
W poprzednim tekście pisałem o czymś, co wielu ludzi zna aż za dobrze: o sąsiedzie, który z niejasnych powodów uznaje, że jego gust muzyczny jest dobrem wspólnym całej okolicy. Temat jednak warto dopowiedzieć, bo w takich sporach bardzo często pojawia się ten sam wytrych: „przecież to normalne korzystanie z mieszkania”, „i tak wszystko słychać w tym budynku”, „skoro słychać kroki, to muzykę też trzeba zaakceptować”. Tyle że to właśnie tutaj zaczyna się najważniejsze rozróżnienie, które zbyt często jest pomijane.
Nie każdy dźwięk w budynku ma ten sam charakter. To, że w domu czy bloku słychać czyjeś kroki, odgłos schodów, zamykanie drzwi czy pewien zakres prac remontowych, nie oznacza jeszcze, że dokładnie tak samo należy traktować puszczanie muzyki. Kroki są zwykłym skutkiem poruszania się człowieka po własnym mieszkaniu. Remont, choć potrafi być uciążliwy, bywa czasowo konieczny. Muzyka jest czymś zupełnie innym: to dźwięk emitowany CELOWO, dodatkowo i w pełni zależnie od woli człowieka. Można ją ściszyć, wyłączyć, ograniczyć, przenieść na słuchawki albo zwyczajnie z niej zrezygnować w sytuacji konfliktowej. I właśnie dlatego wymaga większej powściągliwości niż dźwięki, których nie da się wyeliminować bez rezygnacji z normalnego funkcjonowania.
To nie jest wyłącznie argument zdroworozsądkowy. W prawie cywilnym punktem odniesienia jest art. 144 Kodeksu cywilnego, który nakazuje właścicielowi powstrzymywać się od działań zakłócających korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę. Sądy od lat podkreślają, że „przeciętna miara” nie jest mierzona wygodą osoby hałasującej ani szczególną wrażliwością tej, która hałas odbiera. Ocena ma być obiektywna i uwzględniać stosunki miejscowe, czas trwania oddziaływań, porę ich występowania oraz intensywność. Innymi słowy: nie rozstrzyga to, czy komuś „wydaje się, że jest cicho”, tylko jaki realny skutek wywołuje dźwięk po drugiej stronie ściany.
I tu dochodzimy do sedna. W sporach sąsiedzkich bardzo często próbuje się zrównywać wszystkie odgłosy pod wspólnym hasłem „taki urok budynku”. To wygodne, ale intelektualnie i prawnie kulawe. Jeżeli budynek ma słabą akustykę, to nie jest to argument za większą swobodą hałasowania. Jest dokładnie odwrotnie. Im łatwiej dźwięk przenika do sąsiada, tym większa powinna być ostrożność osoby, która ten dźwięk emituje. Słaba izolacja akustyczna nie daje nikomu licencji na dorzucanie innym własnej playlisty. Ona tylko zwiększa obowiązek przewidywania skutków własnego zachowania.
W praktyce oznacza to coś bardzo prostego. O ile trudno wymagać, by człowiek przestał chodzić po schodach albo zrezygnował z każdego remontu, o tyle można i należy wymagać, by nie puszczał muzyki w sposób słyszalny u sąsiada. Nie chodzi przy tym o jakąś chorobliwą walkę o ciszę absolutną. Chodzi o elementarną granicę: nie mam obowiązku uczestniczyć w cudzym słuchaniu muzyki tylko dlatego, że ktoś ma akurat ochotę „normalnie korzystać ze swojego mieszkania”. Prawo do korzystania z własnego lokalu kończy się tam, gdzie zaczyna się naruszanie cudzego spokoju. Potwierdza to także art. 51 Kodeksu wykroczeń, który przewiduje odpowiedzialność za zakłócanie spokoju hałasem, a sądy wskazują, że chodzi o zachowania wykraczające poza zwyczajowo przyjęte normy współżycia społecznego.
Warto też rozprawić się z kolejną sztuczką językową, która regularnie pojawia się w takich rozmowach: „muzyka nie jest głośna, jest tylko na poziomie telewizora”. Taki argument brzmi sensownie wyłącznie do chwili, gdy przypomnimy sobie podstawową rzecz: telewizor również może być uciążliwy, jeśli jego dźwięk przenika do sąsiedniego lokalu. Problemem nie jest nazwa urządzenia, tylko efekt. Głośnik, telewizor, soundbar czy telefon puszczony na maksa nie mają żadnego magicznego immunitetu. Jeżeli dźwięk wdziera się do cudzego mieszkania i przeszkadza w normalnym korzystaniu z niego, to mamy problem. I właśnie dlatego tak mało warte są tłumaczenia w stylu „obok mojego głośnika da się normalnie rozmawiać”. Bardziej interesujące jest to, co słychać po drugiej stronie ściany, a nie to, jak właściciel sprzętu opisuje własne wrażenia.
Nie znaczy to oczywiście, że każda ledwo uchwytna nuta automatycznie tworzy sprawę sądową. Prawo nie działa jak laboratoryjny miernik wyłapujący każdy szmer. Dlatego rozsądna rozmowa o granicach ma sens. Testy głośności po obu stronach ściany mogą być użyteczne, bo pozwalają ustalić praktyczną granicę słyszalności: od jakiego poziomu telewizor albo muzyka zaczynają być rozpoznawalne u sąsiada. Taki test nie powinien jednak służyć do relatywizowania problemu, tylko do wypracowania zasad współżycia. Ma pomóc znaleźć granicę, a nie zalegalizować wciskanie komuś cudzego dźwięku pod pretekstem, że „to przecież jeszcze nie koncert”. Właśnie w tym sensie dobra wola ma znaczenie większe niż najdłuższy wywód o akustyce budynku.
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden ważny element, zwykle celowo rozmywany przez stronę hałasującą. Muzyka nie jest neutralnym tłem. Dla jednego będzie przyjemnością, dla drugiego drażniącym rytmem, którego nie wybrał i którego nie chce słuchać we własnym domu. Coś, co dla emitującego jest „ledwie słyszalne”, dla odbiorcy może być stale rozpoznawalnym, narzucającym się bodźcem. A uciążliwość nie musi wynikać wyłącznie z potężnej głośności. Liczy się także powtarzalność, czas trwania, pora i fakt, że jest to dźwięk obcy, niechciany, narzucony. Właśnie dlatego sądy przy ocenie immisji biorą pod uwagę nie tylko sam poziom oddziaływania, ale też jego intensywność, czas trwania i kontekst miejscowy.
Cała ta sprawa sprowadza się więc do bardzo prostej zasady, która w normalnym społeczeństwie nie powinna nawet wymagać tłumaczenia. Kto wie, że dźwięk łatwo niesie się w budynku, powinien być bardziej ostrożny, a nie bardziej bezczelny. Kto wie, że jego muzyka dociera do sąsiada, nie powinien opowiadać bajek o „własnym mieszkaniu”, tylko zwyczajnie ograniczyć źródło problemu. I kto naprawdę działa w dobrej wierze, ten nie szuka usprawiedliwień, lecz rozwiązań.
Bo ostatecznie nie chodzi tu o walkę z muzyką. Chodzi o coś znacznie prostszego: o prawo do tego, by we własnym domu nie być mimowolnym odbiorcą cudzych upodobań dźwiękowych. Kroki, schody, odgłos zwykłego życia — to jedno. Celowo puszczana muzyka, którą bez trudu można ograniczyć — to drugie. Mieszanie tych dwóch porządków to nie argument. To tylko wygodna wymówka.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, CEO Soluma Group, red. naczelny Mindly.pl
Źródła:
ISAP — Kodeks cywilny, tekst jednolity: https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20250001071
ISAP — Kodeks cywilny, tekst ujednolicony PDF: https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19640160093/U/D19640093Lj.pdf
SAOS — wyrok I C 1274/19 o „przeciętnej mierze”, obiektywnej ocenie immisji oraz znaczeniu czasu, pory i intensywności oddziaływań: https://www.saos.org.pl/judgments/418835
SAOS — wyrok VI W 1311/22 o art. 51 KW i subiektywnych odczuciach sprawcy co do „niegłośnej” muzyki: https://www.saos.org.pl/judgments/492649
SAOS — wyrok V W 2660/16 o art. 51 KW i normach współżycia społecznego: https://www.saos.org.pl/judgments/359138
SAOS — wyrok III W 689/17 o kolizji prawa do korzystania z mieszkania z prawem innych do spokoju: https://www.saos.org.pl/judgments/337800