Jakie filmy będziecie oglądać w święta? Bez „Kevina” ani rusz

Antoni Kwapisz
05.12.2025

Święta mają swój zapach (mandarynki, barszcz, piernik), swoje dźwięki (kolędy, trzaskanie papieru od prezentów), ale mają też swój obowiązkowy zestaw filmów. I choć co roku obiecujemy sobie, że „tym razem obejrzymy coś nowego”, to koniec końców i tak lądujemy na kanapie z kubkiem herbaty, patrząc po raz kolejny na… wiadomo kogo.

Tak, nie oszukujmy się – dopóki istnieje polska telewizja, dopóty istnieć będzie tradycja oglądania „Kevina samego w domu”.

Kevin – świąteczny rytuał, a nie tylko film

„Kevin sam w domu” dawno przestał być po prostu komedią o sprytnym ośmiolatku. To coś w rodzaju współczesnej baśni świątecznej, którą znamy na pamięć, ale i tak chcemy „była sobie jeszcze raz”.

Znamy każdy dialog, przewidujemy każdą pułapkę, wiemy, kiedy Harry dostanie żelazkiem w głowę, a Marv nadepnie na gwoździe. A mimo to siadamy przed ekranem z tym samym zaangażowaniem, jakby od zakończenia seansu miały zależeć losy świata.

Dlaczego? Bo „Kevin” jest dziś bardziej rytuałem niż seans.
To moment, kiedy:
– dom się trochę wycisza,
– dzieci wpatrują się w ekran,
– dorośli udają, że oglądają „dla nich”, a tak naprawdę sami się śmieją,
– w tle czujemy, że „święta naprawdę się zaczęły”.

W pewnym sensie to film o tym, o czym w święta marzy wielu dorosłych: o chwili spokoju, o poczuciu bezpieczeństwa, o domu, który się trochę rozbija w chaosie, ale na koniec i tak się składa do kupy.

Święta na ekranie: klasyki, które wracają jak bożonarodzeniowe ozdoby

Oprócz „Kevina” każdy dom ma swój własny, prywatny zestaw świątecznych klasyków.
Dla jednych to „Listy do M.” czy inne komedie romantyczne o tym, że miłość lubi zaskakiwać w najmniej spodziewanym momencie. Dla innych – bardziej klasyczne kino, w którym jest mniej fajerwerków, a więcej klimatu.

Są domy, w których co roku musi pojawić się choć jeden film animowany. To opcja idealna, jeśli święta spędza się w wielopokoleniowym składzie – wszyscy mogą oglądać, każdy znajdzie coś dla siebie, a nikt nie musi tłumaczyć młodszym dzieciom, dlaczego bohater na ekranie właśnie użył słowa, którego nie chcielibyśmy słyszeć przy wigilijnym stole.

Są też tacy, którzy święta traktują jako okazję do „filmowego nadrabiania” – zaległych premier, nowości z platform czy kultowych tytułów, które wszyscy znają, tylko nie my. Wtedy wybór nie pada na „Kevina” w telewizji, ale na własną play-listę: jeden film świąteczny, jeden film „wreszcie mam czas obejrzeć coś dłuższego niż 20 minut na YouTube”.

Dlaczego w ogóle tak ciągnie nas do świątecznych filmów?

Świąteczne filmy rządzą się swoimi prawami. Nie szukamy w nich szczególnie zaskakujących zwrotów akcji. Wręcz przeciwnie – lubimy przewidywalność. Wiemy, że:
– na początku będzie lekki chaos,
– potem pojawi się problem, konflikt, rozczarowanie,
– a na koniec i tak wszystko skończy się lepiej, niż można by się spodziewać.

To trochę jak emocjonalny koc elektryczny. Zawijamy się w fabułę, która nas nie zaskoczy w niemiły sposób. W świecie, który lubi serwować nagłe zwroty akcji bez zapowiedzi, to bywa bardzo kojące.

Filmy świąteczne są też pretekstem do czegoś, czego coraz bardziej nam brakuje: wspólnego, niespiesznego czasu. Już nie tylko „obok siebie”, ale naprawdę „razem”. Niech ktoś spróbuje wyciągnąć wszystkich domowników do kina w środku listopada – powodzenia. Ale w święta? Nagle okazuje się, że można:
– posiedzieć bez odpalania co pięć minut telefonu,
– obejrzeć coś od początku do końca,
– skomentować, pośmiać się, powspominać poprzednie lata.

A może w tym roku coś więcej niż Kevin?

Nie chodzi o to, żeby wyrzucać „Kevina” z kanonu. On ma już swoje stałe miejsce przy choince. Ale może warto potraktować go jako otwarcie „świątecznego maratonu filmowego”, a nie jedyny obowiązkowy punkt programu.

Można zrobić z tego mini-tradycję:
– jednego wieczoru klasyk z dzieciństwa,
– kolejnego – nowszy film świąteczny,
– a trzeciego – coś całkiem „nieświątecznego”, ale na tyle dobrego, że po prostu warto znaleźć na to czas.

W ten sposób święta nie stają się wyłącznie powtarzaniem tego, co „zawsze”, tylko mieszanką dobrze znanego z tym, co jeszcze przed nami.

Jakie filmy będziecie oglądać w te święta?

Możliwe, że po raz kolejny skończy się na tym samym scenariuszu: choinka, mandarynki, światełka, a w tle Kevin, który znowu zostaje sam w domu. I nie ma w tym nic złego – czasem właśnie powtarzalność daje największe poczucie bezpieczeństwa.

Ale może przy okazji warto zadać sobie pytanie:
– jaki film chcielibyście wprowadzić do swojego rodzinnego świątecznego repertuaru?
– co chcielibyście, żeby po latach kojarzyło się Waszym dzieciom i bliskim z tym jednym wyjątkowym okresem w roku?

Bo być może kiedyś, za kilka lat, ktoś zapyta: „Jakie filmy oglądaliście w święta?”, a odpowiedź będzie brzmiała nie tylko: „Kevina, wiadomo”, ale też: „i jeszcze tamten jeden film, który oglądaliśmy razem, pierwszy raz, właśnie w te święta”. I to będzie początek nowej, całkiem własnej tradycji.

 

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie