W klasie maturalnej siedzą dwa światy. Pierwszy – podręcznik, lektury, wypracowanie na 250 słów, arkusz z zadaniami. Drugi – krótkie wideo, slajdy, memy, mikroeseje doprawione emotikonem. Te światy nie muszą się zwalczać. Ale dziś często się mijają. „Stara matura” nagradza długie formy i cierpliwe argumenty, TikTok – tempo i błyskotliwość. Ten felieton nie będzie lamentem nad „upadkiem czytelnictwa”. Będzie pytaniem: czego naprawdę chcemy uczyć i jak to zrobić bez zdrady jednego z tych światów.
Szkoła zakłada, że uwagę „się ma”. Internet zakłada, że uwagę „się zdobywa”. Uczeń doświadcza dysonansu: lekcja jest jak wykład z lat 90., a jego mózg przyzwyczajony do pętli bodźców. Nie demonizujmy neurobiologii – nie „zepsuły” jej aplikacje. Zmienił się kontekst. Jeśli nie zmienimy rytmu dydaktyki, przegramy walkę, zanim zaczniemy pisać temat lekcji na tablicy.
Haiku nie jest gorsze od epopei. 90-sekundowe wideo też może być dobre – jeśli wymusza esencję. Problem zaczyna się, gdy krótkie formy są jedynym językiem ucznia. Naszym zadaniem nie jest ich zakazywać, ale nauczyć tłumaczenia: jak zrobić z 90 sekund szkic tezy, który potem rozwiniesz do 250 słów; jak z mema zbudować przykład retoryczny, a z wątku w mediach – analizę źródła.
Umiejętność trzymania linii argumentu przez kilka akapitów, praca z tekstem, który nie ma przycisków „lubię to”, cierpliwość w weryfikowaniu źródeł. To nie relikwie. To kompetencje obywatelskie. Nie musimy ich porzucać. Wystarczy przestać udawać, że uczymy w próżni. Uczeń ma w kieszeni cały świat. I to dobrze – bo może sięgnąć po kontekst, zamiast go wymyślać.
Wyobraźmy sobie lekcję, która zaczyna się od 90-sekundowego klipu – streszczenia motywu „bohatera tragicznego” – a kończy wypracowaniem. Albo matematykę, na której uczeń tworzy 60-sekundowy tutorial do zadania, a potem pisze tekst o błędach, które popełnił. „Od klipu do eseju” to nie sztuczka, tylko pomost. Krótkie, by zdobyć uwagę. Długie, by zbudować rozumienie.
Jeśli nauczyciel jest jedynym sędzią „dobre/złe”, uczeń gra pod gust. Rubryki oceny – klarowne kryteria języka, struktury, argumentu – zdejmują presję domysłu. Uczeń wie, gdzie przegrał: w spójności, w przykładach, w logice. Można je przenieść na krótkie formy: oceniać klarowność tezy, adekwatność źródła, etykę cytowania, a nie tylko „czy było fajnie”.
AI potrafi przygotować konspekt, zarys, przykłady. Zakaz nic nie da – ucieknie przez inne okno. Lepiej nauczyć: jak pytać narzędzie, jak weryfikować wynik, gdzie przebiega granica uczciwości („sztuczna inteligencja – tak, ale z przypisem i własną redakcją”), jak rozpoznać plagiat. To kompetencje, które zostaną z uczniem dłużej niż nazwy rycerzy w „Rolandzie”.
Niech mniej mierzy czas, więcej – efekt. Zamiast „czytaj 30 minut”, „przynieś trzy pytania do tekstu”. Zamiast „wykuj definicję”, „przygotuj 60-sekundowe wideo, w którym wyjaśnisz ją koledze z klasy młodszej”. Uczymy uczenia – a to sztuka zadawania pytań, nie tylko recytacji odpowiedzi.
Najpiękniejsze, co ma „stara szkoła”, to zdolność do powolnego namysłu. Algorytmy karmią się szybkim kliknięciem. Literatura i historia uczą odroczonej nagrody. Nie rezygnujmy z tego. Ale nie uczmy cierpliwości za pomocą nudy. Pokażmy, że czytanie długiego tekstu też jest przygodą – z zagadką, z konfliktem, z mądrze ustawioną pauzą. Długa forma nie musi być rozwlekła. Może być gęsta.
Nie dla samego egzaminu. Dla kapitału umysłowego: umieć rozróżnić argument od memu, emocję od dowodu, trend od wiedzy. Jeśli matura w tym pomaga – broni się. Jeśli staje się rytuałem bez treści – pora ją naprawić. Po TikToku nie wrócimy do świata kredy i dziennika papierowego. Ale możemy wyjść z tej przygody mądrzejsi – jeśli potraktujemy cyfrową codzienność ucznia jako zasób, a nie wroga.