Zachwyt jest podejrzany: skąd się bierze kultura narzekania i ironii (i czemu tak łatwo nas w nią wciąga)

Redakcja
29.12.2025

Jest taki moment w rozmowie, który każdy zna. Ktoś mówi: „Słuchaj, ale to było naprawdę dobre”. I zanim zdąży dopowiedzieć, co dokładnie mu się spodobało, w powietrzu pojawia się ten lekki skurcz. Bo w naszej kulturze zachwyt bywa traktowany jak naiwność. Jak reklama. Jak próba przypodobania się. Jak coś, co trzeba natychmiast „zneutralizować” żartem, zastrzeżeniem albo kąśliwą uwagą.

„No dobra, ale bez przesady.” „Wiesz, ja to tam widzę parę rzeczy.” „Fajne, ale w sumie to…” I już. Zachwyt przestaje być zachwytem, a staje się deklaracją, którą trzeba obronić przed podejrzeniem, że człowiekowi odpaliła się tania egzaltacja.

Najgorsze w tym nie jest to, że lubimy krytykować. Krytyka jest potrzebna. Najgorsze jest to, że coraz częściej ironia i narzekanie nie są narzędziem myślenia, tylko automatycznym odruchem. Takim społecznie bezpiecznym strojem. Zakładasz go, żeby nie zostać uznanym za „łatwowiernego”, „prościaka”, „kogoś, kto nie ogarnia”.

Zachwyt kojarzy się z ryzykiem

Zachwyt jest odsłonięciem się. Mówisz: „To mnie poruszyło”. „To mi dało radość”. „To mnie zachwyciło”. I nagle wchodzisz na teren, gdzie ktoś może Cię wyśmiać, podważyć, obrócić w mema, wyciągnąć z tego wniosek, że jesteś naiwny, że się dałeś nabrać, że „kupiłeś narrację”.

Narzekanie ma odwrotną moc. Narzekanie jest kamizelką kuloodporną. Jeśli narzekasz, to znaczy, że widzisz wady. Jeśli widzisz wady, to znaczy, że jesteś „świadomy”. Jeśli jesteś „świadomy”, to trudniej Cię złapać na haczyk. W teorii.

W praktyce często jest to teatr bezpieczeństwa. Ktoś nie musi naprawdę analizować świata, wystarczy że przyjmie cyniczną pozę. Cynizm brzmi jak inteligencja, nawet wtedy, gdy jest tylko zmęczeniem albo lękiem przed rozczarowaniem.

Negatyw wygrywa, bo tak działa nasz mózg i nasze media

W tle jest też coś bardziej prozaicznego: negatyw silniej nas „łapie”. To nie jest wyłącznie kwestia charakteru czy wychowania. Negatywność ma przewagę, bo jest bardziej alarmowa. Nasz system uwagi został zbudowany tak, żeby szybciej reagować na zagrożenia niż na przyjemności. Dobre rzeczy są miłe. Złe rzeczy bywają ważne dla przetrwania. I mózg to pamięta.

Do tego dochodzi środowisko, w którym żyjemy informacyjnie. Algorytmy, nagłówki, powiadomienia. Tam, gdzie liczy się kliknięcie, „groźne”, „szokujące”, „skandaliczne” ma wygraną już na starcie. Jeśli negatyw wciąga i utrzymuje uwagę, to będzie go więcej. A jeśli będzie go więcej, to zaczniemy go traktować jak normę.

W tym sensie kultura narzekania nie jest tylko kaprysem społecznym. To często konsekwencja bodźców, które karmią nas codziennie. Później człowiek wraca do rozmów i działa według tej samej logiki: zamiast powiedzieć „to było dobre”, powie „nie jest tak źle”. Zamiast „cieszę się”, powie „no, zobaczymy”. Żeby nie zapeszyć. Żeby nie wyjść na tego, co „się jara”.

Ironia jako waluta towarzyska

Ironia ma jedną bardzo sprytną właściwość: można się z niej wycofać w każdej chwili. Powiesz coś kąśliwego, a jeśli ktoś się oburzy, odpowiadasz: „Oj, żartowałem.” Albo: „Nie umiesz w dystans.” Ironia daje władzę, bo pozwala Ci być ponad sytuacją. Nie jesteś zaangażowany, więc nie przegrywasz.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ironia przestaje być przyprawą, a staje się daniem głównym. Gdy wszystko trzeba skomentować, wszystko wyszydzić, wszystko podważyć. Wtedy ironia nie chroni przed głupotą, tylko przed bliskością. Bo zachwyt wymaga bliskości. Wymaga przyznania: „To mnie rusza”. Ironia mówi: „Ja się na nic nie nabieram”.

Tak rodzi się klimat, w którym pozytywne emocje brzmią podejrzanie. Nie dlatego, że nie wolno się cieszyć. Tylko dlatego, że nie ma na to społecznej przestrzeni. Kiedy ktoś naprawdę się cieszy, reszta czuje niepokój: „Co ja mam teraz zrobić? Przyznać, że też mnie to rusza? A jeśli wyjdę na głupka?”

Narzekanie jako forma więzi

Żeby było uczciwie: narzekanie bywa też formą więzi. Wspólne narzekanie potrafi budować szybkie „my”. Bo łatwo jest się zjednoczyć przeciw czemuś: przeciw pogodzie, cenom, korkom, „tym wszystkim”. Wspólne narzekanie jest proste i dostępne dla każdego. Nie wymaga opowieści o sobie. Nie wymaga delikatności. Nie wymaga przyznania się do wrażliwości.

Wielu ludzi woli powiedzieć „masakra”, niż powiedzieć „jest mi ciężko”. Bo „masakra” jest ogólna, a „jest mi ciężko” jest osobiste. I znów: osobiste oznacza ryzyko.

Kiedy narzekanie jest chwilowe i świadome, nie ma problemu. Problem jest wtedy, gdy narzekanie staje się domyślnym językiem. Gdy to jest pierwsza reakcja na wszystko. Gdy człowiek przestaje zauważać, że narzekanie przestało opisywać rzeczywistość, a zaczęło ją tworzyć.

„Nie chwal, bo zapeszysz” i inne programy w tle

W naszej kulturze od dawna działa przekonanie, że lepiej nie wychylać się z radością. Bo radość przyciąga pecha. Albo zazdrość. Albo krytykę. Lepiej być skromnym, niewidocznym, przygaszonym. Lepiej mówić „jakoś leci”, niż „jest naprawdę dobrze”. To ma swój sens w świecie, w którym ludzie czuli się krucho i niepewnie. Tyle że dziś ten nawyk żyje dalej, często już bez powodu.

Do tego dochodzi inny, współczesny mechanizm: strach przed rozczarowaniem. Jeśli się zachwycisz, możesz się rozczarować. Jeśli się nie zachwycisz, to jakbyś się zabezpieczał. To jest emocjonalna polisa ubezpieczeniowa. Tylko że problem z polisą jest taki, że płacisz składkę codziennie. Składką jest brak radości.

Co tracimy, gdy zachwyt jest wstydliwy

Tracimy język doceniania. A język doceniania jest potrzebny nie tylko w relacjach prywatnych, ale też w pracy, w nauce, w wychowaniu, w budowaniu społeczności. Jeśli nie umiemy nazywać tego, co dobre, to nie umiemy też tego powtarzać.

Tracimy też zdolność do wzmacniania innych. Bo dla wielu osób jedno proste, konkretne docenienie potrafi być paliwem na tydzień. Ale jeśli w grupie obowiązuje zasada „nie chwal, bo wyjdzie, że się podlizujesz”, to ludzie robią swoje w ciszy. W ciszy nie rośnie ani odwaga, ani kreatywność.

Wreszcie tracimy coś najbardziej subtelnego: poczucie, że życie jest czymś więcej niż przetrwaniem. Zachwyt jest jednym z niewielu stanów, w którym człowiek czuje: „jest sens”. Nie trzeba wielkich filozofii. Czasem wystarczy zachwyt nad czymś małym: rozmową, miejscem, muzyką, czyjąś uważnością.

Jak odzyskać normalny zachwyt (bez naiwności i bez cukru)

Nie chodzi o to, żeby nagle wszyscy byli entuzjastyczni, słodcy i „pozytywni”. Chodzi o to, żeby zachwyt przestał być kompromitacją. Żeby można było powiedzieć „to było świetne” i nie musieć od razu dopinać do tego pięciu zastrzeżeń.

Da się to robić małymi ruchami. Najpierw w sobie, potem w rozmowie. Takimi, które nie wymagają rewolucji charakteru.

  • Oddzielaj zachwyt od reklamy. Zachwyt nie musi być zachętą do zakupu. Można docenić czyjąś pracę, pomysł albo gest, nie będąc ambasadorem marki, idei czy człowieka.
  • Zamień „ale” na „i”. „To było dobre, ale…” bardzo często kasuje pierwszą część zdania. „To było dobre i widzę też jedną rzecz do poprawy” brzmi dojrzalej i uczciwiej.
  • Ćwicz konkret. Zamiast „super”, powiedz: „podobało mi się, że to było proste i czytelne” albo „że w tym była odwaga”. Konkretny zachwyt jest mniej podejrzany, bo jest sprawdzalny.
  • Zostaw ironię na deser. Jeśli ironia jest Twoją pierwszą reakcją, sprawdź, czy to nie jest automatyczny pancerz. Czasem wystarczy pół sekundy pauzy i pytanie: „co ja naprawdę czuję?”.
  • Nie karm się wyłącznie negatywem. To nie jest wezwanie do ignorowania świata. To jest prosta higiena: jeśli Twoja dieta informacyjna składa się głównie z alarmów, to Twój język będzie alarmowy.
  • Doceniaj publicznie, krytykuj prywatnie. To nie zawsze możliwe, ale często działa. Publiczne docenienie buduje standard. Prywatna krytyka buduje jakość bez upokorzenia.

Odwaga w prostym zdaniu

Najbardziej przewrotne jest to, że powiedzenie czegoś dobrego bywa dziś aktem odwagi. Nie tej wielkiej, heroicznej. Tylko tej codziennej: odwagi, żeby nie grać w grę „kto bardziej cyniczny”. Odwagi, żeby nie udawać, że wszystko jest obciachowe. Odwagi, żeby przyznać, że coś Cię naprawdę poruszyło.

Może to jest ten mały bunt, który ma sens: nie zgasić w sobie zachwytu tylko dlatego, że ktoś kiedyś nauczył nas, że zachwyt jest podejrzany. Czasem najrozsądniejsze, co można zrobić w świecie przeładowanym ironią, to powiedzieć proste: „To było dobre”. I zostawić to zdanie bez dopisku.

Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.

Źródła

  • https://www.nature.com/articles/s41562-023-01538-4 — artykuł naukowy o tym, jak negatywne słowa w nagłówkach wpływają na konsumpcję newsów (badania na dużym zbiorze testów nagłówków).
  • https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/31750790/ — przegląd badań o „negativity bias” (tendencji do silniejszego reagowania na bodźce negatywne niż pozytywne) wraz z omówieniem mechanizmów i kontekstu neuronaukowego.
  • https://dictionary.apa.org/trait-negativity-bias — hasło w słowniku APA z definicją i krótkim opisem zjawiska związanego z większym wpływem negatywnych informacji na ocenę i wrażenia.
Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie