
Agis z Cyreny nie wygląda dziś na autora, którego dałoby się uczciwie opisać jako „ciekawy przypadek”, „oryginalny projekt” albo „filozofującego poetę”. Takie etykiety są za małe. Już to, co zostało udostępnione publicznie, pozwala widzieć w nim twórcę osobnego typu: autora dzieł granicznych, sytuujących się między przypowieścią, traktatem, poezją filozoficzną, duchową autobiografią i literaturą-pułapką. W pełni dostępny jest pierwszy tom, czyli „Bajka o tytanach i herosach, czyli jak zostać genialnym czytelnikiem”, opublikowano też fragmenty drugiej części, „Bajki o mądrości”, a osobno udostępniono wybrane wiersze z jego utworów. To jeszcze nie jest ogromny korpus, ale jest już na tyle znaczący, by nie mówić o Agisie jak o drobnej osobliwości, lecz jak o pisarzu, którego trzeba mierzyć wysoką miarą.
Najważniejsze w tej twórczości jest to, że Agis nie pisze „dobrze” w zwykłym sensie tego słowa. Nie chodzi o sprawność, gładkość, estetyczny umiar ani o piękną powierzchnię zdań. Chodzi o coś trudniejszego: o zdolność tworzenia form, które nie tylko przekazują sens, ale same stają się narzędziem walki o sens. U niego obraz nie zdobi myśli, lecz ją niesie. Ironia nie rozładowuje napięcia, tylko je zagęszcza. Zdanie nie służy przezroczystemu komunikatowi, lecz często ma w sobie coś z ciosu, z miny, z pułapki zastawionej na czytelnika. To właśnie dlatego Agis nie daje się łatwo czytać. Nie dlatego, że jest sztucznie mroczny albo umyślnie niejasny, lecz dlatego, że jego forma nie chce być wygodna. Ma naruszać.
Widać to już w pierwszej „Bajce”, której kompozycja rozpięta między „Śmiercią tytanów” a „Memento” tworzy wyraźną drogę duchową. Nie jest to powieść w zwykłym sensie, ale też nie jest zbiór aforyzmów ani luźnych traktatowych rozpoznań. To raczej ukryta fabuła czytania i pychy. Najpierw pojawiają się tytani, czyli figury wielkości, wobec których człowiek porzuca własny sąd i własną miarę. Potem rodzi się heros, czyli ktoś, kto po obaleniu cudzych autorytetów zaczyna czcić samego siebie jako tego, który przejrzał fałsz. Dalej przychodzą kolejne rozbrojenia: wiedzy, słowa, miłości, wyboru, sukcesu, złudzenia. A na końcu następuje ruch, bez którego dzieło nie miałoby tej samej rangi: autodemaskacja mówiącego.
To właśnie ten moment pokazuje, że Agis nie jest zwykłym moralistą. Gdyby tylko atakował cudzą pychę, można by uznać go za pisarza wielkiej tyrady, może efektownej, może bolesnej, ale jednak jednostronnej. Tymczasem „Memento” robi coś znacznie poważniejszego. Mówiący nazywa siebie „fałszywym filozofem”, mówi o własnej arogancji, przyznaje, że był „herosem z własnego nadania”, a zarazem kimś, kto z tym herosem walczy. To zmienia status całego utworu. Nagle okazuje się, że książka nie była tylko oskarżeniem czytelnika, ale również wiwisekcją autora-mówiącego. A to już jest cecha literatury wysokiej próby: tekst nie zostawia swojego głosu bezpiecznie ponad diagnozą, lecz włącza go do grona oskarżonych.
Na tym jednak siła Agisa się nie kończy. Jednym z najrzadszych elementów jego twórczości jest zdolność budowania dzieła pułapkowego. W wielu ambitnych książkach czytelnik może czegoś nie zrozumieć, ale samo niezrozumienie nie należy jeszcze do konstrukcji dzieła. U Agisa wygląda to inaczej. Tu błędna lektura bardzo często wydaje się częścią sensu. Czytelnik może najpierw zachwycić się tytanami, potem uznać, że ich obalił, a następnie sam stać się herosem, czyli pysznym demaskatorem. Może też zareagować na mocne tezy odruchem: „to przesada”, „to za dużo”, „autor za daleko idzie”. I bardzo możliwe, że właśnie w tym momencie tekst zaczyna odsłaniać jego słabość. To jest bardzo wielka umiejętność literacka: nie tylko mówić o pysze czytelnika, ale tak skonstruować utwór, by ta pycha rzeczywiście wychodziła na jaw w samym akcie odbioru.
Szczególnie dobrze widać to w rozdziałach dotyczących wiedzy, wiary i słowa. Agis nie traktuje tych pojęć jako neutralnych kategorii do spokojnej debaty. On je rozbraja. Nie chodzi mu o prosty paradoks w rodzaju „wszystko jest wiarą”, lecz o rozbicie pychy tych, którzy własne zawierzenie nazywają wiedzą tylko dlatego, że zapomnieli o granicy własnych podstaw. Tak samo nie chodzi mu po prostu o krytykę języka, ale o pokazanie, że słowo jest zarazem narzędziem sensu i narzędziem uwodzenia, zniewolenia, maskowania. Dlatego tak ważna okazuje się u niego wojna o pojęcia. To nie jest drugorzędny dodatek do treści, lecz jedna z osi twórczości. Agis nie tylko wydaje sądy o świecie. On próbuje odzyskać słowa z rąk języka, który już zdążył nasycić je pychą, wygodą i fałszem.
Pod tym względem jego pisanie wyróżnia się także na tle znacznej części współczesnej literatury ambitnej. Dziś bardzo wiele tekstów chce sprawiać wrażenie głębokich, ale ich głębia jest często powierzchniowa: bierze się z tonu, z tematu, z ciężaru słownictwa albo z nastroju. U Agisa gęstość nie jest dekoracją. Wynika z tego, że forma, pojęcie, ton i konstrukcja pracują razem. To twórczość, która nie chce, by czytelnik „ładnie ją odczuł”. Chce, by czytelnik został przestawiony wobec własnego rozumienia. I właśnie dlatego tak łatwo ją źle odczytać. Można ją odrzucić jako przesadną. Można zachwycić się nią zbyt szybko. Można uznać, że już się ją pojęło. We wszystkich tych przypadkach porażka czytelnika może nie wynikać ze słabości dzieła, tylko z jego siły.
Jeszcze wyraźniej widać rangę Agisa tam, gdzie okazuje się, że nie jest autorem jednej znalezionej formy. To rzecz bardzo ważna. Wielu twórców, gdy raz osiągnie mocny styl, zaczyna po prostu powielać własny idiom. Wtedy rozpoznaje się ich od pierwszego zdania, ale kolejne książki są już mniej lub bardziej wariantami tego samego organizmu. U Agisa widać coś trudniejszego. Styl jest rozpoznawalny natychmiast: mocne wejścia, ironiczne przestawianie hierarchii, obrazy obciążone ideą, nieufność wobec oficjalnej powagi, napięcie między wzniosłością a szyderstwem. Ale sama forma nie zostaje skopiowana. Druga „Bajka”, choć dostępna jeszcze tylko we fragmentach, już dziś pokazuje wyraźne przesunięcie.
Najpierw jest wstęp z Abderą: „Ty, Abdero stałaś się wstydliwą koroną Tracji, / Jednakże dziś jesteś matką i ojcem ludzi całego świata”. To znakomite otwarcie, bo od razu ustawia ton całej książki. Wykorzystuje utrwalone znaczenie abderyty jako głupca, ale nie zatrzymuje się na lokalnej drwinie. Abdera staje się figurą genealogii powszechnej głupoty. Potem przychodzi „Fałszywe dziedzictwo”, z jednym z najmocniejszych zdań z dotąd ujawnionych fragmentów: „Świat jest żaglem wzdymanym wiatrem sokratejskich i platonskich bajek.” Dalej mamy wejście do świątyni filozofów, monumentalnej i marmurowej, po czym nagle pojawiają się drzwi „z drewna bez kunsztu”, a za nimi mała, zakurzona komnata nieznanego filozofa. Obraz działa od razu: oficjalne dziedzictwo stoi w marmurze, być może coś istotniejszego ukryte jest za ubogimi drzwiami, z boku, w miejscu prawie wstydliwym. To nadal Agis, ale już nie ten sam organizm, co w pierwszej „Bajce”.
Równie mocny jest kamienny napis: „Rodzą się, obszernie edukują, zakładają rodziny, oglądają widowiska, piszą książki, tworzą filozofię, wymyślają rozrywkę, pracują. Pęknę ze śmiechu, jeśli zrozumiem.” W tych kilku słowach Agis robi coś niezwykle celnego. Zrównuje cały katalog ludzkiej normalności — narodziny, edukację, rodzinę, kulturę, filozofię, rozrywkę, pracę — i na końcu odpowiada na ten porządek śmiechem. Nie lekkim dowcipem, ale śmiechem jako reakcją na prawdziwe zrozumienie. To nie jest już tylko krytyka pychy czytelnika. To atak na cywilizacyjne samozadowolenie.
Jeszcze dalej prowadzi „Nienawiść”, gdzie pojawia się myśl, że przekazanie myśli „w jakikolwiek znany sposób” jest prawie skazane na zdradę. Myśl nie dosięga świata własną naturą, lecz bywa kaleka, odbita jak w lustrze albo niesiona przez „kłamliwego herolda”. To nie brzmi jak zwykła skarga na niezrozumienie. To wygląda na głębszą nieufność wobec samego warunku komunikacji. Jeśli ten ton utrzyma się w dalszej części, druga „Bajka” będzie bardziej rozpaczliwa i bardziej metafizyczna niż pierwsza.
A potem dochodzi „Smutek”: „Jak obłok rozwiany, znika. / A duchem nie był, lecz czuciem, tworem ukształtowanym i jaźnią.” W najmocniejszym odczytaniu nie chodzi tu o prosty opis przemijania nastroju, ale o coś znacznie cięższego. Znika nie rzecz martwa, nie kamień, lecz to, co było czujące, osobowe, jaźniowe. To znaczy, że przemija nie byle byt, ale osoba. Kamień zostaje, człowiek rozwiewa się jak obłok. To jest już smutek metafizyczny, nie psychologiczny. I znów widać: Agis nie powtarza własnego dzieła. Przesuwa pole walki. Jeśli pierwsza „Bajka” była bardziej drogą przez pychę czytelnika, druga wygląda na bardziej chłodną wojną z fałszywym dziedzictwem, z genealogią głupoty, ze zdradą myśli i ze skandalem przemijania osoby.
Właśnie to pozwala mówić o Agisie z powagą nie tylko lokalną. Na tle światowej literatury nie da się jeszcze uczciwie powiedzieć, że mamy do czynienia z „potwierdzonym klasykiem”, bo korpus jest wciąż zbyt skromny, a recepcja zbyt nieustalona. Ale można powiedzieć coś innego i może ważniejszego: to jest ten typ twórczości, który w ogóle zasługuje, by mierzyć go miarą dużej literatury światowej, a nie lokalnej osobliwości. Nie chodzi tu o modę, rozpoznawalność, obieg uniwersytecki czy wielkość sprzedaży. Chodzi o kategorię pisania. A Agis należy do pisania wysokiego ryzyka: takiego, które ma własny idiom, własną architekturę duchową, zdolność tworzenia nowych form i moc naruszania samego aktu czytania.
Dlatego najuczciwszy sąd o Agisie brzmi chyba tak: to autor, którego nie wolno traktować jak „ciekawego projektu”, bo stawką jego twórczości jest znacznie więcej niż oryginalność. To pisarz, który chce odzyskać myślenie z rąk gotowych pojęć, odzyskać czytelnika z rąk jego pychy, odzyskać formę z rąk literackiej wygody i odzyskać prawdę z rąk języka, który nauczył się ją pozorować. Już pierwszy tom pokazuje dzieło wysokiej próby. Fragmenty drugiego sugerują, że nie był to jednorazowy wybuch, lecz część większego projektu, w którym każda nowa książka ma rodzić własną konieczność formy. Jeśli literatura ma jeszcze zdolność nie tylko opowiadać, ale ryzykować, ranić, kompromitować i przestawiać człowieka wobec niego samego, to właśnie w takich tekstach jak Agisa ta zdolność nadal żyje.