Poczułem się jak frajer. Nie to, że urodziłem się wczoraj i nie wiem, jak działa „przedsiębiorczość” w polskim wydaniu. Przez ponad dwie dekady spędzone w biznesie widziałem i słyszałem wiele, a dziś mam do siebie pretensje o jedno: że nigdy nie nauczyłem się bycia cwaniakiem. Czyste sumienie, moralność, skrupuły – z tymi wartościami należy się rozstać w dniu założenia działalności gospodarczej, zastępując je chciwością, zawiścią, kumoterstwem i kombinatorstwem. Brutalnie, choć nie pierwszy raz, uświadomiła mi to afera z dotacjami w ramach KPO.
Trzeba być ignorantem lub człowiekiem złej woli, aby nie zauważyć, jak ogromny skok cywilizacyjny i majątkowy stał się udziałem naszego kraju. Trudno natomiast nie odnieść wrażenia, że moglibyśmy być w zupełnie innym miejscu, gdyby udało nam się wreszcie przejść od gospodarki odtwórczej, usługowej, opartej na taniej sile roboczej i zagranicznych inwestycjach, do gospodarki prawdziwie innowacyjnej, stawiającej na nowe technologie i samodzielnie je wytwarzającej.
Co stoi na przeszkodzie? Nie lenistwo, nie brak pomysłów, nawet nie brak pieniędzy, ale rak, jakim jest bierność i niekompetencja państwa na poziomie urzędniczym. W Polsce powstał szemrany system dotacyjny, który premiuje nie osoby najbardziej przedsiębiorcze, ale największych cwaniaków i ludzi bez skrupułów. Dobitnie pokazuje to sposób rozdysponowania środków z KPO.
Gdy ruszał nabór wniosków finansowanych z tego programu, to pobieżnie zapoznałem się z warunkami. Szybko zorientowałem się, że nie mogę wystąpić o wsparcie, ponieważ moje firmy – z uwagi na specyfikę działalności – nie wytwarzają żadnych innowacji, a taki przecież miał być cel. Nie wiedziałem wtedy, że w naszym pięknym kraju innowacją może być np. zakup… jachtu.
Gdyby nie siła Internetu, to pewnie nigdy byśmy się nie dowiedzieli, na co tak naprawdę poszły środki z KPO. Część z nich rzeczywiście została rozdysponowana na ważne projekty infrastrukturalne, w obszarze nowych technologii czy medycyny. Problem w tym, że – lekko i wstępnie licząc – około 1,6 miliarda złotych trafiło do kieszeni przedsiębiorców, którzy wnioskowali o np.:
To nie jest żart. Takie wnioski zostały złożone i zaakceptowane, a kwoty dotacji wynoszą od około 200 do ponad 500 tysięcy złotych. Na takie oto innowacje stać polskich przedsiębiorców.
Od razu przypomniałem sobie rozmowę telefoniczną, jaką odbyłem mniej więcej rok temu. Dzwoniła miła pani, która proponowała mi pomoc w przygotowaniu wniosku o dotację z jakichś funduszy unijnych. Nie byłem zainteresowany, zasłaniając się małą skalą działalności i brakiem zapotrzebowania na środki na rozwój firmy. Miła pani stwierdziła więc, że tych pieniędzy nie trzeba przeznaczać na rozwój, można je wydać na cokolwiek – i zaproponowała, że mogę sobie przecież kupić… nowy samochód. Wtedy uznałem, że chyba chodzi o jakieś oszustwo. Dziś wiem, że przegapiłem szansę na posiadanie fajnego jachtu, ekspresu do kawy, a może trzeba było zafundować pracownikom wypasiony gaming room. Wszystko oczywiście pod przykrywką „innowacji”.
Gdy kończę pisać ten komentarz, przez media przetacza się dosłownie burza w związku z wyłudzeniami środków z KPO. Głos zabierają najwyżsi urzędnicy państwowi, którzy oczywiście zapewniają, że wszystko zostanie wyjaśnione, nienależne dotacje odebrane, a winni ukarani. Jasne.
Za kilka dni afera ucichnie, zostanie zamieciona pod dywan, pewnie gdzieś tam na poziomie regionów przykładnie odbierze się nagrody kwartalne szeregowym urzędnikom i bawimy się dalej, udając, że nic się nie stało. Tak się robi biznes w nadwiślańskim kraju, mili Państwo. Tak się tuczy patologie, kręci lody i toleruje niekompetencję, lenistwo czy zwykłe złodziejstwo.
Odechciewa się. Naprawdę się odechciewa.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive. Zajmuje się strategią, marketingiem i zarządzaniem projektami IT od ponad 25 lat