
W pewnym momencie randkowanie przestało przypominać spotykanie ludzi, a zaczęło przypominać przeglądanie oferty. Kiedyś „ktoś wpadł w oko” miał wagę zdarzenia: miejsce, okoliczność, nastrój, przypadek. Dziś „ktoś wpadł w oko” bywa efektem ruchu kciuka. To nie jest moralna ocena, tylko opis technologii, która weszła w jeden z najbardziej wrażliwych obszarów życia i zaczęła go porządkować po swojemu: w profile, filtry, dopasowania, statystyki i wzorce zachowań.
Algorytm nie jest demonem. Algorytm robi to, do czego został stworzony: ma zwiększać zaangażowanie i poczucie, że „coś się dzieje”. Problem zaczyna się wtedy, gdy logika aplikacji zaczyna rządzić logiką relacji. Wtedy randkowanie staje się rynkiem, a człowiek produktem. I nawet jeśli nikt nie ma złych intencji, pojawiają się skutki uboczne: zmiana oczekiwań, zmiana sposobu oceniania ludzi, większa skłonność do porównywania, większa niecierpliwość, większe rozczarowanie. Bo rynek obiecuje wybór. Relacja wymaga decyzji.
Aplikacje randkowe rozwiązują realny problem: w codziennym życiu trudno poznawać nowych ludzi. Praca, obowiązki, zmęczenie, brak naturalnych okazji. Dla wielu osób aplikacja jest jedyną sensowną bramą do randkowania. To nie jest fanaberia. To bywa konieczność. I dlatego właśnie warto patrzeć na mechanizm bez wyśmiewania użytkowników.
Katalog jest wygodny, bo redukuje niepewność. Widzisz zdjęcia, opis, wiek, lokalizację, często jakieś deklaracje. Możesz od razu odsiać rzeczy, które cię nie interesują. W teorii to oszczędza czas. W praktyce bywa, że ten filtr nie oszczędza czasu, tylko przenosi go na inny etap: na etap niekończącego się wybierania.
Jest jeszcze coś: katalog daje iluzję kontroli. Jeśli masz do wyboru sto profili, łatwo uwierzyć, że gdzieś tam musi być „idealny”. A jeśli nie ma, to znaczy, że jeszcze nie przewinąłeś wystarczająco daleko. To jest bardzo nowoczesne złudzenie: że wysiłek włożony w selekcję zamieni się w jakość. Tyle że relacje nie działają jak zakupy. Tam nie ma gwarancji, że bardziej intensywne szukanie daje lepszy wynik.
Na poziomie psychologicznym masowy wybór potrafi wprowadzać paradoks: im więcej opcji, tym trudniej wybrać i tym mniejsza satysfakcja po wyborze. W randkowaniu ten mechanizm jest szczególnie dotkliwy, bo decyzje są emocjonalne. Jeśli czujesz, że „zawsze może być ktoś lepszy”, to trudniej wejść w zaangażowanie. A bez minimalnego zaangażowania relacja nie ma szans się rozwinąć.
To tłumaczy, dlaczego wiele osób doświadcza zjawiska, które można nazwać „randkową czujnością”: ciągłego skanowania, ciągłego oceniania, ciągłego porównywania. Nawet jeśli spotkanie jest przyjemne, w tle może siedzieć myśl: „czy to na pewno najlepsza opcja?”. Kiedy ta myśl staje się nawykiem, relacje zamieniają się w audyt. A audyt zabija spontaniczność.
Badania wskazują, że intensywne „swipowanie” może łączyć się z obniżeniem dobrostanu i zjawiskami takimi jak porównania społeczne, lęk przed byciem singlem i przeciążenie wyborem partnera. To nie znaczy, że aplikacje „niszczą psychikę”. To znaczy, że pewien styl używania aplikacji może wciągać w pętlę, w której im więcej przewijasz, tym mniej czujesz, że cokolwiek ma sens. :contentReference[oaicite:0]{index=0}
Swipowanie jest genialne z perspektywy interfejsu: szybkie, proste, zero tarcia. Z perspektywy człowieka ma skutek uboczny: uczy mózg natychmiastowej klasyfikacji. Podoba się – nie podoba. W lewo – w prawo. Z czasem to może przenikać do życia offline: większa skłonność do oceniania po pierwszym wrażeniu, mniejsza cierpliwość dla „normalności”, mniejsza otwartość na ludzi, którzy nie sprzedają się w pierwszych pięciu sekundach.
To jest ważne, bo w relacjach wartość często nie jest widoczna od razu. Wartość bywa w rozmowie, w poczuciu humoru, w uważności, w sposobie reagowania na stres, w tym, czy ktoś jest fair. Tego nie widać na zdjęciu i w opisie. A jeśli system uczy cię, że decyzja ma być błyskawiczna, to możesz odrzucać osoby, które byłyby dobre na dłuższą metę, tylko dlatego, że nie umiały zagrać w grę „pierwsze wrażenie”.
Nie trzeba być cynikiem, żeby zauważyć, że profil w aplikacji działa jak mini-reklama. Zdjęcia są „kreacją”. Opis jest „pitch’em”. Zainteresowania są „ofertą”. Nawet najbardziej autentyczna osoba zaczyna myśleć kategoriami prezentacji: co pokazać, co ukryć, jak się wyróżnić. I to jest normalne. Problem pojawia się wtedy, gdy ta logika zaczyna wchodzić do środka: człowiek przestaje być człowiekiem, a staje się zestawem cech do porównania.
W rynku relacji łatwo powstaje kilka niezdrowych nawyków:
W tym modelu łatwo też o zjawisko, które wielu ludzi opisuje jako zmęczenie i zniechęcenie do randkowania aplikacyjnego. Nie dlatego, że nie chcą relacji, tylko dlatego, że proces poznawania zamienia się w pracę: powtarzalną, emocjonalnie kosztowną, pełną mikro-rozczarowań. Media od lat opisują „dating-app fatigue”, a w ostatnich latach temat wraca mocniej, bo narzędzie dojrzało, a czar nowości minął. :contentReference[oaicite:1]{index=1}
Algorytmy dopasowań nie tylko pokazują ludzi. One ustawiają tempo, nagrody i wrażenie „postępu”. Jeśli aplikacja podsuwa ci co jakiś czas bardzo atrakcyjne profile, dostajesz dopaminowy sygnał: „zostań, przewijaj”. Jeśli raz na jakiś czas dostajesz match, dostajesz sygnał: „jest sens”. Jeśli rozmowy urywają się, dostajesz sygnał: „idź dalej, kolejny profil czeka”. To jest model, który świetnie trzyma uwagę. Nie zawsze świetnie buduje relacje.
W dodatku algorytm uczy oczekiwań. Jeśli na początku dostajesz dużo dopasowań, możesz uznać, że tak „powinno” być zawsze. Jeśli później jest ciszej, pojawia się frustracja i obniżenie samooceny. Jeśli aplikacja premiuje pewne typy zdjęć, pewne style autoprezentacji, to użytkownicy zaczynają się do tego dostosowywać. W efekcie nie tylko szukamy partnerów, ale też uczymy się mówić o sobie w języku platformy. A język platformy jest z natury skrótowy i nastawiony na efekt.
W klasycznym poznawaniu ludzi jest przestrzeń na narastanie sympatii. Spotykasz kogoś w grupie, widzisz go w różnych sytuacjach, masz kontekst. W randkowaniu aplikacyjnym często zaczynasz od wysokiej stawki: „czy ty jesteś moją osobą?”. To może sprawiać, że rozmowa staje się przesłuchaniem albo audytem kompatybilności. Zamiast ciekawości pojawia się checklist. Zamiast zabawy pojawia się test.
To nie zawsze wina użytkowników. To efekt środowiska, które stawia w centrum dopasowanie, a nie relację. Dopasowanie jest obietnicą technologii. Relacja jest wysiłkiem ludzi. Gdy przenosisz na człowieka oczekiwanie, że będzie działał jak algorytm, szybko przychodzi rozczarowanie.
Nie ma sensu udawać, że „najlepiej wyrzucić aplikacje”. Dla wielu osób to nie jest realistyczne. Sens ma raczej odzyskanie zasad, które chronią psychikę i relacje przed logiką niekończącego się rynku. Takie zasady mogą wyglądać prosto, ale działają, bo przywracają proporcje.
Warto też pamiętać o jednej prostej rzeczy: im bardziej randkowanie przypomina pracę, tym mniej w nim spontaniczności. A bez spontaniczności trudno o bliskość. Dlatego czasem najlepszą „strategią” jest wyjście z trybu strategii: mniej optymalizacji, więcej zwykłego bycia w kontakcie.
Aplikacje randkowe są narzędziem. Nie są definicją miłości, nie są definicją relacji, nie są miarą wartości człowieka. Kiedy o tym zapominamy, zaczynamy żyć w logice platformy: szybciej, więcej, lepiej, dalej. A relacja to logika odwrotna: wolniej, uważniej, głębiej, bliżej.
Jeśli więc czujesz, że randkowanie w aplikacji robi ci z głowy targowisko, nie musisz od razu robić wielkich postanowień. Wystarczy, że odzyskasz jedną rzecz: decyzję, kiedy przestajesz przewijać i zaczynasz spotykać człowieka. W tym miejscu kończy się rynek, a zaczyna relacja.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Źródła