Po sąsiedzku. Sąsiad z niepełnosprawnością w bloku bez barier (i bez litości)

Jerzy Biernacki
07.12.2025

Drzwi na klatkę trzaskają tak samo, winda czasem znów się zawiesza, a na ogłoszeniowej tablicy wisi kolejne pismo ze spółdzielni. Zwykły blok, zwykłe osiedle. Tyle że któregoś dnia wprowadza się nowy sąsiad – porusza się na wózku, chodzi o kulach, słabiej widzi albo słyszy. Niby nic się nie zmienia, a jednak w powietrzu pojawia się lekkie napięcie. Ktoś nie wie, jak się przywitać. Ktoś inny od razu wpada w ton „biedactwa”, jeszcze ktoś zaczyna udawać, że nic się nie dzieje i omija kontakt szerokim łukiem.

Niepełnosprawność w bloku nie jest problemem samym w sobie. Problemem bywają bariery – te architektoniczne, ale też mentalne. Z jednej strony mamy schody, brak podjazdów i ciężkie drzwi, z drugiej: litość, wpatrywanie się, gadanie ponad głową i decydowanie za kogoś. Tymczasem większość osób z niepełnosprawnością chce po prostu normalnie żyć po sąsiedzku: mieć święty spokój, ale też poczucie, że w razie potrzeby może liczyć na zwykłą, ludzką pomoc.

Niepełnosprawność to nie etykietka, tylko czyjeś codzienne życie

W sąsiedzkich rozmowach wciąż zdarza się sprowadzanie człowieka do jednego słowa: „ten na wózku”, „ta niewidoma”, „ten z chorą nogą”. Tymczasem za każdą z tych etykietek stoi normalna biografia: ktoś jest rodzicem, babcią, studentem, specjalistą, kimś, kto lubi dobrą kawę, psy albo uprawianie pomidorów na balkonie. Niepełnosprawność jest jednym z elementów jego życia, często bardzo wymagającym, ale jednak tylko elementem.

Dobry punkt wyjścia to zwykła ciekawość drugiego człowieka, a nie jego schorzenia. Zamiast pytać przy pierwszym spotkaniu „co się stało?” albo z automatu współczuć, lepiej zacząć od tego, od czego zaczyna się znajomość z każdym innym sąsiadem: „Dzień dobry, jestem z mieszkania obok, gdyby pan czegoś potrzebował, proszę śmiało pukać”. Jeśli ktoś sam zdecyduje, że chce opowiedzieć o swojej chorobie, zrobi to w swoim czasie. Nie mamy prawa wyciągać tej historii na siłę.

Warto też pamiętać, że nie każda niepełnosprawność jest widoczna na pierwszy rzut oka. Ktoś może mieć problemy z sercem, oddechem, równowagą, chorobę neurologiczną czy zaburzenia ze spektrum autyzmu. Taka osoba może wyglądać „zupełnie normalnie”, a jednak bardzo potrzebować windy, miejsca siedzącego czy dodatkowych kilku minut na wejście po schodach. Tu znowu przydaje się proste założenie: lepiej zapytać, niż oceniać po pozorach.

Jak zacząć rozmowę, żeby nie brzmieć ani nachalnie, ani litościwie

Wielu sąsiadów czuje wewnętrzny opór: „Chciałbym pomóc, ale boję się, że powiem coś głupiego”. To naturalne. Nie uczono nas, jak rozmawiać o niepełnosprawności, więc łatwo wpaść w schemat: albo przesadnie pomagać, albo udawać, że nic nie widzimy. Tymczasem wystarczy kilka prostych zasad.

Po pierwsze, zwracaj się bezpośrednio do osoby z niepełnosprawnością, a nie do osoby towarzyszącej. Zamiast „A on może wejść po schodach?” powiedz „Czy pan woli windą, czy damy radę po schodach?”. To sygnał szacunku i uznania sprawczości tej osoby.

Po drugie, nie zaczynaj od pytań o chorobę. Lepiej zapytać, czy w nowym miejscu wszystko w porządku, czy nie ma problemu z dostępem do skrzynki na listy, śmietnika, piwnicy. Z czasem rozmowa sama naturalnie potoczy się dalej. Jeśli sąsiad będzie miał ochotę opowiedzieć o swoim zdrowiu, zrobi to sam.

Po trzecie, zamiast narzucać pomoc („chodź, ja ci to zrobię”), lepiej zaproponować wybór: „Czy pomóc panu z tymi zakupami?” albo „Czy potrzebuje pani, żebym przytrzymała drzwi?”. Dla wielu osób różnica między „pomogę ci, bo nie dasz rady” a „jestem obok, jeśli chcesz skorzystać” jest ogromna.

