
Uprzejmość ma dziś złą prasę. Jednym kojarzy się z udawaniem, innym z uległością, jeszcze innym z „dobrym wychowaniem”, które niby miło brzmi, ale w codzienności przegrywa z pośpiechem. A przecież uprzejmość nie jest dekoracją ani testem z etykiety. Jest technologią życia w tłumie. Tanią, dostępną i zaskakująco skuteczną.
Nie chodzi o wielkie gesty. Uprzejmość najczęściej jest mikroskopijna: pół kroku w bok, żeby ktoś przeszedł; sekunda, żeby puścić kogoś w drzwiach; „przepraszam”, gdy potrącisz; „dziękuję”, gdy ktoś ci ułatwił życie. To niby drobiazgi, ale właśnie z drobiazgów składa się atmosfera miasta, sklepu, komunikacji, przychodni, windy, kolejki. I w tym sensie uprzejmość jest jak smar w mechanizmie: nie widać go, dopóki działa. Widać dopiero wtedy, gdy go zabraknie.
Najprostsza odpowiedź brzmi: bo wszyscy są zmęczeni. I to brzmi banalnie, ale w praktyce robi różnicę. Człowiek przebodźcowany i spięty ma mniej cierpliwości na innych. Ma też mniej zasobów, żeby zauważać. A uprzejmość zaczyna się od zauważenia: że ktoś stoi z wózkiem i nie ma jak minąć; że ktoś jest niższy, starszy, wolniejszy, zagubiony; że ktoś jest „przed tobą”, nie „na drodze”.
Do tego dochodzi kultura komunikacji, którą przynieśliśmy z internetu do życia. W internecie łatwo jest być oschłym, szybkim, stanowczym. Tam zwykle nie płacisz ceny za ton, bo nie widzisz reakcji twarzą w twarz. Potem ten sam ton przechodzi do rozmów w sklepie czy w urzędzie. Krótkie, ostre zdania stają się domyślne. A „proszę” i „dziękuję” brzmią jak fanaberia.
Są też dwa inne mechanizmy. Pierwszy to pośpiech, który jest dziś stylem życia, a nie wyjątkową sytuacją. Drugi to poczucie, że „skoro ja mam ciężko, to inni też niech mają”. Uprzejmość wtedy bywa odbierana jak coś, co „oszukuje rzeczywistość”. Jakby świat musiał być szorstki, bo inaczej jest podejrzany.
Warto to powiedzieć wprost: uprzejmość nie jest synonimem bycia miłym za wszelką cenę. Uprzejmość nie polega na tym, że masz pozwalać innym wchodzić ci na głowę. Uprzejmość polega na tym, że stawiasz granice w sposób, który nie upokarza. Że umiesz odmówić bez agresji. Że umiesz poprosić bez ataku. Że potrafisz być stanowczy i jednocześnie ludzki.
To jest jedna z najbardziej niedocenianych umiejętności: powiedzieć coś trudnego, nie robiąc z drugiej osoby wroga. „Przepraszam, czy mogę przejść?” jest skuteczniejsze niż przepychanie się łokciem. „Czy możemy mówić ciszej?” jest skuteczniejsze niż spojrzenia pełne nienawiści. „Nie, dziękuję” jest skuteczniejsze niż tłumaczenie się przez pięć minut, dlaczego nie masz ochoty.
Jest taki paradoks: w miejscach publicznych ludzie często zachowują się gorzej, bo czują się mniej odpowiedzialni. Tłum rozmywa odpowiedzialność. Jeśli nie znamy się, łatwiej jest zignorować, przepchnąć się, skomentować, popchnąć wózkiem. Przez chwilę czujesz moc, bo „wygrałeś” o metr w kolejce. Tylko że ta „wygrana” ma koszt zbiorowy: wszyscy dookoła czują napięcie, a napięcie się rozlewa.
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz: część ludzi myli pewność siebie z brakiem kultury. Im ktoś głośniejszy, bardziej bezczelny, bardziej roszczeniowy, tym bardziej wygląda, jakby „wiedział, jak żyć”. A inni, nie chcąc być „frajerami”, zaczynają to naśladować. Wtedy uprzejmość przegrywa, bo wydaje się słaba.
Tyle że to jest złudzenie. Prawdziwa siła w przestrzeni publicznej to umiejętność regulowania napięcia, a nie podkręcania go. To umiejętność utrzymania klasy, kiedy ktoś próbuje cię wciągnąć w przepychankę.
Nie da się „naprawić kultury” jednym tekstem. Ale można naprawiać swój kawałek świata. I to nie jest puste hasło, tylko praktyka. Uprzejmość działa jak fala: jedno spokojne zachowanie potrafi rozładować napięcie, a jedno chamstwo potrafi zepsuć atmosferę w całej kolejce.
Oto kilka prostych nawyków, które są bardziej realne niż wielkie deklaracje:
To nie są porady z poradnika dobrych manier. To są narzędzia do życia wśród ludzi. I one działają właśnie dlatego, że są proste. Nie wymagają od ciebie bycia świętym. Wymagają tylko przerwania automatyzmu: zamiast reakcji z ciała, wchodzi reakcja z głowy.
Jest taki moment, gdy ktoś robi coś nieprzyjemnego: wpycha się, komentuje, potrąca, jedzie zbyt blisko, stoi ci na plecach w kolejce. I w tym momencie pojawia się pytanie: czy ja chcę wygrać, czy ja chcę mieć spokojny dzień? Wiele konfliktów w przestrzeni publicznej to nie są konflikty o realną stawkę. To konflikty o poczucie godności, które ktoś naruszył.
Nie zawsze da się odpuścić. Czasem trzeba reagować. Ale w ogromnej liczbie sytuacji najlepszym ruchem jest nie dołożyć paliwa. Nie odpalić komentarza, który będzie się ciągnął przez dziesięć minut i zatruje wszystkim humor. Uprzejmość bywa po prostu umiejętnością wyjścia z sytuacji bez dodatkowych strat.
To też nie jest „tchórzostwo”. To jest wybór. Tak jak nie wchodzisz w kałużę, bo możesz, tak samo nie musisz wchodzić w cudzą złość, bo ktoś ją rozlał na środku chodnika.
Najczęstszy argument przeciw uprzejmości brzmi: „Po co mam się starać, skoro inni się nie starają?”. I rozumiem to. To jest uczucie niesprawiedliwości. Tylko że tu działa logika odwrotna niż w wielu innych sprawach. Jeśli przestaniesz być uprzejmy, bo inni nie są, to dokładasz się do problemu, na który narzekasz. Jeśli zachowasz uprzejmość, to przynajmniej w twoim zasięgu świat jest mniej uciążliwy.
Uprzejmość jest też formą higieny psychicznej. Człowiek, który cały dzień walczy o swoje dwa centymetry przestrzeni, wraca do domu wyczerpany. Człowiek, który potrafi puszczać drobiazgi, wraca z mniejszym napięciem. Nie dlatego, że „przegrał”, tylko dlatego, że nie żył w trybie walki.
Ostatecznie uprzejmość w miejscach publicznych to nie jest kwestia bycia lepszym człowiekiem. To kwestia budowania warunków, w których da się żyć bez nieustannego zgrzytu. I być może właśnie dlatego te małe słowa – „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „czy mogę” – są tak ważne. One nie rozwiązują świata. One go po prostu codziennie odrobinę cywilizują.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.