
Remont ma tę cudowną cechę, że zaczyna się od niewinnego: „tylko odświeżę łazienkę”, a kończy na tym, że znasz już imiona dzieci z mieszkania obok, ich godziny drzemek i to, jak brzmią trzy różne wiertarki, kiedy trafiają na zbrojenie. I gdzieś po drodze pojawia się pytanie, które wraca na klatkach schodowych częściej niż „czyja to paczka pod drzwiami?”:
W jakich godzinach wolno robić remont? W tygodniu. W sobotę. W niedzielę. W święta. Tak, żeby było „zgodnie z prawem”.
Tu jest haczyk: ludzie szukają jednej tabelki z godzinami, a prawo działa raczej jak zestaw granic, zasad i konsekwencji. Da się to jednak poukładać bardzo konkretnie – tylko trzeba wiedzieć, gdzie te godziny naprawdę powstają i co grozi, gdy ktoś uzna, że „w dzień wszystko wolno”.
Jeśli liczysz na przepis w stylu „od poniedziałku do piątku 8:00–20:00, w soboty 9:00–15:00, w niedziele zakaz” – to zła wiadomość jest taka, że nie istnieje jeden, sztywny harmonogram w prawie powszechnym, który pasowałby do każdego bloku w Polsce.
Dobra wiadomość: są trzy realne „zegary”, które regulują remont, i każdy z nich ma znaczenie. Razem dają odpowiedź, kiedy pracować, a kiedy naprawdę lepiej odpuścić.
Najbardziej „tabelkowe” godziny remontu najczęściej wynikają nie z ustawy, tylko z regulaminu porządku domowego (spółdzielni, wspólnoty, zarządcy). To te dokumenty mówią wprost, kiedy wolno wiercić, kuć, szlifować, a kiedy prace mają być wyciszone albo wstrzymane.
Dlatego pierwsza praktyczna odpowiedź na pytanie „w jakich godzinach wolno?” brzmi: sprawdź regulamin budynku. To jest najszybsza droga do konkretu i najmocniejszy argument, jeśli konflikt się zaostrzy.
Jeśli nie wiesz, gdzie to znaleźć:
Tu pojawia się coś, co wiele osób zaskakuje: to, że jest dzień, nie jest automatycznym pozwoleniem na hałas. Jeśli hałas zakłóca spokój, może skończyć się interwencją i konsekwencjami.
Art. 51 § 1 Kodeksu wykroczeń (fragment): „Kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym”.
To ważne z dwóch powodów:
Prawo cywilne patrzy na remont jak na klasyczny problem sąsiedzki: możesz korzystać ze swojego lokalu, ale nie możesz robić tego tak, by życie obok było nie do zniesienia.
Art. 144 Kodeksu cywilnego (fragment): „powstrzymywać się od działań, które by zakłócały korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę”.
W tłumaczeniu na ludzki: nie trzeba „rozbijać budynku”, żeby przekroczyć granicę. Czasem wystarczy wielogodzinne wiercenie codziennie, brak przerw, zaczynanie bardzo wcześnie albo kończenie bardzo późno – nawet jeśli ktoś upiera się, że „przecież remont musi być”.
Jeśli naruszenia są uporczywe, prawo przewiduje też roszczenie o zaniechanie.
Art. 222 § 2 Kodeksu cywilnego (fragment): „przysługuje właścicielowi roszczenie o przywrócenie stanu zgodnego z prawem i o zaniechanie naruszeń”.
W budynkach wielolokalowych dochodzi jeszcze twardy fundament: obowiązek przestrzegania porządku domowego i korzystania z nieruchomości wspólnej tak, by innym nie utrudniać życia.
Art. 13 ust. 1 ustawy o własności lokali (fragmenty): „przestrzegać porządku domowego” oraz „korzystać z niej w sposób nieutrudniający korzystania przez innych”.
To jest praktyczna podkładka pod działania zarządcy/wspólnoty, gdy remont staje się „trybem życia”, a nie czasowym etapem. Jeśli do tego dochodzi ignorowanie próśb i zasad – sytuacja może eskalować szybciej, niż się wydaje.
Skoro nie ma jednego ustawowego grafiku, to sensowna odpowiedź musi brzmieć tak:
1) Najpierw regulamin budynku – bo to on może dawać konkretne ramy godzinowe i zakazy w niedziele/święta.
2) Potem zdrowy standard i minimalizowanie ryzyka konfliktu – bo nawet jeśli regulamin jest ogólny, ludzie mają prawo do spokoju, a przepisy o zakłócaniu spokoju i immisjach działają zawsze.
Jeśli chcesz grać bezpiecznie (i po ludzku), to taki standard jest najczęściej akceptowany i najmniej konfliktogenny:
Uwaga: to nie jest „prawo w godzinach”, tylko bezpieczna praktyka, która zwykle mieści się w regulaminach i minimalizuje ryzyko, że ktoś uzna remont za przekroczenie „przeciętnej miary”.
Część osób podpiera się argumentem: „cisza nocna jest od 22:00, więc do 22:00 mogę”. To myślenie prowadzi prosto do sąsiedzkiej wojny, bo:
Można więc teoretycznie wiercić „w dzień”, a praktycznie – nadal robić to w sposób bezprawnie uciążliwy. Godzina nie jest magicznym immunitetem.
W konfliktach o remont rzadko chodzi o samo malowanie. Spór zwykle wywołują prace, które są powtarzalne, niosą się po pionie i nie dają od tego uciec.
To rozróżnienie ma znaczenie szczególnie w weekendy i święta: jeśli już coś robić, to raczej z tej drugiej listy.
Prawo to jedno, a życie w bloku to drugie. Najlepszy remont to taki, w którym sąsiad wie, czego się spodziewać, ma poczucie granic i widzi, że starasz się nie robić z klatki poligonu.
Jeśli chcesz odpowiedzi w stylu „konkretnie, od której do której”: najczęściej znajdziesz ją w regulaminie budynku. A jeśli regulamin milczy albo jest ogólny – wchodzą w grę przepisy o zakłócaniu spokoju i o uciążliwościach sąsiedzkich. One nie dają jednej tabelki, ale dają granice: nie przekraczaj przeciętnej miary, nie urządzaj hałasu w sposób, który innym uniemożliwia normalne życie, i szczególnie uważaj w weekendy oraz święta.
Remont da się zrobić bez wojny. Trzeba tylko pamiętać, że w bloku wiertarka jest głośniejsza niż argument „przecież mi wolno”.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Czytaj również: Po sąsiedzku. Remont w bloku bez wojny — praktyczny scenariusz dla inwestora i sąsiadów