
Kiedyś alarm oznaczał coś konkretnego: syreny straży pożarnej, dzwon w kościele, sąsiada pukającego do drzwi, bo „coś się dzieje”. Dzisiaj syrena mieszka w telefonie. To krótkie „pik”, „ding”, „bzzz” – i nagle dowiadujemy się, że znów wydarzyło się coś ważnego, pilnego, groźnego. Alert pogodowy, ostrzeżenie RCB, breaking news o kryzysie, prognoza katastrofy klimatycznej, analiza kolejnego konfliktu. Świat wibruje nam w kieszeni, nawet gdy stoimy w kolejce po chleb.
W teorii to wszystko ma nas chronić: informować o zagrożeniach, przygotować na najgorsze, dać poczucie, że jesteśmy „na bieżąco”. W praktyce coraz więcej osób żyje w permanentnym trybie czuwania. Jak żołnierz, który nigdy nie schodzi z posterunku. Nawet jeśli jego jedyną bronią jest ładowarka do telefonu.
Przez większą część dnia towarzyszy nam hałas informacyjny. Wiadomości w radiu, paski w telewizji, powiadomienia z aplikacji, posty w mediach społecznościowych. Do tego specjalna kategoria komunikatów: „pilne”, „ważne”, „natychmiastowe”. Gdyś breaking news faktycznie był rzadki – teraz ma go co druga redakcja co kilka godzin.
Nasze mózgi nie zostały zaprojektowane na taki ciągły ostrzał. Alert pogodowy o silnym wietrze trafia do tej samej szufladki co ostrzeżenie o wojnie czy pandemii. Organizm nie robi finezyjnych rozróżnień. Dla niego sygnał alarmowy to sygnał alarmowy – trzeba się spiąć, przygotować, coś zrobić. Gdy takie sygnały pojawiają się regularnie, ciało zaczyna funkcjonować na podwyższonym poziomie napięcia. Nawet jeśli na zewnątrz wyglądamy spokojnie, w środku czuwamy.
Po kilku miesiącach czy latach takiego życia alarm przestaje być wyjątkowym wydarzeniem. Staje się tłem. To paradoks: z jednej strony jesteśmy przeciążeni wiadomościami o zagrożeniach, z drugiej – trochę na nie obojętniejemy. W pewnym momencie trudno odróżnić, co naprawdę wymaga reakcji, a co jest tylko kolejnym „ważnym komunikatem”, którym trzeba było wypełnić antenę.
Wielu ludzi ma obecnie rytuał poranny, którego kilkanaście lat temu po prostu nie było. Zanim kawa, zanim śniadanie – telefon. Wiadomości, powiadomienia, media społecznościowe. Nie „jak się czuję”, tylko „co się dzieje”. I bardzo często odpowiedź brzmi: dzieje się źle. Albo przynajmniej niepokojąco.
Konflikty, katastrofy, kryzysy, prognozy. „Najgorsza susza od lat”, „najwyższe temperatury w historii pomiarów”, „rekordowe podwyżki”, „eksperci ostrzegają przed kolejną falą”. Te komunikaty osobno są ważne. Razem tworzą pejzaż, w którym świat wydaje się być w permanentnym stanie zagrożenia. Zanim zdążymy w ogóle ustawić sobie dzień, już wiemy, że „nadciąga trudny czas”.
To wpływa na bardzo przyziemne rzeczy. Ludzie odkładają decyzje, bo „lepiej poczekać, aż się uspokoi”. Wydatki, plany, zmiany pracy, przeprowadzki – wszystko odkładane na nieokreślone „później”, bo „teraz to nie jest dobry moment”. Problem w tym, że ten dobry moment wcale nie nadchodzi. Zawsze jest jakaś przyczyna, żeby się bać: wojna, inflacja, kryzys energetyczny, nowy wariant wirusa, ekstremalna pogoda.
Alerty i katastroficzne nagłówki nie zostają tylko w telefonie. Przenoszą się w nasze codzienne decyzje. Gdy przez dłuższy czas słyszymy, że „wszystko drożeje”, zaczynamy zaciskać portfele nawet wtedy, gdy w naszej konkretnej sytuacji nic jeszcze się nie zmieniło. Gdy media regularnie pokazują obrazy katastrof klimatycznych, niektórzy rezygnują z long-term planów: „Po co myśleć o starości, jak świat się pali?”.
Inni reagują odwrotnie – popadają w gorączkę zabezpieczania się na każdą możliwość. Zapasy w domu, generator, dwie lodówki, trzy konta w różnych bankach, godziny spędzone na przeglądaniu poradników „jak przetrwać blackout”. Nie ma nic złego w rozsądnej przezorności. Ale łatwo przekroczyć cienką granicę między przygotowaniem a życiem w ciągłym oblężeniu.
Podobny mechanizm działa przy alertach zdrowotnych. Kolejne doniesienia o „nowych groźnych chorobach”, „ukrytych zagrożeniach”, „substancjach, które zabijają po cichu” powodują, że część osób zaczyna obsesyjnie kontrolować każdy sygnał z ciała. Zamiast profilaktyki pojawia się lękowa nadczujność. Ironia polega na tym, że chroniczny stres związany z lękiem o zdrowie sam w sobie zdrowiu nie służy.
W obliczu zalewu ostrzeżeń większość z nas próbuje znaleźć jakąś strategię. Niektórzy uciekają w całkowite odcięcie. „Nie oglądam wiadomości, nie czytam portali, nie interesuje mnie to”. To może przynieść chwilową ulgę, ale niesie też ryzyko: nagle naprawdę nie wiemy o czymś, o czym wiedzieć powinniśmy. O realnym zagrożeniu pogodowym, powodzi, utrudnieniach, decyzjach, które dotykają bezpośrednio naszego miasta czy pracy.
Drugi biegun to bycie cały czas na nasłuchu. Śledzenie kilku źródeł trochę uspokaja, bo mamy wrażenie, że „kontrolujemy sytuację”. W praktyce kontrola jest iluzją. Mamy tylko więcej informacji, często sprzecznych, często dramatyzowanych. Od pewnego momentu śledzenie szczegółów kryzysu nie pomaga go przetrwać. Pomaga jedynie podkręcić własny lęk.
Prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie środka: bycie wystarczająco poinformowanym, żeby nie chodzić po omacku, i na tyle zdystansowanym, żeby nie spędzać życia w stanie ciągłego napięcia. Tyle że nikt nas tego nie uczy. Nie ma szkolenia z „higieny informacyjnej w czasach permanentnej katastrofy”. Uczymy się metodą prób i błędów, często kosztem własnego spokoju.
Alarmy i nagłe wiadomości mają jeszcze jeden efekt uboczny: uzależniają. Nie w sensie medycznym, ale bardzo realnie – przyzwyczajają nas do myśli, że „zawsze zaraz coś się stanie”. Kiedy przez długi czas żyjemy w trybie: pandemia, wybory, kryzys, wojna, katastrofa, łatwo wejść w tok myślenia: cisza jest podejrzana. Brak alertów budzi niepokój: „Czy to znaczy, że coś się dzieje, tylko jeszcze o tym nie wiemy?”.
Nasz mózg lubi bodźce. Alarm, powiadomienie, czerwony pasek – wszystko to daje dawkę adrenaliny. Przez chwilę czujemy, że uczestniczymy w czymś ważnym. Że „świat się dzieje”, a my jesteśmy przy tym. To niebezpieczne, bo z czasem zwykła, spokojna codzienność zaczyna wydawać się nudna. A nuda we własnym życiu jest świetnym paliwem do ciągłego powrotu do telefonu.
W efekcie kręcimy się w kółko. Im więcej alertów śledzimy, tym mniej mamy w sobie zgody na zwykły dzień bez fajerwerków. Im mniej zgody na zwykły dzień, tym częściej sięgamy po kolejne dawki informacji. Gdzieś po drodze umyka banalna prawda: większość sensownego życia składa się właśnie z tych nieszczególnie spektakularnych chwil, w których „nic się nie dzieje”. Przynajmniej w skali globalnej.
Oprócz bieżących alertów mamy jeszcze jeden stały element krajobrazu: prognozy katastrof. Modele klimatyczne, analizy geopolityczne, przewidywania ekonomistów. Część z nich ma solidne podstawy naukowe i warto je brać pod uwagę. Problem zaczyna się wtedy, gdy przyszłość jest przedstawiana niemal wyłącznie w czarnych barwach.
Młodzi ludzie słyszą, że „za kilkadziesiąt lat wiele regionów nie będzie się nadawało do życia”, że „systemy emerytalne się zawalą”, że „świat się zmieni nie do poznania”. Nic dziwnego, że część z nich zastanawia się, czy warto planować cokolwiek długoterminowo. Z perspektywy nastolatka czy dwudziestolatka „kilkadziesiąt lat” to dokładnie czas jego dorosłego życia.
Starsze pokolenia także reagują. Jedni przyspieszają decyzje – „trzeba zdążyć coś jeszcze zobaczyć, zanim wszystko się posypie”. Inni zamrażają swoje marzenia, bo „to nie jest dobry czas na ryzyko”. Jedni rzucają się w aktywizm, próbując ratować, co się da. Inni uciekają w prywatny świat: ogródek, seriale, małe rytuały, w nadziei, że to ich własne schronienie przed globalnym chaosem.
Nie mamy wpływu na to, że świat jest bardziej połączony niż kiedykolwiek, a wiadomości podróżują szybciej niż burza. Mamy jednak wpływ na to, jak bardzo wpuścimy ten świat do własnej głowy. Kilka prostych decyzji może zrobić różnicę – nie zmienią one globalnej sytuacji, ale mogą zmienić nasze codzienne napięcie:
To nie są spektakularne rozwiązania. Nie pasują do motywacyjnych haseł. Ale właśnie w takich drobnych korektach codzienności często kryje się jedyna dostępna nam forma obrony przed ciągłym stanem alarmu.
Jednym z najbardziej niedocenianych praw we współczesnym świecie jest prawo do spóźnionej informacji. Do tego, żeby dowiedzieć się o czymś kilka godzin później niż reszta, a nawet następnego dnia. Nie chodzi o ignorancję. Chodzi o rezygnację z iluzji, że bycie pierwszym, który wie, ma realną wartość w codziennym życiu.
W większości spraw nie potrzebujemy reakcji w ciągu minut. Potrzebujemy raczej informacji przefiltrowanej, ułożonej, odseparowanej od pierwszej emocjonalnej piany. Zamiast wchodzić w każdą katastrofę w jej najbardziej gorącej fazie, można nauczyć się spokojnego sprawdzania faktów, gdy kurz już trochę opadnie. To mniej ekscytujące, ale dużo zdrowsze dla nerwów.
To prawo do „nie od razu” dotyczy także rozmów. Nie musimy natychmiast dyskutować o każdym nagłym wydarzeniu, wyrażać natychmiast opinii, być komentatorem każdej awarii świata. Czasem najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest powiedzieć: „Potrzebuję chwili, żeby to przemyśleć” – i naprawdę dać sobie tę chwilę.
Alarmy, breaking newsy i prognozy katastrof dotyczą zwykle skali globalnej albo co najmniej ogólnokrajowej. Łatwo zapomnieć, że zdecydowana większość naszego realnego życia rozgrywa się na kilku kilometrach kwadratowych: dom, praca, szkoła dzieci, sklep, przychodnia, kilka znanych ulic, znajome twarze.
To nie znaczy, że mamy udawać, że reszta świata nie istnieje. Ale warto od czasu do czasu wyjść z roli widza wielkiego, dramatycznego spektaklu, który toczy się na ekranie, i zobaczyć, co faktycznie dzieje się tu, gdzie stoimy. Ktoś potrzebuje zwykłej rozmowy, a nie analizy globalnych trendów. Ktoś uczy się chodzić po rehabilitacji. Ktoś dopiero zaczyna nowe życie po przeprowadzce. To są wydarzenia mniejsze niż globalny kryzys, ale dla konkretnych osób – absolutnie najważniejsze.
Życie w trybie alertu sprawia, że nieustannie wyglądamy na horyzont, wypatrując kolejnej fali. Tymczasem bardzo wiele rzeczy, na które mamy realny wpływ, dzieje się na wyciągnięcie ręki. Być może jednym z lekarstw na zmęczenie alarmami jest właśnie świadome przeniesienie części uwagi z „świata w ogóle” na „świat, w którym faktycznie żyję”.
Nie ma powrotu do czasów, w których informacje docierały do nas z opóźnieniem i były filtrowane przez kilka redakcji po drodze. Jest za to szansa na nauczenie się nowego sposobu życia z nadmiarem alertów. Wymaga on jednej trudnej zgody: że świat zawsze będzie trochę w kryzysie. Zawsze coś się będzie paliło, psuło, burzyło.
To nie może być powód, żeby zupełnie odpuścić – albo przeciwnie, żyć w wiecznym napięciu. Gdzieś pośrodku jest miejsce na dość nieefektowną, ale zdrową postawę: robię tyle, ile mogę, tam gdzie jestem, a resztę świadomie odkładam na półkę „poza moim zasięgiem”. Świat może dalej wysyłać swoje alarmy. My nie musimy za każdym razem odpowiadać pełną mobilizacją.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Felieton oparty na obserwacjach własnych, rozmowach z osobami doświadczającymi przeciążenia informacyjnego oraz na ogólnodostępnych analizach dotyczących wpływu nadmiaru informacji i alarmowych komunikatów na samopoczucie psychiczne.