Zyski nie powodują wzrostu cen

Antoni Kwapisz
23.08.2015

William L. Anderson Tłumaczenie: Piotr Mastalarz

Wraz ze wzrostem cen benzyny do ponad 2$ za galon zwykłej bezołowiowej, było tylko kwestią czasu, nim politycy zaczną „kojarzyć”, dlaczego ceny są obecnie takie wysokie, lub, przynajmniej, jaka ich zdaniem jest tego przyczyna. W niedawnym oświadczeniu, w ramach kampanii prezydenckiej, John Kerry stwierdził, że konsumenci są wodzeni za nos, ponieważ „koncerny naftowe zgarniają rekordowe zyski.” Innymi słowy, ceny są wysokie, ponieważ koncerny naftowe są dochodowe.

Takich opinii nie można uznać za nowe. W latach 70-tych XX wieku koncerny naftowe były potępiane niemal codziennie; w roku 1977 prezydent Jimmy Carter ogłosił, że „łupią” one konsumentów, a najlepszy sposób ograniczenia wzrostu cen to ograniczenie zysku tych firm. Nawet, gdy Carter trafnie począł wycofywać się z urzędowej kontroli cen i miejsc przeznaczenia ropy, które dławiły system przez niemal dekadę, to jednocześnie nałożył na koncerny naftowe drakoński „podatek od zysków nadzwyczajnych” jako środek powstrzymujący wzrost cen ropy.

(W rzeczy samej, aby „walczyć” z inflacją, która była zmorą prezydentury Cartera, jego „car inflacji” – Alfred Kahn z Uniwersytetu Cornell – ogłosił „dobrowolny” plan płacy/ceny/zysku. Firmy, które chciały robić interesy z rządem, musiały najpierw, poprzez podniesienie cen i płac o sześć procent lub mniej w skali roku oraz przez wypracowanie nie więcej niż sześciu procent zysków, przedstawić swoje „anty-inflacyjne” referencje. Innymi słowy, według Kahna, „wysokie” zyski firm znacznie przyczyniały się do inflacji.)

Aby być sprawiedliwym, Kerry winą za wzrost ceny benzyny nie obarcza wyłącznie rosnących zysków koncernów naftowych, jednak to, że jego rzecznik włączył zyski z ropy do przyczyn, jest powodem do troski. Wyższe zyski, jakimi cieszą się obecnie koncerny naftowe, nie spowodowały wysokich cen, które są raczej chwilową oznaką tego, co działo się na rynkach ropy, będąc rezultatem czynników w przeważającej mierze poza kontrolą zarządów.

W czasie kilku ostatnich lat napisałem dla www.mises.org wiele artykułów dotyczących cen ropy i benzyny, w tym niedawny, dotyczący ostatnich wzrostów ceny. Jednakże celem tego artykułu nie jest wyjaśnienie tego, dlaczego ceny benzyny rosną, ale raczej wskazanie, dlaczego owe wzrosty nie są spowodowane wyższymi zyskami koncernów naftowych. Co więcej, wyjaśniam, dlaczego zyski absolutnie nie mogą przyczynić się do wzrostu cen.

Pierwszą rzeczą, o jakiej należy pamiętać, jest to, że zyski są dochodem pozostającym. To znaczy, że są one obliczane po fakcie. Inaczej można powiedzieć, że, ponieważ zyski ostatecznie określa się poprzez odjęcie kosztów całkowitych od całkowitych przychodów w określonej jednostce czasu, to dowiedzieć się o wysokości zysków można dopiero po zidentyfikowaniu kosztów i przychodów.

Prosty przykład: załóżmy, że moje dzieci otworzyły budkę z lemoniadą. Po zapłaceniu 5$ za składniki, sprzedają wystarczająco dużo lemoniady, by pod koniec dnia mieć już 15. Zauważmy, że nie oznacza to, że wypracowały zysk 10$, ponieważ zakładamy, że wartość czasu, jaki dzieci zużyły, nie wynosi zero.(Mogły one zająć się innymi czynnościami, których teraz nie mogą już podjąć, ponieważ wybrały siedzenie cały dzień przy swojej budce z lemoniadą.)

Na teraz, przyjmiemy, że koszt alternatywny ich czasu wynosi $, co pozostawia im resztę 5. Jeżeli pod koniec dnia dzieci decydują, że chciałyby mieć większe zyski, mogą wybrać spośród dwóch możliwości. Mogą (1) badać rynek, aby sprawdzić, czy przyszli klienci będą chcieli płacić wyższą cenę za szklankę, a jednocześnie kupić wystarczająco dużo lemoniady, aby przychody się zwiększyły (test „elastyczności”), lub (2) znaleźć sposób takiego obniżenia kosztów, by powstała większa różnica pomiędzy tym, co płacą za składniki, a uzyskanym przychodem.

Potencjalny sukces ich małego biznesu zależałby także od innych czynników, takich jak pogoda i lokacja. Pierwszy z nich jest czymś, czego nie kontrolują, podczas gdy ich możliwości względem drugiego są również nieco ograniczone.

Przyjmijmy, że zwiększają cenę, a pod koniec dnia ich przychody wynoszą 20$. Zakładając stałość innych kosztów, ich zysk na koniec dnia wynosi 15$. Czy to oznacza (1), że wyższe zyski wywołały wyższe ceny i (2) czy dzieci „obłupiły” konsumentów lemoniady?

Odpowiedź na (1) brzmi oczywiście „nie”. Wyższe przychody uzyskane z faktu, że były one w stanie podnieść ceny nie tracąc konsumentów, pozwoliły im wypracować wyższe zyski za dzień. Względem (2) odpowiedź również brzmi „nie”. W końcu pejoratywny termin „łupieżcze ceny” oznacza po prostu wzrost ceny w obliczu zwiększonego popytu na dobro, zmniejszonej podaży tego dobra, lub kombinacji zmian popytu i relatywnej podaży.

Rozwijając nasz przykład, załóżmy, że, gdy dzieci kupują składniki, na dworze jest chłodno. Jednakże, dzień później, gdy otwierają kiosk z lemoniadą, mamy najwyższą temperaturę w tym roku, a ludzie, którzy zazwyczaj nie kupiliby lemoniady ustawiają się w kolejce by ją zdobyć. Przyjmując, że podaż jest wystarczająca (z pewnością odważne założenie, ale działa w tym przykładzie), dzieci uzyskają większe przychody niż zazwyczaj, nawet gdyby zdecydowały się utrzymać ceny na poziomie, gdzie średnie przychody wynosiły 15$ dziennie. Ponownie zyski zwiększyły się, ponieważ wzrósł popyt na ich produkt.

Jeżeli wysoka temperatura utrzymała się przez kilka dni, a ceny składników pozostały niezmienione, to dzieci mogłyby wciąż otrzymywać wyższe zyski. Jednakże, przyjmijmy teraz, że dostawca cytryn i cukru, zdając sobie sprawę, że słoneczna pogoda spowodowała zwiększony popyt na składniki lemoniady, podnosi ceny tych składników.

Typowa odpowiedź, jaką można uzyskać od „człowieka z ulicy” (lub polityka) brzmiałaby: Jeżeli ceny składników lemoniady rosną, to dzieci zwiększą cenę lemoniady i przeniosą podwyżkę na konsumentów. Jednakże taka analiza jest błędna, pomimo tego, że działania rządu często podejmowane są z założeniem, że jest to truizm.

Dzieci mogłyby podnieść ceny tylko wtedy, gdyby pozwolili na to ich klienci. Z pewnością wraz ze wzrostem cen zmniejszyłaby się ilość konsumentów (chyba, że od początku dzieci żądały ceny niższej, niż konsumenci byliby skłonni zapłacić). Przecież młodzi przedsiębiorcy mogą robić lemoniadę i oferować jej sprzedaż, lecz nie mogą zmusić ludzi do jej nabycia.

Wszystko w porządku, może powiedzieć czytelnik, ale ropa i lemoniada to dwa różne dobra, więc stosuje się do nich inne zasady. Odpowiedź po prostu brzmi „nie”. Jeżeli ropa i lemoniada są dobrami rzadkimi, a są nimi prima facie, to są poddane tym samym prawom ekonomii. W końcu, to uniwersalność praw ekonomii pozwala ekonomistom ocenić daną sytuację i dostarczyć spójnych odpowiedzi.

Obecne rynki ropy nie dyskredytują praw ekonomii. Działają tutaj dwie rzeczy, po pierwsze popyt na produkty wytwarzane z ropy i, po wtóre, kwestie relatywnej podaży zarówno na półprodukty, jak i na ostateczne produkty, takie jak benzyna. Jak pisałem w poprzednich artykułach, amerykańscy politycy pracowali ciężko, poświęcając swoje nadgodziny, aby podłożyć kłody tym, którzy chcą produkować i sprzedawać dobra ropopochodne – a teraz są zszokowani, ZSZOKOWANI, gdy ceny tych dóbr rosną.

Obecną sytuację nietrudno wyjaśnić. Po stronie popytu mamy dochodzącą do siebie (przynajmniej obecnie) gospodarkę USA, oraz silny, zwiększony popyt na produkty przemysłu petrochemicznego w Azji, szczególnie w Chinach. Letnie podróże zawsze zwiększają popyt na benzynę, więc nawet przy stałych dostawach ceny rosną w letnich miesiącach, w szczególności w okresie święta 4 lipca.

By lepiej wyjaśnić sytuację, z którą mamy dziś do czynienia, potrzebna jest jednakże austriacka teoria ekonomii. Po pierwsze, jak Carl Menger, a po nim inni, jak Ludwig von Mises i Murray Rothbard, wskazywali w swoich pracach, rynki produktów gotowych, jak benzyna, napędzają także rynki dóbr „wyższego rzędu”, takich jak ropa naftowa, która wywodzi swoją wartość z wartości produkowanych z niej dóbr niższego rzędu. Inaczej rzecz biorąc, ceny benzyny nie rosną dlatego, że ropa drożeje. Taka analiza, która charakteryzowała tak zwanych klasycznych ekonomistów, jest po prostu błędna i prowadzi w ślepy zaułek.

„Wartość” benzyny nie jest pochodną ropy. Należy raczej powiedzieć, że ropa jest wartościowa, ponieważ może zostać przerobiona na produkty takie, jak benzyna, nylon i olej grzewczy. W końcu, ludzie wiedzieli o ropie od tysięcy lat, nim ktoś faktycznie był w stanie wykonać z niej użyteczne produkty. Dawniej ropa była uważana za utrapienie, to zmieniło się, gdy ludzie znaleźli sposoby na wytworzenie z niej produktów, które inni chcieli kupować.

Po drugie, oskarżenia ze strony obozu Kerry’ego i innych krytyków przemysłu naftowego stawiają ekonomiczną analizę na głowie. Ceny nie podnoszą się dlatego, że koncerny naftowe nagle stały się bardziej zyskowne. Gdyby to była prawda, to jak wyjaśnić, że przez ostatnie dwie dekady, zyski koncernów naftowych były niższe niż przeciętne zyski w innych sektorach?

Jak pisze Rothbard w „Man, Economy, and State”, ekonomiczne zyski istnieją z powodu okresowo niedocenionych czynników produkcji. W przypadku koncernów naftowych, ekonomiczne zyski występują, ponieważ kupują one ropę naftową po cenie, która jest wsparta przez ceny benzyny na poziomie, powiedzmy, półtora dolara za galon. Jednakże wzrosty popytu benzyny pozwalają producentom żądać wyższych cen za ten produkt, niż oryginalnie oczekiwana, dając im tymczasowy zysk. Oczywiście, gdy tylko ceny ropy wzrosną w odpowiedzi na rosnący popyt, to małe okienko zysku zniknie, o ile popyt konsumentów znów nie podniesie cen benzyny.

Ujmując to inaczej, obecny wzrost zyskowności w przemyśle naftowym jest przejściowy. W tym samym czasie amerykański rząd, poprzez politykę podatkową i ochrony środowiska, robi wszystko co może, by w sztuczny sposób uczynić benzynę dobrem rzadkim. Jak pisałem w poprzednim artykule, minęło 30 lat, odkąd w tym kraju wybudowano rafinerię ropy. Co więcej, przepisy dotyczące ochrony środowiska zachęcają do importu benzyny do USA, zarazem zniechęcając zagranicznych producentów do wytwarzania produktów, które musiałyby spełniać szaloną ilość wymogów dotyczących jakości powietrza. To nic innego, jak recepta na ograniczone dostawy benzyny, której zauważalnie wyższe ceny stają się normą.

Większość ludzi instynktownie rozumie, że ograniczone dostawy produktu, na który jest duży popyt, oznacza wyższe ceny. Tym, czego tak łatwo nie rozumieją, to przyczyny tego zjawiska, szczególnie, gdy w grę wchodzą zyski. Obóz Kerry’ego, podobnie jak większość polityków, zwykle nie pojmuje sprawy prawidłowo. To właśnie Austriacy, i nic w tym dziwnego, najlepiej rozumieją konkretne mechanizmy rynku ropy. Niestety, ustawodawcy w większości nie życzą sobie ich słuchać, co oznacza ostatecznie, że konsumenci będą płacić cenę za odrzucenie przez rząd prostej, ekonomicznej logiki.


William Anderson, adiunkt Instytutu Misesa, naucza ekonomii na Uniwersytecie Stanowym we Frostburgu.

www.mises.org
źródło za zgodą:  http://mises.pl

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie