
Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęliśmy żyć tak, jakby nad naszymi głowami wisiał niewidzialny panel z oceną: cztery na pięć, trzy na pięć, „raczej polecam”, „nie polecam”. Może to przyszło po cichu razem z aplikacjami, w których wszystko da się podsumować jednym ruchem kciuka. Jedzenie, hotel, kurier, fryzjer, lekarz, paczkomat, sprzedawca, rozmowa z konsultantem, a czasem nawet spotkanie ze znajomymi – wszystko aż się prosi, żeby wystawić notę. Świat stał się wielkim formularzem opinii, w którym każdy jest jednocześnie klientem i usługodawcą.
Z pozoru to jest wygodne. Oceny pomagają wybierać, filtrują, ostrzegają przed naciągaczami, porządkują chaos. Problem zaczyna się wtedy, gdy mechanizm oceniania przestaje dotyczyć tylko usług, a zaczyna dotyczyć ludzi. Wtedy nie oceniamy już tego, czy kawa była dobra, tylko czy ktoś „zasłużył” na sympatię. Nie oceniamy, czy spotkanie było miłe, tylko czy rozmówca „dowiózł”. Nie analizujemy faktów, tylko wystawiamy werdykty. A werdykt ma to do siebie, że zamyka temat. Po werdykcie nie trzeba rozumieć.
Ocena to bardzo sprytny skrót myślowy. Kiedyś, żeby komuś opowiedzieć o restauracji, trzeba było użyć kilku zdań: co było smaczne, co średnie, jaka obsługa, jaki klimat. Dziś wystarczy „4,2”. W tym skrócie jest obietnica oszczędności czasu: nie musisz się zastanawiać, wystarczy spojrzeć. Nie musisz pytać znajomych, wystarczy sprawdzić średnią. Nie musisz ryzykować, wystarczy ominąć to, co ma mniej niż cztery.
Tylko że mózg lubi skróty. Jeśli przyzwyczajasz się do oceniania wszystkiego na co dzień, to zaczynasz patrzeć w ten sam sposób także na sprawy, których nie da się uczciwie zamknąć w skali. Ludzie przestają być historiami, a stają się „wrażeniem”. Relacje przestają być procesem, a stają się „satysfakcją klienta”. Rozmowa przestaje być spotkaniem, a staje się „obsługą”. I nagle okazuje się, że nie tylko usługi są „na ocenę”, ale też my sami.
To wchodzi pod skórę szczególnie mocno, bo oceny dają poczucie kontroli. W świecie pełnym niepewności miło jest wierzyć, że da się uniknąć rozczarowań, jeśli wybierzesz odpowiednio. Jeśli przeczytasz komentarze, jeśli sprawdzisz gwiazdki, jeśli przeanalizujesz opinie. W tym jest jednak pułapka: zaczynasz traktować życie jak zakupy. A życie nie ma polityki zwrotów.
Opinia może być przydatna, a nawet uczciwa. „Nie smakowało mi”, „długo czekałem”, „nie wrócę”. Osąd jest czymś innym: to etykietka przyklejona człowiekowi. „Niekompetentny”, „beznadziejny”, „chamski”, „toksyczny”. Osąd często nie opisuje sytuacji, tylko ustawia hierarchię: ja wiem lepiej, ja mam prawo wydać wyrok. I to jest moment, w którym recenzowanie świata zaczyna być groźne, bo tworzy atmosferę nieustannego sądu.
W atmosferze sądu ludzie zachowują się inaczej. Zaczynają grać. Zaczynają dobierać słowa pod odbiór, a nie pod prawdę. Zaczynają „wypadać dobrze”. A kiedy „wypaść dobrze” staje się ważniejsze niż zrozumieć się nawzajem, rozmowa traci sens. Zostaje wrażenie, autoprezentacja i stres: czy ja teraz wypadam na cztery czy na pięć?
Bo to jest łatwiejsze niż przyznanie, że czegoś nie rozumiemy. Łatwiej powiedzieć: „to głupie”, niż zapytać: „dlaczego tak robisz?”. Łatwiej napisać: „porażka”, niż przyznać: „to mnie przerosło”. Ocena daje chwilową ulgę. Działa jak zapięcie klamry: zamknięte, gotowe, temat skończony. Nie muszę już w tym siedzieć.
Ocena daje też poczucie przewagi. Jeśli kogoś oceniasz, ustawiasz siebie w roli arbitra. A rola arbitra bywa kusząca, szczególnie gdy w innych częściach życia czujesz bezradność. W internecie arbitrem jest każdy. Wystarczy konto i minuta wolnego czasu. To demokratyczne, ale też męczące, bo arbitra jest za dużo.
Jest jeszcze trzeci powód: ocenianie scala grupę. Wspólne narzekanie jest jak szybki klej społeczny. Kiedy razem kogoś „jedziemy”, czujemy się bliżej. Problem w tym, że to bliskość budowana na cudzym koszcie. Taka bliskość rzadko jest stabilna, bo jutro ktoś może oceniać ciebie.
Najpierw rośnie napięcie. Człowiek zaczyna się zastanawiać, jak zostanie odebrany. To zmienia sposób mówienia, ubierania się, pisania wiadomości, a nawet milczenia. Pojawia się drobna, codzienna auto-korekta: czy to jest dość mądre, dość ładne, dość właściwe, dość zabawne, dość neutralne, dość bezpieczne. W pewnym momencie życie zaczyna przypominać szkolną odpowiedź przy tablicy, tylko że tablica jest wszędzie.
Potem przychodzi zmęczenie. Nie z powodu braku sił fizycznych, tylko z powodu ciągłego „trzymania formy”. Trzymanie formy jest jak napięty brzuch – można tak chwilę pochodzić, ale na dłuższą metę to boli. Człowiek, który ciągle trzyma formę, nie odpoczywa nawet wtedy, gdy teoretycznie odpoczywa.
Na końcu często pojawia się cynizm. Skoro wszystko jest oceną, to może nie ma sensu się starać. Skoro i tak ktoś znajdzie błąd, to po co ryzykować. Cynizm bywa mechanizmem obronnym: jeśli ja pierwszy powiem, że to wszystko jest bez sensu, to przynajmniej nie zaboli mnie cudza ocena. Tylko że cynizm zabiera radość. A radość to paliwo, bez którego człowiek robi się pusty.
Największy problem z gwiazdkami polega na tym, że one udają obiektywność. „4,6” wygląda jak fakt. A przecież to suma nastrojów, oczekiwań, przypadków i temperamentu. Jedna osoba da jedną gwiazdkę, bo padało. Inna da pięć, bo kelner się uśmiechnął. Ktoś odejmie punkt za brak miejsca do parkowania, choć restauracja nie ma na to wpływu. Ktoś da trzy, bo „spodziewał się więcej”, choć nie potrafi powiedzieć czego. Ocenianie w dużej skali zamienia się w statystykę emocji.
To samo dzieje się w relacjach. Kiedy zaczynasz myśleć „kto mi się opłaca”, „kto mnie nie rozczaruje”, „kto jest wart mojego czasu”, łatwo wpaść w pułapkę. Człowiek nie jest usługą. Człowiek ma gorsze dni, słabsze momenty, braki, których nie naprawi w tydzień. Jeśli oczekujesz, że ktoś będzie ci stale „dowodził jakości”, to relacja staje się transakcją. A transakcja nie znosi słabości.
Rozmowa kiedyś miała więcej powietrza. Można było palnąć głupotę, można było się pomylić, można było coś odkręcić. Dziś wiele rozmów jest spiętych, bo ludzie czują, że każde zdanie może być wyjęte i ocenione. Nie chodzi nawet o wielkie afery. Chodzi o drobne rzeczy: ton, słowo, żart, pauza. Zamiast słuchać sensu, słuchamy „czy to było ok”. Zamiast pytać, dopowiadamy. Zamiast dać komuś kredyt zaufania, wystawiamy od razu notę.
W takim klimacie rośnie agresja. Bo kiedy ludzie czują się oceniani, często przechodzą do kontrataku. Jeśli ja jestem pod sądem, to ja też będę sądził. To nakręca spiralę. Pojawia się kultura „punktowania” cudzych błędów, zamiast kultury rozmowy. A punktowanie jest efektowne, ale jałowe. Daje satysfakcję, nie daje porozumienia.
