu” i „tych, których nie stać i mają się wynieść”.
Poza obowiązkowymi opłatami pojawiają się w blokach dobrowolne zrzutki: na kwiaty, dodatkowe sprzątanie po remoncie, dekoracje świąteczne, nowe ławki, monitoring. Dla jednych to sympatyczny element sąsiedzkiej współpracy, dla innych – kolejny moment, w którym trzeba tłumaczyć się ze swoich finansów.
Dobra zasada jest prosta: jeśli coś jest dobrowolną zrzutką, nie może być biletem wstępu do „dobrego towarzystwa” w bloku. Nie powinno się wypominać, kto dał mniej, kto nie dał wcale, kto „skąpi na kwiaty”. Listy z podpisami i kwotami warto zastąpić anonimowymi puszkami czy przelewami, tak by każdy mógł dorzucić tyle, ile naprawdę może, bez lęku przed oceną.
Jeśli inicjatywę organizują bogatsi sąsiedzi, dobrze, by w sposobie mówienia o niej było trochę wrażliwości. Zamiast: „zrzutka po 100 zł od mieszkania”, lepiej: „kto może, niech dorzuci się do nowej ławeczki, sugerowana kwota to 50–100 zł, ale każda złotówka się liczy”. Tym samym od razu pada komunikat, że brak udziału nie oznacza bycia gorszym sąsiadem.
Osoby w lepszej sytuacji finansowej nie muszą udawać, że żyją skromniej, niż jest w rzeczywistości. Udawanie „średniaka” na siłę zwykle wygląda sztucznie. Mogą jednak wiele zrobić, by ich styl życia nie zamieniał się w demonstrację przewagi, która innych będzie tylko upokarzać.
W praktyce może to oznaczać na przykład:
Bogatszy sąsiad często ma też większy wpływ na decyzje – ma czas, by chodzić na zebrania, zna język urzędowy, potrafi czytać kosztorysy, rozumie dokumenty. Może wykorzystać tę przewagę nie po to, by „przepchnąć” najdroższe warianty, ale by jasno tłumaczyć wszystkim, jakie są opcje i konsekwencje. To realny wkład w to, by blok nie podzielił się na symboliczne „piętra dla lepszych i gorszych”.
Wspólnota mieszkaniowa to nie klub o jednakowych dochodach. To zlepek historii: emerytów, osób pracujących za granicą, rodzin z dziećmi, singli, ludzi po rozwodach, po trudnych przejściach, po sukcesach. Różnice zarobków, majątku, stylu życia były, są i będą. Nie da się ich skasować uchwałą.
To, na co mamy wpływ, to sposób mówienia o pieniądzach i wspólnych kosztach. Czy będziemy używać ich jako pałki („jak cię nie stać, to się wyprowadź”), czy raczej spróbujemy razem poszukać rozwiązań, które z jednej strony nie dopuszczą do ruiny budynku, a z drugiej – nie wyrzucą poza burtę tych, którzy mają mniej.
Na co dzień „bogaty” i „biedny” sąsiad mijają się na klatce tak samo: idą z dziećmi do szkoły, niosą zakupy, wnoszą kartony po sprzętach. Jeden ma droższy wózek, drugi bardziej wysłużone buty. Ale kiedy w nocy włączy się alarm przeciwpożarowy albo zabraknie prądu, wszyscy będą stali na tym samym parkingu, w tych samych dresach, zastanawiając się, co dalej. I dobrze, jeśli w takich chwilach będzie więcej pamięci o tym, co nas łączy – niż o tym, kto ma jakie paczki pod drzwiami.