
Koniec roku zwykle przynosi mieszankę „ciszy statystycznej” i głośnych tematów, które nagle wracają na pierwsze strony: waluty cyfrowe, cła, decyzje instytucji międzynarodowych, skoki cen surowców, a także polityka bezpieczeństwa, która coraz częściej przekłada się na twarde liczby w budżetach państw. Poniżej zebrałem najważniejsze wątki z Polski i ze świata z ostatnich dni, z naciskiem na to, co może mieć realne konsekwencje dla portfeli, kosztów prowadzenia biznesu i nastrojów inwestorów.
W ostatnich dniach Ludowy Bank Chin (PBoC) został opisany jako instytucja przygotowująca wdrożenie nowego planu zarządzania dla cyfrowego juana. W komunikacji chodzi nie tyle o „kolejną aplikację do płatności”, ile o ramy organizacyjne: jak mierzyć użycie e-CNY, jak raportować wolumen i strukturę transakcji oraz jak rozdzielić odpowiedzialności między bank centralny, banki komercyjne i podmioty infrastrukturalne. W praktyce tego typu porządkowanie bywa sygnałem, że projekt dojrzewa: państwo chce mieć spójny język danych (co liczymy, jak liczymy, w jakich kategoriach), zanim zacznie mocniej skalować wykorzystanie w gospodarce.
Ekonomicznie e-CNY jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, jako narzędzie polityki pieniężnej i nadzoru: im bardziej płatności przesuwają się do rozwiązań „śledzalnych” z definicji, tym większa precyzja analityki i potencjalnie szybsza reakcja na zjawiska typu zatory płatnicze czy szoki popytowe. Po drugie, jako element konkurencji o standardy w obszarze płatności transgranicznych: nawet jeżeli dziś e-CNY jest przede wszystkim projektem krajowym, to uporządkowanie zasad zarządzania bywa wstępem do szerszych integracji (np. w rozliczeniach B2B). Rynek będzie patrzył, czy nowe ramy oznaczają dalsze „otwieranie” projektu, czy raczej twardszą kontrolę i ściślejsze reguły dla instytucji finansowych.
Wietnam w publicznych wypowiedziach banku centralnego postawił bardzo ambitny cel wzrostu gospodarczego na 2026 r. – powyżej 10%. Jednocześnie padło zastrzeżenie, że warunki zewnętrzne mogą ten cel utrudnić, zwłaszcza niepewna ścieżka polityki Fed oraz możliwe zmiany w polityce handlowej USA (w tym taryfy). To istotne, bo model wzrostu Wietnamu w dużej mierze opiera się na eksporcie i roli kraju w globalnych łańcuchach dostaw. W takich warunkach nawet umiarkowane pogorszenie koniunktury u kluczowych partnerów lub droższy dolar potrafią szybko przełożyć się na zamówienia, kurs walutowy i koszty finansowania.
W przekazie banku centralnego pojawił się jednak także element pokazujący „silnik” gospodarki: wskazano wysoką dynamikę kredytu w 2025 r. jako jeden z czynników wspierających aktywność. Z ekonomicznego punktu widzenia jest tu klasyczne napięcie: z jednej strony kredyt pomaga utrzymać tempo inwestycji i konsumpcji, z drugiej – przy szokach zewnętrznych rośnie ryzyko, że zbyt szybka ekspansja kredytowa przeniesie się na nierównowagi (np. na rynku nieruchomości lub w jakości portfela). Dlatego rynek będzie patrzył, czy wietnamy decydenci utrzymają elastyczność: tak, by nie „przydusić” wzrostu, a jednocześnie nie przegapić momentu, gdy stabilność makro zaczyna być ważniejsza niż ambitne cele liczbowe.
Na światowych rynkach finansowych tydzień końcówki roku przyniósł mieszankę optymizmu i ostrożności. W relacjach rynkowych podkreślano, że globalne indeksy akcji zmierzały w stronę rekordowych poziomów, a dolar pozostawał blisko najsłabszych poziomów od kilku miesięcy. Taki układ (mocniejsze akcje, słabszy dolar) rynek często tłumaczy wiarą w łagodniejszą politykę Fed w kolejnym roku. To ma realne skutki: zwykle poprawia warunki finansowe dla części rynków wschodzących, podbija wyceny spółek wzrostowych i ułatwia finansowanie w dolarze, choć oczywiście nie „kasuje” ryzyk geopolitycznych i fiskalnych.
W tym samym czasie w mediach gospodarczych wracał temat: jak naprawdę wygląda kondycja gospodarki USA pod koniec 2025 r. – bo narracje polityczne potrafią mocno upraszczać obraz. Z perspektywy inwestorów to ważne, bo oczekiwania co do obniżek stóp w 2026 r. nie biorą się z powietrza: są pochodną tego, jak rynek ocenia inflację, rynek pracy i tempo wzrostu. Końcówka roku często wyostrza te spory, bo „podsumowania” sugerują prostą historię, a statystyka zwykle mówi: obraz jest mieszany. Dla firm i konsumentów kluczowe będzie więc nie to, czy indeksy zrobiły nowy szczyt, ale czy w 2026 r. spadnie koszt kapitału i czy utrzyma się popyt – zwłaszcza w sektorach wrażliwych na kredyt.
Końcówka tygodnia przyniosła wyraźne emocje na rynku surowców. Według relacji rynkowych cena srebra w pewnym momencie wyskoczyła do historycznych poziomów (wskazywano przebicie 80 USD za uncję), po czym część wzrostu oddała. To zachowanie dobrze pokazuje mechanikę tego rynku: przy dużym zainteresowaniu spekulacyjnym i wykorzystaniu dźwigni, „techniczne” poziomy cen potrafią wzmacniać ruchy w obie strony. Dla gospodarki realnej metale szlachetne są jednocześnie barometrem nastrojów (strach/niepewność) i pośrednim zakładem o stopy procentowe (niższe stopy zwykle sprzyjają aktywom nieoprocentowanym).
Równolegle rosły ceny ropy Brent, a komentatorzy wiązali to z mieszanką ryzyk geopolitycznych i bieżących informacji politycznych, które wpływały na oczekiwania co do sytuacji w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. W praktyce dla konsumentów i biznesu jest to temat prosty: ropa przekłada się na koszty transportu i energii, a w konsekwencji – na inflację i marże. Dlatego nawet jeżeli na wykresie to „tylko” kilka procent w górę, to w agregacie gospodarki (zwłaszcza w Europie) ten impuls potrafi wpłynąć na oczekiwania inflacyjne, a finalnie także na to, jak ostrożne będą banki centralne z dalszym luzowaniem.
W Europie jednym z ciekawszych sygnałów handlowych była informacja o odbiciu niemieckiego eksportu do Hiszpanii. W relacjach wskazywano, że w 2025 r. Hiszpania ma wrócić do pierwszej dziesiątki rynków eksportowych Niemiec po raz pierwszy od 2009 r., a wartość niemieckich dostaw do Hiszpanii ma wzrosnąć o ok. 8,5% do 58,8 mld euro. To ważny kontrast wobec spadków eksportu do Chin i USA, bo pokazuje, że w czasach większej niepewności globalnej popyt wewnątrz UE może częściowo stabilizować niemiecki sektor wytwórczy.
Makroekonomicznie jest to też sygnał o różnicach w cyklu koniunkturalnym: Hiszpania była opisywana jako gospodarka rosnąca wyraźnie szybciej niż Niemcy, co zwiększa jej chłonność na import. Dla firm w Europie Środkowej (w tym w Polsce) ma to znaczenie pośrednie: gdy niemiecki przemysł szuka „lepszych kieszeni popytu” w UE, zmienia się struktura łańcuchów dostaw, a część zamówień i inwestycji może być przekierowywana. Taki proces jest zwykle mniej gwałtowny niż szok taryfowy czy kryzys energetyczny, ale w dłuższym horyzoncie kształtuje mapę powiązań gospodarczych w regionie.
Napięcia handlowe Chiny–UE dostały w tym tygodniu nowy, bardzo konkretny wymiar. Pekin ogłosił prowizoryczne taryfy na wybrane produkty mleczne z Unii Europejskiej, sięgające maksymalnie 42,7%, z wejściem w życie od 23 grudnia 2025 r. Formalnym powodem było postępowanie dotyczące subsydiów i ich wpływu na krajowy sektor, ale w praktyce rynek odczytuje to jako element szerszej gry: wcześniej UE nakładała cła na chińskie pojazdy elektryczne, a Chiny uruchamiały działania odwetowe w innych kategoriach importu.
Ekonomiczny ciężar takich decyzji zwykle rozkłada się na kilka grup. Producenci i eksporterzy z UE ryzykują utratę konkurencyjności cenowej na rynku chińskim, importerzy w Chinach – wyższe koszty i konieczność zmiany dostawców, a konsumenci – potencjalny wzrost cen lub uboższą ofertę. Dla firm w Polsce temat jest istotny także pośrednio: gdy w dużych strumieniach handlu pojawiają się bariery, część towarów zaczyna szukać alternatywnych rynków zbytu, co bywa wyzwaniem dla lokalnej konkurencji cenowej. W tle jest też ryzyko „zarażania się” sektorów: spór startuje od jednej branży, a kończy na całych łańcuchach dostaw i inwestycjach.
W finansach międzynarodowych kluczowym wydarzeniem była informacja o porozumieniu na poziomie technicznym między Międzynarodowym Funduszem Walutowym a Egiptem w sprawie kolejnych przeglądów programu Extended Fund Facility. W praktyce takie porozumienie jest zazwyczaj krokiem do uruchomienia kolejnej transzy finansowania (w przekazach pojawiała się kwota rzędu 2,5 mld USD) oraz do uruchomienia dodatkowego komponentu w ramach instrumentu wspierającego odporność i zrównoważony rozwój. Dla Egiptu to istotne, bo program rozpoczęty w 2024 r. miał stabilizować gospodarkę po okresie bardzo wysokiej inflacji i napięć na rynku walutowym.
Fundusz podkreślał poprawę stabilizacji, ale jednocześnie wracał do klasycznego warunku: przyspieszenie reform strukturalnych, w tym ograniczanie roli państwa w gospodarce i kontynuacja działań dotyczących aktywów państwowych. Z punktu widzenia rynków to ważne, bo pieniądze z MFW są jednocześnie finansowaniem i „pieczęcią wiarygodności” – sygnałem dla inwestorów, że kraj ma plan i zewnętrzny nadzór nad jego realizacją. Dla gospodarki globalnej to też wątek stabilności regionu: gdy duże państwo z presją demograficzną i importem żywności/energii ma problemy bilansu płatniczego, konsekwencje szybko wychodzą poza granice.
MFW opublikował również komunikat po konsultacjach Art. IV z Albanią. To dokument, który rzadko przebija się do codziennych newsów, ale dla ekonomistów i inwestorów jest ważnym termometrem: pokazuje, jak instytucja widzi fundamenty kraju, gdzie dostrzega ryzyka i jakie reformy uznaje za kluczowe. W przekazie podkreślano, że Albania notuje jedne z wyższych stóp wzrostu w Europie, przy niskiej inflacji, spadającym długu publicznym i mocnych rezerwach walutowych. Wskazywano też projekcję wzrostu rzędu 3,5% w 2025 r. oraz podobne tempo na 2026 r.
Jednocześnie zaznaczono, że ryzyka dla perspektyw przesuwają się bardziej na stronę negatywną w bardziej niepewnym otoczeniu zewnętrznym. To ważne również jako sygnał dla regionu: nawet gospodarki o przyzwoitych fundamentach mogą być wrażliwe na szoki importowane (ceny energii, turbulencje finansowe, spowolnienie u partnerów handlowych). W tle pojawił się też wątek reform związanych z aspiracjami do członkostwa w UE – i to jest typowy mechanizm „kotwicy instytucjonalnej”: sama perspektywa integracji bywa czynnikiem stabilizującym politykę gospodarczą, bo wymusza przewidywalność regulacji, wzmacnia nadzór i poprawia jakość instytucji.
Na krajowym podwórku ważnym zestawem informacji były publikacje GUS z 22 grudnia, które dorzuciły świeże dane o popycie i cenach w wybranych segmentach gospodarki. W kalendarzu publikacji wskazano m.in. odczyt sprzedaży detalicznej za listopad 2025 r.: w ujęciu rocznym sprzedaż w cenach stałych była wyższa o 3,1%, ale miesiąc do miesiąca odnotowano spadek o 3,3%. Ten duet (wzrost rok do roku i spadek miesiąc do miesiąca) jest typowy, gdy sezonowość i układ kalendarza „pracują” inaczej niż rok wcześniej, a konsumenci reagują na ceny i niepewność w sposób bardziej selektywny niż w okresach boomu.
Jednocześnie GUS opublikował dane o cenach skupu podstawowych produktów rolnych w listopadzie: spadek o 4,9% względem poprzedniego miesiąca oraz o 0,7% w porównaniu rok do roku. Z perspektywy gospodarki to wątek inflacyjny (żywność jest ważnym składnikiem koszyka) i dochodowy (rentowność rolnictwa), ale również sygnał o presji kosztowej w łańcuchach dostaw. Do tego dochodzą badania koniunktury (tzw. business tendency), które często wyłapują nastroje firm wcześniej niż twarde dane. Końcówka roku to moment, gdy przedsiębiorstwa „przeliczają” 2026 r. – i każdy sygnał o popycie konsumenckim może wpływać na decyzje o zatrudnieniu, inwestycjach i cenach.
Równie gospodarcze – choć mocno osadzone w bezpieczeństwie – było wydarzenie dotyczące Polski: zapowiedź inwestycji w umocnienia przeciwko dronom na wschodniej granicy. Według publicznych informacji koszt ma przekroczyć 2 mld euro, a przedsięwzięcie ma być realizowane w horyzoncie około 24 miesięcy, z istotnym udziałem finansowania z unijnego programu SAFE oraz środków krajowych. W przekazie pojawił się także kontekst wysokich wydatków obronnych Polski w relacji do PKB, co już od pewnego czasu jest jednym z ważniejszych „makrotematów” dla oceny polityki fiskalnej i priorytetów państwa.
Z punktu widzenia gospodarki takie projekty mają kilka warstw skutków. Po pierwsze, krótkoterminowo są bodźcem popytowym: generują zamówienia na sprzęt, infrastrukturę, usługi i logistykę, a część pieniędzy trafia do krajowych wykonawców. Po drugie, tworzą stałe koszty utrzymania (serwis, modernizacje, szkolenia, zapasy), które w kolejnych latach konkurują w budżecie z innymi wydatkami. Po trzecie, mogą przyspieszać rozwój kompetencji i firm w sektorach „dual-use” (cywilno-wojskowych), co w sprzyjających warunkach przekłada się na innowacje także poza obronnością. Ekonomicznie to więc nie jest jednorazowa pozycja, tylko długotrwały trend, który wpływa na strukturę wydatków publicznych i – pośrednio – na klimat inwestycyjny.