„Co o tym sądzisz?” – to chyba najczęstsze pytanie współczesności. Kiedyś padało przy kawie, dziś wyskakuje z ekranu telefonu pod każdym newsem, memem i filmikiem. Wojna? Miej zdanie. Nowa ustawa? Miej zdanie. Afera celebrytów, których nawet nie kojarzysz? Lepiej, żebyś miał zdanie, bo inaczej trudno będzie nadążyć za rozmową w pracy czy na komunikatorze.
Z pozoru to pozytywne: ludzie interesują się światem, angażują, dyskutują. Problem zaczyna się tam, gdzie presja posiadania opinii zamienia się w obowiązek natychmiastowego werdyktu, często bez czasu na zrozumienie tematu. Zamiast świadomych poglądów dostajemy „hot take’i” – szybkie, emocjonalne stanowiska, które wygodnie się udostępnia, ale trudno obronić w dłuższej rozmowie.
Logika współczesnych mediów – zwłaszcza społecznościowych – premiuje szybkość, a nie namysł. Algorytmy wzmacniają treści, które budzą silne emocje, a takie treści niemal automatycznie zmuszają nas do zajęcia stanowiska: „jestem za” albo „jestem przeciw”. Im bardziej coś oburza, tym szybciej klikamy, komentujemy i udostępniamy dalej.
Do tego dochodzi strumień informacji, którego nikt nie jest już w stanie ogarnąć. Badania nad przeciążeniem informacyjnym pokazują, że nadmiar treści w mediach – w tym w mediach społecznościowych – zwiększa poczucie zmęczenia, dezorientacji i stresu. W takim stanie łatwiej sięgamy po gotowe schematy: przyklejamy etykietki, powtarzamy cudze komentarze, zamiast samodzielnie się zastanowić, o co w ogóle chodzi.
Paradoks polega na tym, że im więcej tematów ląduje nam w głowie naraz, tym mniej realnie rozumiemy. A jednocześnie z każdej strony słyszymy, że brak opinii to wstyd albo dowód ignorancji. W efekcie uczymy się grać w grę pod tytułem: „Miej stanowisko, nawet jeśli tak naprawdę niewiele wiesz”.
Presja, by mieć opinię na wszystko, ma kilka źródeł. Pierwsze to kultura nieustannego komentowania. Przez lata media społecznościowe podsuwały nam tę samą obietnicę: „Twój głos ma znaczenie”, „dołącz do dyskusji”, „skomentuj”. Z czasem stało się to normą – milczenie zaczęło wyglądać podejrzanie.
Drugie źródło to polaryzacja debaty publicznej. Im bardziej podzielone społeczeństwo, tym mocniej oczekuje się deklaracji: „z kim ty właściwie jesteś?”. Opinia przestaje być narzędziem zrozumienia świata, a staje się deklaracją przynależności plemiennej. W takiej atmosferze odpowiedź „nie wiem, muszę się zastanowić” bywa traktowana jak ucieczka albo brak kręgosłupa.
Trzecie źródło jest bardziej przyziemne: zwykła ludzka potrzeba przynależności. Łatwiej nam poczuć się częścią grupy, kiedy mówimy to, co inni „nasi”. Powtarzanie opinii z „naszego” obozu daje poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli w środku czujemy lekki dysonans, bo tak naprawdę nie zdążyliśmy się nad tematem pochylić.
Na pierwszy rzut oka nic złego – ot, ktoś rzucił komentarz, ktoś inny odpowiedział, Internet to wytrzyma. Problem zaczyna się wtedy, gdy z szybkich, powierzchownych sądów budujemy sobie obraz świata. Z kilku nagłówków i memów wyciągamy wnioski o złożonych procesach: migracjach, gospodarce, prawie, zdrowiu.
Psychologia od lat zwraca uwagę na to, że im mniej wiemy, tym częściej przeceniamy własną wiedzę. Ten mechanizm nie znika tylko dlatego, że mamy smartfony i dostęp do wyszukiwarki. Wręcz przeciwnie – łatwy dostęp do informacji może dawać złudzenie kompetencji: „czytałem dwa artykuły, więc znam temat”. W praktyce znamy najczęściej czyjeś uproszczenie czyjąś uproszczoną opinię.
W dodatku każda publicznie wyrażona opinia zaczyna działać jak kotwica. Skoro już się zadeklarowaliśmy, trudniej nam później przyznać, że nie mieliśmy racji albo że sprawa jest bardziej złożona. Brniemy więc w obronę własnego stanowiska, zamiast spokojnie aktualizować pogląd. Debata zamienia się w konkurs na konsekwencję, a nie na szukanie prawdy.
Tymczasem zdrowa, dorosła postawa wobec świata powinna zawierać dużo częstsze „nie wiem” niż pozwala na to współczesny obyczaj. „Nie wiem” może oznaczać kilka rzeczy naraz:
Każda z tych odpowiedzi jest uczciwsza niż automatyczne powtarzanie pierwszego komentarza, który wyświetlił się nam w feedzie. „Nie wiem” nie musi oznaczać obojętności – może być zaproszeniem do dalszych pytań, spokojnego doczytania, wysłuchania kilku stron sporu.
Problem w tym, że „nie wiem” rzadko dostaje lajki. Nie wywołuje burzy w komentarzach, nie produkuje zasięgów. Nie nadaje się na viral, bo nie zamyka tematu, tylko go otwiera. A to jest dokładnie to, czego mechanika większości platform nie lubi.
Nie chodzi o to, żeby nagle przestać mieć poglądy. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, żeby te poglądy były bardziej nasze, a mniej odtworzone z czyjegoś wkurzonego wpisu. Da się to robić na kilka prostych sposobów.
Po pierwsze: zwolnić. Zanim skomentujesz kolejny nagłówek, zadaj sobie dwa pytania: „co ja tak naprawdę wiem o tej sprawie?” oraz „skąd to wiem?”. Jeśli odpowiedź brzmi „z mema, z rozmowy ze znajomym, z jednego newsa sprzed pięciu minut”, to może warto odłożyć werdykt.
Po drugie: celowo szukać różnych źródeł. Nie chodzi o to, żeby codziennie czytać całą panoramę mediów, ale żeby nie polegać wyłącznie na jednym kanale, który idealnie trafia w nasze emocje. To trudne, bo wymaga wyjścia ze strefy komfortu. Zyskujemy jednak coś cennego: minimalną szansę, że nasza opinia będzie osadzona w czymś więcej niż w jednym oburzeniu.
Po trzecie: nie bać się aktualizować poglądów. W dobrym świecie zmiana zdania po nowych informacjach byłaby powodem do szacunku, a nie do drwin. Jeśli zaczniemy od siebie – i w swoich kręgach przestaniemy wyśmiewać to, że ktoś „wczoraj mówił co innego” – stworzymy sobie przestrzeń do myślenia, a nie tylko reagowania.
Są też tematy, w których wcale nie musimy mieć zdania – i to nie dlatego, że są nieistotne, ale dlatego, że nie jesteśmy w stanie nic sensownego wnieść. Kolejna mikroafera z udziałem celebryty, konflikt wewnątrz branży, o której nic nie wiemy, szczegółowy spór prawny wymagający lat praktyki – za każdym razem warto zadać sobie pytanie: „czy moje zdanie tutaj coś realnie zmienia?”.
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to być może najlepsze, co możemy zrobić, to uczciwie przyznać, że ten temat po prostu nie jest dla nas priorytetem. Odmowa udziału w kolejnej burzy nie czyni z nas gorszych obywateli. Przeciwnie – pozwala skupić uwagę na tych sprawach, w których faktycznie możemy coś zrozumieć, wpływać, działać.
Coraz więcej osób świadomie ogranicza kontakt z newsami właśnie po to, by nie żyć w stanie permanentnego pobudzenia. Nie chodzi o ucieczkę od rzeczywistości, tylko o ochronę własnej higieny psychicznej: mniej ciągłego „muszę mieć zdanie”, więcej świadomego „dzisiaj się tym nie zajmę”.
Dojrzała debata publiczna nie polega na tym, że każdy ma opinię na każdy temat. Raczej na tym, że w ważnych sprawach wystarczająco wiele osób ma opinie przemyślane, zakorzenione w faktach i gotowe do rewizji. Całą resztę można śmiało pozostawić w strefie „nie wiem” albo „jeszcze się zastanawiam”.
Nie mamy obowiązku stawać się chodzącymi generatorami komentarzy. Mamy za to prawo do milczenia, do namysłu i do zmiany zdania. I może właśnie od tego zaczyna się prawdziwa odpowiedzialność za słowa – od momentu, w którym rezygnujemy z automatycznego werdyktu i pozwalamy sobie na luksus krótkiego „poczekam z opinią”.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
1. https://www.apa.org/monitor/2022/11/strain-media-overload – artykuł American Psychological Association o wpływie przeciążenia informacyjnego i nadmiernej ekspozycji na media na poziom stresu i dobrostan psychiczny.
2. https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC10322198/ – przegląd badań dotyczących przeciążenia informacjami (information overload) i jego konsekwencji dla użytkowników różnych kanałów komunikacji.
3. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/10626367/ – klasyczne badanie Krugera i Dunninga na temat przeceniania własnych kompetencji przy niskim poziomie umiejętności.
4. https://time.com/5125894/is-reading-news-bad-for-you/ – tekst opisujący związek między ciągłym śledzeniem wiadomości a narastającym stresem i zmęczeniem.
5. https://www.theguardian.com/society/ng-interactive/2025/sep/01/news-avoidance-high-anxiety – reportaż o zjawisku unikania wiadomości z powodu ich natężenia, emocjonalnej intensywności i wpływu na lęk oraz samopoczucie.