Pomoc, która rzeczywiście pomaga – konkret zamiast pustych gestów

Osoba z niepełnosprawnością na co dzień sama ogarnia większość swoich spraw. Ale są sytuacje, w których prosta, sąsiedzka pomoc robi naprawdę dużą różnicę: ciężkie zakupy, awaria windy, remont na klatce, sterta śniegu przed wejściem. Wtedy nie trzeba wielkich deklaracji ani heroizmu – wystarczą powtarzalne, logiczne drobiazgi.

Przykłady takiej realnej, codziennej pomocy:

  • przytrzymanie ciężkich drzwi wejściowych, kiedy widzimy, że sąsiad podjeżdża wózkiem lub idzie o kulach;
  • zawożenie worka ze śmieciami do altany, jeśli wiemy, że dojście tam to dla kogoś wyprawa na pół godziny;
  • pomoc w niesieniu zakupów z samochodu do klatki albo z klatki do mieszkania;
  • krótkie „sprawdzenie terenu” w windzie czy na klatce, gdy są rozstawione drabiny, farby, narzędzia w czasie remontu;
  • odśnieżenie fragmentu chodnika czy podjazdu nie tylko „do swoich drzwi”, ale tak, by osoba na wózku faktycznie mogła się tam dostać.

Kluczowe jest pytanie, a nie działanie za plecami. Zamiast układać w głowie scenariusze typu „na pewno mu ciężko, biedny, ja mu to załatwię”, lepiej zapytać: „Co byłoby dla pana najbardziej pomocne?”. Dla jednego będzie to jeden kurs z zakupami w tygodniu, dla kogoś innego – wymiana żarówki na klatce albo informowanie o ważnych ogłoszeniach, których nie widzi z powodu słabego wzroku.

Granice po obu stronach drzwi – jak pomagać, nie wchodząc z butami w czyjąś prywatność

Nawet najlepsze intencje potrafią stać się uciążliwe, jeśli sąsiad czuje się nieustannie obserwowany, kontrolowany albo rozliczany z tego, co robi. Osoba z niepełnosprawnością ma takie samo prawo do zamkniętych drzwi, złego humoru, leniwego dnia czy odmowy przyjęcia pomocy jak każdy inny mieszkaniec bloku.

Warto pilnować kilku granic:

  • nie wypytujemy nachalnie o stan zdrowia, leki, wyniki badań, jeżeli ktoś wyraźnie nie ma ochoty o tym mówić;
  • nie komentujemy ciała („jak pani schudła”, „jak pan słabo wygląda”), chyba że sami mamy ze sobą bardzo bliską, ustaloną relację;
  • nie robimy z czyjejś niepełnosprawności tematu do osiedlowych plotek – to wrażliwe informacje, nie ciekawostka;
  • nie zakładamy, że skoro ktoś raz poprosił o pomoc, to teraz zawsze musi brać to, co mu proponujemy.

Czasem osoba z niepełnosprawnością ma gorszy dzień i reaguje ostro, odmawia, zamyka się w sobie. Zamiast brać to do siebie i mówić „niewdzięczny”, warto pamiętać, że taka codzienność bywa po prostu wyczerpująca. Zmęczenie, ból, walka z urzędami, rehabilitacja – to wszystko potrafi wysysać energię. Czasem najlepszą pomocą jest zwykłe uszanowanie ciszy i powstrzymanie się od komentarza.

Blok bez barier architektonicznych – co może zrobić wspólnota

Sąsiedzka życzliwość jest ważna, ale nie załatwi wszystkiego. Jeśli w bloku nie ma windy, próg przy wejściu ma dziesięć centymetrów, a do przycisku domofonu trzeba się wychylać z ryzykiem upadku, to żadne „będziemy za panią nosić wózek” nie rozwiąże problemu. Tu do gry wchodzi wspólnota mieszkaniowa i zarządca budynku.

W praktyce dużo da się zrobić małym kosztem: zlikwidować wysoki próg, dołożyć prosty podjazd, poprawić oświetlenie na klatce, poszerzyć przejście między wiatrołapem a windą, przenieść skrzynkę pocztową na wysokość dostępną dla osób na wózku. Czasem potrzebna jest większa inwestycja w windę, platformę przy schodach czy domofon z możliwością otwarcia drzwi z mieszkania. Takie decyzje wymagają większości głosów we wspólnocie i nie zawsze są proste.

Tu pojawia się kolejny sąsiedzki test: czy reszta mieszkańców jest w stanie spojrzeć szerzej niż przez pryzmat własnej wygody. Zamiast narzekać, że „dla jednej osoby mamy remontować całą klatkę”, można zadać sobie inne pytanie: „a jeśli za kilka lat to ja będę chodził o kulach, przybędzie nam starszych sąsiadów, ktoś będzie po operacji?”. Dostępność rzadko służy tylko jednej osobie – zazwyczaj ułatwia życie wielu: rodzicom z wózkami dziecięcymi, kurierom, ekipom remontowym, osobom chwilowo kontuzjowanym.

