Kiedyś najważniejsze decyzje zapadały na korytarzu w pracy, w pokoju nauczycielskim, na zebraniu wspólnoty. Dziś bardzo często zapadają w milczeniu, przy włączonym trybie wibracji. W małym, niepozornym okienku z zieloną, niebieską albo fioletową ikonką toczy się równoległe życie: klasowe czaty rodziców, firmowe grupy, osiedlowe komunikatory, wątki projektowe, wolontariaty. Każde z tych miejsc ma swoje zasady, swoje dramy i swoje małe układy. I co najciekawsze – nikt z nas nie miał okazji się na to spokojnie zgodzić. Po prostu pewnego dnia ktoś dodał nas do grupy i tyle.
Na początku wszystko wygląda niewinnie. Ktoś zakłada czat klasowy, żeby „łatwiej się komunikować”. Ktoś inny tworzy grupę firmową, bo „wszyscy i tak mamy komunikator w telefonie”. Pojawiają się uprzejme przywitania, pierwsze wymiany informacji, szybkie pytania o sprawy organizacyjne. Człowiek ma wrażenie, że to po prostu wygodna wersja ogłoszeń na tablicy korkowej.
Po kilku tygodniach widać jednak, że to nie jest tylko tablica. Grupa zaczyna przypominać małe państwo. Są tam stali komentatorzy, którzy wypowiadają się w każdej sprawie. Są osoby, które potrafią jednym zdaniem rozładować napięcie – albo przeciwnie, dolać oliwy do ognia. Są cisi obserwatorzy, którzy prawie nigdy nie piszą, ale czytają wszystko. I jest niepisane prawo: jeśli coś jest naprawdę ważne, prędzej czy później wyląduje na czacie.
Dzięki temu komunikacja bywa szybsza. Ale równocześnie cała masa rzeczy, które kiedyś załatwiało się w cztery oczy, trafia na forum publiczne. Ktoś nie odrobił zadania, ktoś hałasuje na klatce, ktoś z firmy „znowu się nie wyrobił”. Zamiast krótkiej rozmowy między dwiema osobami, mamy dyskusję na kilkanaście czy kilkadziesiąt głosów. I nagle okazuje się, że banalne sprawy urastają do rangi małych afer.
W realnym świecie wiemy, kto jest dyrektorem, kierownikiem, administratorem budynku. W grupie na komunikatorze role rozdzielają się same. Najczęściej rządzi ten, kto ma czas i energię non stop pisać. Nie potrzebuje do tego pieczątki ani stanowiska – wystarczy, że komentuje, podsumowuje, nadaje ton rozmowie.
Po kilku tygodniach każdy już mniej więcej wie, kto będzie pierwszą osobą do zabrania głosu w nowej sprawie. Pojawiają się nieoficjalni „tłumacze” między szkołą a rodzicami, między szefostwem a zespołem, między administracją a mieszkańcami. To oni decydują, jak odczytać komunikat, czy to „normalne”, czy „skandaliczne”. Ich interpretacja często żyje dłużej niż pierwotna informacja.
Problem w tym, że taka władza wynika z aktywności, a nie z odpowiedzialności. Nikt jej nie kontroluje, nikt jej nie rozlicza. Jeśli ktoś przekręci fakty, przesadzi w emocjach albo zacznie ciągnąć grupę w stronę konfliktu, trudno to szybko zatrzymać. A jednak to właśnie te osoby ustawiają optykę: kto jest „w porządku”, a kto „robi problemy”.
Na pierwszy rzut oka grupy wyglądają bardzo demokratycznie. Każdy ma tę samą przestrzeń, ten sam przycisk „wyślij” i tę samą możliwość wyrażenia opinii. W praktyce głos tych, którzy piszą rzadko, ginie w szumie wiadomości. Zostaje to, co regularne, głośne i dobrze opakowane emocjonalnie.
Widać to szczególnie przy „głosowaniach” grupowych. Oficjalnie decyzję podejmują wszyscy. Nieoficjalnie – kierunek wyznaczają pierwsi, najbardziej zdecydowani komentatorzy. Kiedy ktoś odważy się mieć inne zdanie, często musi je najpierw wytłumaczyć, zmiękczyć, przeprosić, udowodnić, że „nie atakuje”. Większość wybiera więc milczenie. I zgadza się na coś, czego nawet nie miała siły głośno zakwestionować.
To trochę tak, jakbyśmy żyli w świecie, w którym o wszystkim decyduje spotkanie na rynku organizowane trzy razy dziennie. Kto przyjdzie i krzyknie pierwszy, ma przewagę. Tylko że tu rynek świeci w kieszeni, a my siedzimy w domu, pracy, tramwaju i udajemy, że to tylko mała ikonka, a nie realna presja.
Teoretycznie takie czaty powstały po to, żeby ułatwić życie. Mieć wszystko w jednym miejscu, wiedzieć, co się dzieje, nie dzwonić do wszystkich po kolei. W praktyce coraz więcej osób przyznaje po cichu, że klasyczna poczta mailowa była mniej męcząca. Choćby dlatego, że nie świeciła się co kilka minut nowym powiadomieniem.
Dochodzi do sytuacji, w której człowiek po całym dniu pracy siada wieczorem na kanapie i zamiast odpocząć, przewija kilkaset wiadomości. Wśród nich trzy naprawdę ważne: o zmianie godziny wywiadówki, pilnym terminie w pracy i awarii w bloku. Reszta to komentarze, żale, memy, emocjonalne reakcje. Mieszanka, po której głowa paruje, choć teoretycznie „nic się przecież nie stało”.
Ten rodzaj zmęczenia jest podstępny. Trudno go nazwać, bo trudno komukolwiek wytłumaczyć, że człowieka wyczerpało dziś śledzenie wątku o zaginionej czapce, który rozrósł się do dyskusji o wychowaniu dzieci, kulturze osobistej i „dzisiejszych czasach”. Ale organizm nie pyta, czy powód jest poważny. Po prostu reaguje: napięciem, rozdrażnieniem, poczuciem przeładowania.
Najbardziej przewrotne jest to, że teoretycznie mamy wszystkie narzędzia, żeby się bronić. Możemy wyciszyć powiadomienia, zostawić grupę, ustawić sobie godziny, kiedy komunikator milczy. W praktyce wielu ludzi tego nie robi. Bo boi się, że coś przegapi. Ważną informację, zmianę planu, termin płatności, ustalenie „większości”.
Drugi strach dotyczy pisania. Im więcej było w grupie konfliktów, niedomówień, złośliwości, tym uważniej ludzie czytają swoje wiadomości przed wysłaniem. Szukają w nich potencjalnych zapalników: czy ktoś nie odbierze tego jako ataku, czy nie zabrzmi to roszczeniowo, czy nie zostanie zacytowane gdzieś indziej. Zamiast swobodnej rozmowy pojawia się wewnętrzny cenzor.
Rezultat bywa absurdalny. Ludzie spędzają ogromnie dużo czasu w grupach, jednocześnie nie czując się w nich ani bezpiecznie, ani swobodnie. Są tam, bo „tak trzeba”, bo „wszyscy są”, bo „to jedyny kanał komunikacji”. Poczucie bycia zakładnikiem małej ikonki w telefonie staje się całkiem realnym doświadczeniem.
W tle tego wszystkiego krąży jeszcze jedno ciche widmo: screenshot. Jedno kliknięcie, dzięki któremu każdą wypowiedź można wyrwać z kontekstu i przenieść gdzie indziej. Do innej grupy, do prywatnej rozmowy, czasem nawet dalej. Wystarczy kilka takich zrzutów, żeby czyjś wizerunek w pracy czy w szkole zmienił się nieodwracalnie.
Świadomość, że wszystko, co piszemy, może zostać utrwalone, sprawia, że coraz częściej nie piszemy tego, co naprawdę myślimy. Uczymy się języka półsłówek, bezpiecznych sformułowań, żartów, które niczego nie mówią, ale też nikogo nie urażą. Tylko że im bardziej wypłaszcza się sposób mówienia, tym bardziej rośnie poczucie sztuczności. Zamiast wspólnoty mamy grupę ludzi udających, że się dogadują.
Choć może brzmieć to jak truizm, w komunikatorowym państwie nadal mamy więcej wpływu, niż się wydaje. Po pierwsze, możemy jasno ustalić własne zasady korzystania z grup. Na przykład sprawdzać je o określonych porach, a nie w trybie ciągłego nasłuchu. Wbrew pozorom świat się nie zawali, jeśli na klasowe pytanie „kto przyniesie ciasto” odpowiemy za dwie godziny, a nie za dwie minuty.
Po drugie, mamy prawo przenosić delikatne sprawy z grupy do rozmowy bezpośredniej. Zamiast publicznie pisać o zachowaniu czyjegoś dziecka, można zadzwonić albo napisać prywatnie. Zamiast komentować czyjąś pracę na oczach całego zespołu, można porozmawiać w cztery oczy. To niby oczywiste, a jednak w ferworze grupowego życia bywa boleśnie zapominane.
Po trzecie, mamy prawo nie wchodzić w każdą dyskusję. Nie ma obowiązku komentowania każdej sprawy, opowiadania się po każdej ze stron, tłumaczenia swojego milczenia. Czasem najlepszą odpowiedzią jest brak odpowiedzi – i wewnętrzna decyzja, że to nie jest temat, który musi przejść przez nasze emocje.
Są jednak sytuacje, w których sama zmiana nawyków nie wystarczy. Jeśli grupa zamienia się w miejsce ciągłego hejtu, wyśmiewania, plotkowania, jeśli staje się narzędziem nacisku albo formą kontrolowania każdego ruchu – warto zadać sobie proste pytanie: po co w niej w ogóle jesteśmy. I czy cena za bycie „na bieżąco” nie jest po prostu za wysoka.
Wyjście z grupy bywa trudne do wyobrażenia, bo boimy się reakcji. Że ktoś zapyta, że ktoś się obrazi, że zostaniemy uznani za „problemowych”. Ale równie dobrze może się okazać, że nic wielkiego się nie wydarzy. Po kilku dniach naturalnego szumu grupa zajmie się kolejnym wątkiem, a my po raz pierwszy od dawna poczujemy ciszę w kieszeni.
Nie chodzi o to, żeby masowo uciekać z komunikatorów. Chodzi o to, żeby przypomnieć sobie, że to narzędzie, a nie konieczność. Że można zrezygnować z jednego mikropaństwa, nie rezygnując z życia społecznego w ogóle. Zostają przecież rozmowy twarzą w twarz, telefony, maile, drobne gesty na co dzień. Czasem o wiele bardziej ludzkie niż trzydzieści wiadomości pod rząd.
Komunikatory same w sobie nie są ani dobre, ani złe. To tylko sposób przesyłania słów. To, co z nimi zrobimy, zależy od nas. Możemy budować zaufanie, ułatwiać sobie życie, szybciej wyjaśniać drobne sprawy. Możemy też w tych samych miejscach tworzyć mikropaństwa, w których królują domysły, wzajemne pretensje i wieczny stan alarmu.
Być może kluczem jest jedno proste pytanie, zadawane od czasu do czasu: czy ta grupa, w której właśnie przewijam kolejne wiadomości, naprawdę poprawia jakość mojego dnia. Jeśli odpowiedź częściej brzmi „nie” niż „tak”, warto coś zmienić. Choćby mały detal: godziny powiadomień, odwagę powiedzenia „nie chcę o tym rozmawiać tutaj”, umiejętność zostawienia telefonu w drugim pokoju.
Małe państwo w państwie nie zniknie. Ale w każdej takiej republikańskiej bańce wciąż mamy prawo wyboru: czy chcemy być wiecznie pod telefonem, czy jednak od czasu do czasu wylogować się z tego szumu i przypomnieć sobie, jak wygląda rozmowa, w której nikt nie patrzy na status „online”.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Felieton oparty na obserwacjach własnych i doświadczeniach z codziennej komunikacji w grupach na komunikatorach.