
Nie trzeba żadnego spisku, by podkopać zaufanie społeczne. Wystarczy tania technologia, kilka minut wolnego czasu i ambicja, by „zrobić zasięgi”. Syntetyczna rzeczywistość — obrazy, filmy i głosy generowane przez sztuczną inteligencję — już nie jest gadżetem na konferencjach. To codzienność. Wpływa na politykę, biznes, edukację, a nawet na to, czy odbierzemy telefon od „szefa”, który prosi o pilny przelew. Dlatego twierdzę: zaufanie stało się najcenniejszą walutą współczesności. I jak każda waluta, bywa dewaluowane.
Jeszcze niedawno deepfake kojarzył się z internetowym żartem. Dziś to narzędzie zdolne uderzyć w reputację, bezpieczeństwo i stabilność instytucji. Fałszywe wystąpienia polityków, sfałszowane nagrania celebrytów, spreparowane „dowody” w sprawach obyczajowych – wszystkie te przykłady mają wspólny mianownik: kwestionują naszą zdolność do rozróżnienia prawdy od iluzji. A gdy ta zdolność słabnie, nie ufamy już nikomu. To z kolei otwiera drzwi cynizmowi: „skoro wszystko można podrobić, to po co sprawdzać?”.
Przez dekady weryfikacja była tańsza niż fałszerstwo. Dziś jest odwrotnie: stworzenie wiarygodnego wideo lub głosu to kwestia minut i darmowych narzędzi. Za to rzetelna weryfikacja bywa kosztowna i powolna. Ta asymetria działa jak dźwignia: pojedynczy aktor może zasypać przestrzeń publiczną lawiną półprawd i syntetycznych „dowodów”, podczas gdy instytucje — media, uczelnie, organy ścigania, marki — długo gonią króliczka. I często przegrywają w wyścigu z uwagą odbiorcy.
Gdy wszystko jest podejrzane, najłatwiej wierzyć w to, co już myślimy. Deepfake przyspiesza zamykanie się w bańkach i dostarcza amunicji do „potwierdzania” dowolnych tez. W efekcie rośnie polaryzacja, a debatę publiczną zastępują plemienne odprawy. Drugi skutek to wyuczona bezradność: odruch „to pewnie fake” staje się usprawiedliwieniem, by niczego nie sprawdzać i nie brać odpowiedzialności za własne udostępnienia. Trzeci — erozja reputacji instytucji. Jeśli raz damy się nabrać na syntetyczne nagranie lekarza, bankiera czy prezydenta miasta, kolejna, prawdziwa wiadomość też zostanie potraktowana jak potencjalny żart.
Firmy już płacą realną cenę za syntetyczną rzeczywistość. Po pierwsze reputacja: „przeciek” z rzekomej rozmowy prezesa, „nagranie” z hali produkcyjnej czy „screen” z wewnętrznego czatu potrafią zniszczyć miesiące pracy nad marką. Po drugie rekrutacja: imitacja głosu HR w rozmowie telefonicznej, fikcyjne ogłoszenia, podszywanie się pod kandydatów ze sfabrykowanym portfolio wideo. Po trzecie bezpieczeństwo operacyjne: ataki na łańcuch płatności z wykorzystaniem klonowania głosu lub wideo „na żywo”, by wymusić autoryzację przelewu. Wreszcie komunikacja kryzysowa — dziś musi obejmować nie tylko dementi, ale i udowodnienie autentyczności własnych treści.
Warstwa 1: osobista higiena informacyjna. Zasada „pauzy przed udostępnieniem”, sprawdzenie innego ujęcia tej samej sytuacji, weryfikacja źródła pierwotnego, zaufanie do mediów, które podpisują i autoryzują materiały. W praktyce: nie udostępniam wideo kryzysowego, zanim nie zobaczę choćby jednego wiarygodnego źródła potwierdzającego kontekst.
Warstwa 2: instytucjonalne standardy pochodzenia treści. Tak jak mieliśmy certyfikaty SSL dla stron, tak coraz powszechniejsze będą „metadane wiarygodności” — podpisy kryptograficzne, które pozwalają prześledzić historię pliku. Dla mediów i marek to inwestycja w zaufanie: własne materiały oznaczać, a cudze prosić o ślad pochodzenia. Bez tego w kryzysie będziemy zdani na oświadczenia bez pokrycia.
Warstwa 3: technologia i procesy. Detektory deepfake’ów same nie wystarczą, ale są przydatne jako filtr ryzyka. Najważniejsze to procedury: 2–3-etapowa weryfikacja tożsamości przy poleceniach finansowych, „bezpieczne słowa” w komunikacji wewnętrznej, rejestrowanie kluczowych decyzji na kanałach z audytem, gotowe szablony komunikatów z dowodami autentyczności (np. podpisem cyfrowym, fingerprintem, publicznym hashem pliku).
Technologia musi mieć ramy. Potrzebujemy dwóch rzeczy naraz. Po pierwsze — standardów otwartych, które pozwolą każdemu sprawdzić, skąd jest dany obraz czy wideo i co się z nim działo. Po drugie — prawa, które wymaga minimalnej przejrzystości od tych, którzy generują treści syntetyczne i budują narzędzia do ich tworzenia. To nie hamulec innowacji, tylko pasy bezpieczeństwa na autostradzie rozwoju.
Wyobraźmy sobie, że każda ważna wypowiedź publiczna — konferencja prasowa, list prezesa, nagranie służb — przychodzi z krótkim „certyfikatem pochodzenia”, który można jednym kliknięciem zweryfikować. Nie rozwiąże to problemu podróbek w 100%, ale przesunie ciężar dowodu: ten, kto publikuje, bierze odpowiedzialność za ślad pochodzenia. I to jest uczciwe. W praktyce oznacza to wdrażanie podpisów i metadanych w systemach CMS, szkolenie zespołów, a niekiedy modernizację sprzętu (aparatów, kamer, oprogramowania).
Jeśli mamy żyć w świecie, w którym każdy może mieć w kieszeni studio filmowe i syntezator głosu, to edukacja medialna staje się kompetencją obywatelską pierwszej potrzeby. Uczmy dzieci i dorosłych nie tylko „jak korzystać z internetu”, ale jak rozumieć źródła, kontekst, intencje. Nauczycielom warto dawać nie zakazy, a narzędzia: jak pracować z AI, jak oznaczać prace, jak budować zadania odporne na kopiuj-wklej. To paradoksalnie dobra wiadomość: wreszcie premiowane będzie myślenie, nie reprodukcja.
Oto lista działań, które można wdrożyć w kwartale, bez „rewolucji cyfrowej”:
Nie uciekniemy od świata syntetycznych treści. Uciekając, oddamy pole tym, którzy najlepiej manipulują uwagą. Zamiast tego powinniśmy potraktować zaufanie jak produkt: projektować je, inwestować w nie, mierzyć i chronić. To robią najlepsze marki, to muszą zrobić instytucje publiczne, to wreszcie możemy robić my — odbiorcy. Jeśli zaufanie jest walutą, to naszą „inflację” zatrzyma tylko twarde pokrycie: edukacja, standardy pochodzenia treści i mądre prawo. Reszta to tylko hałas.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Pełne linki do wiarygodnych źródeł, które pomagają zrozumieć ramy prawne, standardy oraz skalę zjawiska: