W wielu blokach i kamienicach jest ten sam obrazek: ciężkie drzwi na klatce schodowej, często z tabliczką „PPoż” albo z masywnym samozamykaczem, a pod spodem… klin, cegła, wycieraczka lub sprytnie wsunięty przedmiot, który ma jedno zadanie: żeby się nie zamykały. Bo zamykają się „za szybko”, bo trzaskają, bo ktoś ciągle biega z psem, bo dzieci wracają ze szkoły, bo starszym trudno je pchać, bo „przecież to tylko na chwilę”.
I tu zaczyna się klasyczny sąsiedzki konflikt. Jedni widzą tylko wygodę i codzienną praktyczność. Drudzy widzą realne ryzyko, bo drzwi przeciwpożarowe nie są ozdobą ani fanaberią zarządcy. Są po to, żeby w razie pożaru ograniczać rozprzestrzenianie się dymu i ognia, spowalniać rozwój sytuacji i dawać ludziom czas na ewakuację. A drzwi zablokowane w pozycji otwartej nie robią tego wcale.
Zanim uznamy, że „ludzie są bezmyślni”, warto zobaczyć, co stoi za tym odruchem. Najczęściej to nie jest czysta złośliwość. To mieszanka przyzwyczajeń, braku informacji i realnych problemów użytkowych.
To są realne potrzeby. Tyle że w przypadku drzwi przeciwpożarowych „najprostsze” bywa dokładnie tym, czego nie wolno robić. I co gorsza – w razie zdarzenia nikt nie będzie się tłumaczył „bo trzaskało”.
W potocznych rozmowach pożar kojarzy się z płomieniami. Tymczasem w budynkach wielorodzinnych największym zagrożeniem bardzo często jest dym: ogranicza widoczność, podrażnia drogi oddechowe, dezorientuje, utrudnia wyjście. Drzwi przeciwpożarowe (często również dymoszczelne) są elementem, który ma opóźniać „wędrówkę” dymu po klatce, korytarzach i między strefami budynku.
Gdy drzwi są zamknięte i działają tak, jak zaprojektowano, potrafią zrobić różnicę między ewakuacją „trudną, ale możliwą”, a sytuacją, w której korytarz w kilka minut staje się nie do przejścia. Gdy są zaklinowane, to tak jakby ich nie było. A to nie jest teoretyzowanie. To jest matematyka czasu: ile minut dostajesz na reakcję, zanim warunki staną się skrajnie niebezpieczne.
W polskich przepisach i interpretacjach związanych z ochroną przeciwpożarową powtarza się jedna, bardzo prosta logika: elementy przeciwpożarowe mają działać samoczynnie wtedy, kiedy dzieje się coś złego, a ludzie są w stresie. Drzwi mają się zamknąć, nie „zostać w pozycji wygodnej”. Dlatego blokowanie ich w sposób, który uniemożliwia samoczynne domknięcie, jest traktowane jako poważny problem. Chodzi dokładnie o to: w razie alarmu albo rozwoju pożaru drzwi nie mogą zostać „zatrzymane” przez cegłę czy klin.
Jednocześnie da się pogodzić bezpieczeństwo z wygodą – ale nie klinem. Do tego służą urządzenia, które utrzymują drzwi otwarte w sposób kontrolowany i automatycznie puszczają je, kiedy zadziała system przeciwpożarowy. To jest ogromna różnica: drzwi są otwarte, bo tak ma być w normalnym funkcjonowaniu, ale zamkną się, gdy pojawi się zagrożenie.
Najgorsze, co można zrobić, to wejść w tryb: „kto to zrobił?!”, „zaraz zobaczycie!”, „doniosę!”. Wspólnota to ekosystem – dziś jest klin, jutro jest hałasująca pralka, pojutrze miejsce parkingowe. Jeżeli wszystko będziemy rozwiązywać wstydem i publicznym napiętnowaniem, kończy się to osiedlem, na którym każdy patrzy na każdego jak na wroga.
Zamiast tego działa podejście, które daje ludziom szansę zachować twarz i jednocześnie prowadzi do rozwiązania. W praktyce dobrze sprawdzają się trzy kroki:
To ważne: jeśli w budynku klinowanie jest nawykiem „od zawsze”, samo moralizowanie nie wystarczy. Trzeba usunąć przyczynę, czyli najczęściej hałas i opór. Wtedy temat znika sam, bo klin przestaje być potrzebny.
To jest moment na uczciwość: czasem domykacz jest tak ustawiony, że drzwi faktycznie trzaskają jak młot. Czasem skrzydło ociera. Czasem zamek „przeskakuje” głośno. Czasem drzwi są tak ciężkie, że dla części mieszkańców to naprawdę problem funkcjonalny. Tylko że klin nie naprawia przyczyny – klin tylko ucisza temat, a przy okazji wyłącza bezpieczeństwo.
Jeżeli masz wpływ na to, co się dzieje w budynku (albo po prostu chcesz być tą osobą, która rozwiązuje, zamiast dokładać napięcia), warto iść w stronę prostych, praktycznych działań:
Takie podejście bywa zaskakujące dla sąsiadów, bo zmienia narrację z „ja chcę mieć wygodnie” na „chcę, żeby było bezpiecznie i dało się normalnie żyć”. A to buduje zaufanie, nie konflikt.
Na wielu osiedlach temat kończy się wojną karteczek: ktoś wkłada klin, ktoś go wyrzuca, ktoś wkłada nowy, ktoś pisze „NIE DOTYKAĆ”, ktoś dopisuje „TO DRZWI PPOŻ”. Efekt? Wszyscy są wkurzeni, a problem pozostaje. W dodatku rośnie ryzyko, że ktoś w złości uszkodzi domykacz albo zablokuje drzwi jeszcze „sprytniej”, bo nie lubi, gdy mu się zwraca uwagę.
Jeżeli widzisz, że budynek wchodzi w ten schemat, najlepsze, co można zrobić, to zdjąć sprawę z poziomu emocji i przenieść ją na poziom techniczny i organizacyjny. Czyli: ustalić, co dokładnie przeszkadza (hałas? ciężar? przewiew?), zgłosić to do administracji, poprosić o serwis i wdrożyć rozwiązanie, które będzie działało bez ciągłego pilnowania. Wspólnota nie powinna być miejscem, gdzie ludzie „polują na siebie” o kliny.
Relacje sąsiedzkie mają to do siebie, że są długodystansowe. Nie wyprowadzasz się co tydzień. Będziesz mijać tych ludzi na schodach, w windzie, pod skrzynkami, przy śmietniku. Dlatego przyzwoitość w praktyce to nie jest tylko „mam rację”. To jest umiejętność wyjścia z konfliktu tak, żeby nie zostawić po sobie spalonej ziemi.
Jeśli boisz się, że ktoś Cię wyśmieje, bo „przesadzasz z ppoż”, nie musisz robić wykładu. Wystarczy jedno zdanie: „To są drzwi, które mają zatrzymać dym. Klin sprawia, że nie zadziałają. Zróbmy to porządnie, a nie na skróty”. Jeśli boisz się, że ktoś Cię oskarży o czepianie się – dodaj drugie: „Jak trzaskają albo są ciężkie, zgłośmy regulację, bo to naprawdę da się ogarnąć”.
Wielu ludzi zmienia zachowanie nie dlatego, że ktoś ich zawstydził, tylko dlatego, że ktoś im pokazał sens i dał alternatywę. W sąsiedztwie to działa lepiej niż jakiekolwiek „wojenne” metody.