Emocje pozostałych sąsiadów – jak reagować na głosy „przecież da się jakoś tam wejść”

Kiedy na zebraniach wspólnoty pojawia się temat dostosowania budynku, często odzywają się głosy, że „przecież kiedyś nikt nie narzekał”, „że inni na wózkach dają radę” albo że „to koszty nie dla nas”. Za tymi zdaniami stoją realne lęki: o pieniądze, o zmiany, o to, że świat idzie w stronę, której nie rozumiemy. Nie zmienia to jednak faktu, że życie jednej osoby nie jest mniej warte tylko dlatego, że ktoś inny „jakoś sobie radził”.

Jeśli chcemy być sojusznikami sąsiada z niepełnosprawnością, możemy zabrać głos na takim zebraniu. Spokojnie, bez patosu, ale stanowczo: powiedzieć, że dostępność to nie fanaberia, tylko kwestia bezpieczeństwa i zwykłego bycia fair. Można przypomnieć, że każdy z nas może kiedyś znaleźć się w podobnej sytuacji – choroba czy wypadek nie wybierają według metrażu mieszkania czy stanu konta.

Czasem warto też podsunąć praktyczne argumenty: blok bez barier ma po prostu większą wartość rynkową, jest atrakcyjniejszy dla rodzin z dziećmi i osób starszych. To, co robimy dziś „dla jednego sąsiada”, jutro może okazać się standardem, który wszystkim wyjdzie na dobre.

„Nie róbmy z niego bohatera ani ofiary” – normalność w praktyce

W relacjach z osobą z niepełnosprawnością łatwo popaść w dwie skrajności. Z jednej strony jest narracja ofiary: „biedny, taki pokrzywdzony przez los”, w której każda codzienna czynność urasta do imponującego wyczynu. Z drugiej – narracja bohatera, w której wszystko, co robi, jest niezwykłe i godne podziwu. Obie są męczące i w gruncie rzeczy odczłowieczające.

Lepiej odpuścić wielkie słowa i skupić się na zwykłej życzliwości. Jeśli sąsiad na wózku samodzielnie otworzył drzwi i wjechał do windy, nie trzeba piać z zachwytu ani natychmiast zabierać mu z rąk torby. Jeśli sąsiadka z niepełnosprawnością słuchu śmieje się na osiedlowym grillu, nie trzeba robić z tego lekcji motywacyjnej. Naprawdę wystarczy traktować ich jak resztę mieszkańców – z szacunkiem, ale bez nadmiernego rozczulania się.

Dobrą zasadą jest pytanie siebie: „czy zachowałbym się tak samo wobec innego sąsiada?”. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to znaczy, że być może nieświadomie robimy z osoby z niepełnosprawnością kogoś „innego”, choć wcale nie chcemy.

Sąsiedzka sieć wsparcia – nie tylko dla „tej jednej osoby”

Na koniec warto spojrzeć szerzej. Sąsiad z niepełnosprawnością często staje się naturalnym punktem odniesienia, gdy myślimy o dostosowaniu klatki, windy, podjazdów. Ale tak naprawdę to tylko wyraźny znak tego, że nasze otoczenie potrzebuje zmian. Społeczeństwo się starzeje, przybywa osób z chorobami przewlekłymi, rośnie świadomość na temat zdrowia psychicznego. To, co dziś zrobimy „pod potrzeby jednego mieszkańca”, jutro może okazać się zbawienne dla kilku kolejnych.

Sąsiedzka sieć wsparcia nie musi być rozbudowaną strukturą. Może się składać z prostych ustaleń: kto jest w razie czego „pod telefonem”, kto może pomóc w razie awarii prądu lub wody, kto podjedzie po leki, gdy ktoś utknie w domu. Włączenie do tej sieci osoby z niepełnosprawnością jest oczywiste – ale warto też pamiętać, że ona sama może być dla innych realnym wsparciem. Niepełnosprawność nie zabiera kompetencji, wiedzy, umiejętności, poczucia humoru czy gotowości, by wysłuchać kogoś w trudniejszym momencie.

Blok bez barier to nie tylko brak schodów, ale też brak murów między ludźmi. Czasem wystarczy kilka prostych zmian: mniej litości, więcej szacunku, mniej „wiemy lepiej”, więcej pytania „jak mogę pomóc?”. Nie trzeba wielkich programów integracyjnych, by po prostu żyć obok siebie po ludzku.

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie