
Jeszcze kilka lat temu na klatce słyszało się głównie polski, najwyżej pojedyncze słowa z zagranicznych wakacji. Dziś w wielu blokach mieszają się języki: ukraiński, białoruski, rosyjski, angielski, czasem gruziński, ormiański, wietnamski. Ktoś przyjechał do pracy, ktoś uciekł przed wojną, ktoś dołączył do rodziny, która od dawna mieszka w Polsce. Dla jednych mieszkańców to naturalna zmiana, dla innych – źródło niepokoju. Pojawiają się pytania: jak się przywitać, co wypada, a czego nie, jak rozmawiać o porządku, ciszy nocnej i dzieciach, kiedy nie mamy wspólnego języka?
Wielokulturowa klatka schodowa staje się codziennością coraz większej liczby osób. Z jednej strony niesie ze sobą szansę na spotkanie innych zwyczajów, kuchni, świąt i historii. Z drugiej – bywa polem spięć o to, co „normalne” i jak „powinno być”. Bo nagle okazuje się, że słowo „porządek” oznacza coś trochę innego dla rodziny, która całe życie mieszkała w tym bloku, a coś innego dla sąsiadów, którzy dopiero co przyjechali z innego kraju.
Najprostsza rzecz, a w praktyce często najtrudniejsza: powiedzieć „dzień dobry” i zatrzymać się na dwie minuty. Kiedy w bloku pojawiają się nowi sąsiedzi z innego kraju, łatwo wpaść w dwie skrajności. Jedni chcą być tacy „w porządku”, że od razu zasypują ludzi pytaniami: skąd jesteście, na jak długo, co tu robicie. Inni dla bezpieczeństwa wolą udawać, że nikogo nie widzą i że nic się nie zmieniło.
Dobrą drogą środka jest to, co stosujemy wobec „zwykłego” nowego sąsiada: krótkie przywitanie, przedstawienie się, jedno-dwa zdania, że w razie czego można zapukać. Nawet jeśli druga strona mówi słabą polszczyzną, dużo sygnalizuje sam ton głosu i mowa ciała. Uśmiech, spokojny gest ręką, wskazanie swojego mieszkania – to komunikaty, które nie wymagają perfekcyjnego języka.
Nie trzeba od razu organizować wielkiego powitania z ciastem. Czasem wystarczy drobiazg: podzielenie się kartką z informacją o ważnym zebraniu wspólnoty, pokazanie, gdzie wyrzuca się śmieci, jak działa domofon. Z punktu widzenia osoby, która wprowadza się do nowego kraju i nowego bloku naraz, te proste gesty mogą być ogromnym oddechem ulgi.
Największy lęk wielu osób brzmi: „A jeśli się nie dogadamy? Przecież ja nie znam ukraińskiego, rosyjskiego, białoruskiego”. Tymczasem do załatwienia większości drobnych, klatkowych spraw naprawdę nie trzeba zaawansowanej znajomości języków obcych. Wystarczą pojedyncze słowa, proste komunikaty, gesty i odrobina cierpliwości.
W praktyce dobrze sprawdzają się krótkie, zrozumiałe zdania: „Dzień dobry”, „Proszę”, „Dziękuję”, „Spotkanie wspólnoty jutro o 18”, „Przepraszam, dziś było głośno”. Można je napisać na kartce, pokazać w tłumaczu w telefonie, wspomóc się rysunkiem. Zdarza się, że dzieci nowych sąsiadów szybciej łapią polski niż dorośli – bywa, że to one stają się „tłumaczami” przy prostych komunikatach.
Wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie w niektórych miejscach zaczynają wieszać ważniejsze ogłoszenia w dwóch wersjach językowych. To dobry sygnał: pokazuje, że wszyscy mieszkańcy są traktowani poważnie, a nie tylko jako „czasowi goście”. Jeśli w twoim bloku tego jeszcze nie ma, można zaproponować zarządcy, by choć najważniejsze informacje (na przykład o remontach, wyłączeniach wody, zebraniach) przygotować także po angielsku lub w języku, którym posługuje się większa grupa mieszkańców.
To, co w jednej kulturze jest zupełnie normalne, w innej może budzić zdziwienie, a nawet irytację. Na klatce schodowej szybko wychodzą na jaw różnice w podejściu do porządku, hałasu, korzystania z przestrzeni wspólnej. Ktoś zostawia buty pod drzwiami, ktoś suszy pranie na korytarzu, ktoś inny trzyma tam wózek dziecięcy czy rower. Dochodzą do tego zapachy kuchni, głośniejsze rozmowy przy telefonie, odwiedziny gości.
Dla osób, które wprowadziły się z innego kraju, część polskich zwyczajów też bywa zagadką. Dlaczego tak bardzo pilnujemy ciszy nocnej między 22.00 a 6.00? Skąd tyle emocji wokół tego, że ktoś wierci w ścianie w sobotę o 8 rano? Czemu zostawianie śmieci obok kontenera, a nie w środku, budzi taką złość? Bez rozmowy łatwo uznać, że druga strona robi coś „złośliwie” albo „z brakiem szacunku”.
Dobrym sposobem na uniknięcie konfliktu jest spokojne nazwanie tego, co nam przeszkadza – i wytłumaczenie, dlaczego. Zamiast rzucać z góry: „Nie wolno trzymać butów na klatce!”, można powiedzieć: „Administracja wymaga, żeby na korytarzu nie było rzeczy, które mogą utrudnić ewakuację. Jak byłby pożar, ktoś mógłby się o to potknąć”. Albo: „W naszym bloku prosimy, żeby po 22.00 było już cicho, bo dzieci śpią i wielu sąsiadów wstaje wcześnie do pracy”.
Dobrze też sprawdzić, czy nasze własne zwyczaje nie są dla kogoś równie trudne. Może my nie zauważamy, że regularnie trzaskamy drzwiami o 6 rano, że zostawiamy wózek w przejściu, że słuchamy wiadomości na cały regulator. Wielokulturowa klatka staje się łatwiejsza do życia, kiedy każdy jest gotów nieco przyjrzeć się też sobie, a nie tylko komentować innych.
Kiedy w bloku mieszka wyłącznie lokalna społeczność, większość zasad jest oczywista, bo „zawsze tak było”. Nowi sąsiedzi z innego kraju często nie dostają tej całej niewidzialnej mapy w pakiecie. Regulamin wspólnoty bywa napisany trudnym językiem, bywa też po prostu niedostępny w innym języku niż polski. Do tego w ich dotychczasowym życiu pewne rzeczy mogły funkcjonować inaczej.
Mamy wtedy zderzenie dwóch obrazów „porządku”. Dla jednych kluczowe jest, by klatka była wizualnie „pusta” – żadnych butów, dywaników, kwiatków, stojaków na parasole. Dla innych „porządek” oznacza raczej poczucie bezpieczeństwa i bliskości: ktoś zostawia buty, żeby szybciej je zakładać, ktoś wiesza obrazek na ścianie, ktoś ustawia krzesło pod ścianą, żeby starszej osobie było łatwiej usiąść.
Nie ma jednego idealnego standardu. Jest za to realny regulamin, kwestie bezpieczeństwa (na przykład drożność dróg ewakuacyjnych) i pole do dogadania się. Zamiast traktować każdy element „nie po mojemu” jak osobistą krzywdę, warto oddzielić, co jest rzeczywiście problemem (blokowanie przejścia, zagrożenie pożarowe, hałas po nocy), a co jest po prostu innym gustem czy innym sposobem używania przestrzeni wspólnej.
W wielokulturowych sąsiedztwach konflikty są właściwie nieuniknione – tak samo, jak w jednorodnych. Różnica polega na tym, że łatwiej dorobić im etykietkę: „bo oni tacy są”, „bo w ich kraju to normalne”. To bardzo śliska droga. Jeden głośny grill na balkonie staje się nagle dowodem na to, że „ci z zagranicy nie szanują zasad”, a jedno zdenerwowane zdanie po polsku – pretekstem do stwierdzenia, że „u nas zawsze jest źle nastawione społeczeństwo”.
Warto wracać do podstaw: było konkretne zachowanie, w konkretnym dniu, w konkretnych okolicznościach. Zamiast uogólniać, lepiej opisać konkretną sytuację i swoje odczucia. Na przykład: „Wczoraj po 23.00 było bardzo głośno na balkonie, a nasze dzieci już spały. Proszę, następnym razem przenieście rozmowy do środka”. Albo: „Worki ze śmieciami zostawione obok kontenera przyciągają koty i ptaki, robią bałagan. Wspólnota prosi, żeby wrzucać je do środka”.
Jeśli bariera językowa jest duża, można przygotować krótką, grzeczną notatkę, najlepiej z prostym tłumaczeniem. Wywieszenie anonimowej, agresywnej kartki w stylu „NIE RÓBCIE TU ŚMIETNIKA” zwykle przynosi odwrotny efekt. Ktoś czuje się zaatakowany, nie rozumie tonu, odczytuje to jako wrogość wobec „obcych”. Zdecydowanie lepiej działa podpisana wiadomość albo osobista rozmowa, nawet jeśli trzeba się przy niej trochę „pomachać rękami”, żeby się dogadać.
W blokach, gdzie mieszkają rodziny z różnych krajów, dzieci bardzo szybko stają się naturalnymi pośrednikami. Na placu zabaw nie analizuje się paszportów, tylko to, kto ma piłkę, hulajnogę albo pomysł na zabawę. W wielu miejscach można zobaczyć scenę, w której grupa maluchów miesza polski, ukraiński i gesty, a jednak świetnie się rozumie.
To ogromna szansa dla dorosłych. Wspólne odprowadzanie dzieci do szkoły, rozmowy o zajęciach, o zadaniach domowych czy o klasowych wycieczkach tworzą przestrzeń do budowania zaufania. Łatwiej zagadać: „Jak wasz syn czuje się w nowej klasie?” czy „Czy córka ma kogoś bliskiego wśród kolegów?”, niż od razu wchodzić w ciężkie tematy geopolityczne.
Rodzice mogą też wspólnie ustalać zasady dotyczące zabawy po szkole: gdzie dzieci się spotykają, jak długo mogą być na dworze, o której wracają do domu. To nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale i sygnał, że traktujemy się poważnie jako dorośli odpowiedzialni za grupę dzieci, niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzimy.
Wielokulturowa klatka nie zamieni się w idealną sielankę od jednego zebrania wspólnoty. Ale codzienność składa się z drobnych gestów, które z czasem bardzo dużo zmieniają.
Takimi gestami mogą być na przykład:
Ważne, żeby nie oczekiwać natychmiastowej wdzięczności czy przyjaźni. Część osób, szczególnie tych, które uciekły z trudnych sytuacji, na początku jest nieufna. Potrzebują czasu, żeby uwierzyć, że ktoś na klatce mówi „dzień dobry” bez ukrytych intencji, że naprawdę może zapukać w razie potrzeby i zostanie potraktowany jak sąsiad, a nie „obcy element”.
Największym wrogiem spokojnego sąsiedzkiego życia są stereotypy. Łatwo w głowie dorobić scenariusze: „na pewno będą hałaśliwi”, „na pewno nie będą płacić czynszu”, „na pewno za chwilę sprowadzą pół rodziny”. Te zdania zwykle nie biorą się z osobistego doświadczenia, tylko z nagłówków w internecie, zasłyszanych opowieści, ogólnego lęku przed zmianą.
Konkretny człowiek bardzo szybko burzy takie kalki. Nagle zamiast „Ukraińca z czwartego piętra” pojawia się „Andrij, który robi świetną zupę”, zamiast „tej Białorusinki” – „Sasza, której córka chodzi z moim synem do klasy”. Zamiast abstrakcyjnej „mniejszości” mamy twarz, głos, charakter, poczucie humoru. Wtedy nawet trudne rozmowy o hałasie, śmieciach czy remoncie stają się po prostu rozmowami sąsiadów, a nie starciem „nas” z „nimi”.
Nie chodzi o to, by udawać, że różnic nie ma. Są i będą. Chodzi o to, żeby zamiast bać się ich na zapas, nauczyć się o nich rozmawiać. Z szacunkiem, ale i z prawem do wyrażenia własnych potrzeb. Bo na koniec dnia wszyscy chcemy podobnych rzeczy: spokojnie spać, nie potykać się o śmieci na klatce, wiedzieć, że w razie potrzeby ktoś zza ściany wyciągnie do nas rękę.