Nikt nie przestanie oceniać całkowicie. Ocena jest częścią myślenia: wybieramy, porównujemy, decydujemy. Chodzi raczej o to, żeby nie robić z oceny jedynego języka świata. Żeby wrócić do opisu zamiast wyroku. To jest mała zmiana, ale bardzo odczuwalna.
Pomaga kilka prostych nawyków:
To nie jest psychologiczna magia. To jest higiena rozmowy. A higiena rozmowy działa jak higiena fizyczna: nie rozwiąże wszystkich problemów, ale bez niej wszystko zaczyna śmierdzieć.
Nie chodzi o to, żeby przestać pisać opinie o usługach, jeśli ktoś nas potraktował źle albo wręcz przeciwnie – świetnie. Chodzi o proporcje. Jeżeli mechanizm gwiazdek zaczyna nam wchodzić w relacje, w rodzinę, w przyjaźnie, w rozmowy w pracy, to znaczy, że coś się przesunęło za daleko.
Relacje nie są katalogiem. Człowiek nie jest produktem. Przyjaźń nie jest subskrypcją, którą można anulować po jednej gorszej aktualizacji. Oczywiście, są sytuacje, w których trzeba się odciąć, bo ktoś krzywdzi. Ale „odciąć się” to nie to samo co „wystawić jedną gwiazdkę i zapomnieć”. Odcinanie wymaga odwagi i jasności. Jedna gwiazdka często jest tylko ucieczką od trudnej rozmowy.
Świat oceniania produkuje ludzi, którzy są bardzo pewni swoich opinii, ale coraz mniej ciekawi. Ciekawość wymaga zawieszenia wyroku. Trzeba chwilę pobyć w niepewności, posłuchać, zrozumieć kontekst, zobaczyć drugą stronę. Ocena jest szybsza. Ocena daje natychmiastową odpowiedź. A człowiek lubi odpowiedzi natychmiast.
Problem w tym, że bez ciekawości robi się płasko. Życie staje się listą rzeczy, które „lubimy” albo „nie lubimy”. Ludzie stają się „swoi” albo „obcy”. Poglądy stają się „dobre” albo „złe”. I nagle nie ma już miejsca na odcienie. A odcienie to miejsce, w którym żyje dojrzałość.
Jeśli chcesz sprawdzić, czy żyjesz w trybie recenzowania, zrób prosty eksperyment: przez tydzień łap się na zdaniach, które kończą rozmowę werdyktem. „Beznadziejne”, „żenada”, „masakra”, „idiotyzm”, „najlepsze”, „najgorsze”. I spróbuj raz dziennie zamienić werdykt na opis. Nie musisz być miły na siłę. Wystarczy być precyzyjny.
Zamiast „to jest dramat” powiedz: „to mnie wkurza, bo czuję się zlekceważony”. Zamiast „on jest okropny” powiedz: „w tej sytuacji zachował się tak, że nie mam ochoty kontynuować rozmowy”. Brzmi dłużej, ale działa lepiej. Bo opis pozwala coś z tym zrobić. Werdykt pozwala tylko pokazać palcem.
Na koniec jest jeszcze jedna sprawa, o której rzadko mówimy. Kultura oceniania nie tylko sprawia, że oceniamy innych. Ona sprawia, że oceniamy siebie. I to jest największy koszt, bo wewnętrzny recenzent nie bierze urlopu. Zawsze znajdzie coś do poprawy, coś do wstydu, coś do „lepszego wizerunku”.
Jeśli chcesz mniej oceniać innych, zacznij od małej łaski dla siebie: pozwól sobie czasem być przeciętnym. Nie błyszczeć. Nie dowieźć. Nie wypadnąć. To jest trudne, bo brzmi jak porażka. A tak naprawdę jest jak zdjęcie ciężkiego plecaka. Kiedy przestajesz być własnym klientem, łatwiej przestajesz traktować innych jak usługodawców.
Gwiazdki są wygodne. Tylko życie jest większe niż skala. I szkoda je spłaszczać do jednego ruchu kciuka.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.