„Nie dla cudzoziemców”. „Bez dzieci”. „Preferowane pary bez zwierząt”. Niby nic osobistego, niby „sprawa właściciela”, niby „takie są warunki”. A jednak, jeśli pomnożyć te trzy linijki przez tysiące ogłoszeń, wychodzi z tego nie rynek – tylko sito. Sito, które coraz częściej zostawia po tamtej stronie samotne matki, opiekunów zwierząt, obcokrajowców, osoby z niepełnosprawnościami, seniorów. Ten felieton nie jest aktem oskarżenia wobec każdego wynajmującego. Jest próbą nazwania zjawiska, które działa cicho i skutecznie: miękka dyskryminacja, uprawiana bez krzyku, eleganckim językiem „preferencji”, w prywatnych wiadomościach, filtrach platform i w milczeniu po wysłaniu aplikacji.
Nie potrzeba wulgarnego „no Ukrainians”, żeby kogoś wyrzucić poza margines. Wystarczy zestaw praktyk, które osobno wydają się niewinne, ale razem składają się na barierę: zawężające opisy („idealne dla młodej pary”), wykluczające dopiski („bez dzieci i zwierząt”), selekcja wstępna po nazwisku, akcencie na telefonie, błędzie w wiadomości. Do tego dochodzi „ghosting”: kandydat nie dostaje odpowiedzi mimo spełnienia warunków, a ogłoszenie „wisi” dalej. Algorytmy pomagają – w końcu ktoś wymyślił suwaki do filtrowania „rodzin” i „singli”, predefiniowane szablony odpowiedzi, scoringi wiarygodności. Efekt? Wrażenie, że „rynek tak działa”, a nie, że my go tak zaprogramowaliśmy.
Właściciele mieszkań boją się ryzyka: szkód, zaległości, sporów. W czasach nadpodaży chętnych wygodnie jest selekcjonować „po skrótach”: bez psa = mniej ryzyka; bez dzieci = mniej hałasu; urodzony w Polsce = mniej problemów z formalnościami. Wygoda jest tu kluczowa: nie trzeba sprawdzać historii płatniczej, referencji, umowy o pracę. Wystarczy „preferencja”. A przecież nie ma żadnej gwarancji, że trzydziestolatek bez zwierząt będzie bardziej solidny niż czterdziestolatka z córką i kotem. Znamy to z pracy rekrutera: heurystyki oszczędzają czas, ale produkują uprzedzenia.
Na poziomie ustaw i deklaracji zasada równego traktowania brzmi prosto: nie wolno różnicować dostępu do usług (w tym mieszkaniowych) ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne czy narodowość. Tyle teoria. W praktyce rynek prywatnego najmu lubi się chować za parawanem „wolności umów” i własności, a granica między dozwoloną selekcją a niedozwoloną dyskryminacją staje się mglista. Czy prywatny właściciel świadczy „usługę publicznie dostępną”? Gdzie kończy się uzasadniona dbałość o nieruchomość (np. zakaz palenia), a zaczyna de facto wykluczenie całych grup? To pytania, na które codzienność odpowiada szybciej niż prawnicy: poprzez wzory ogłoszeń, które stają się nową normą.
Zapis „bez dzieci” bywa tłumaczony troską o ciszę czy meble. Ale dziecko to nie „cecha konsumencka”. To człowiek, a zwykle także wskaźnik odpowiedzialności i przewidywalności dorosłego, który tę odpowiedzialność dźwiga. Dodajmy fakt często pomijany: rodzina nie musi prosić właściciela o zgodę na wspólne zamieszkanie; małżonek czy dzieci najemcy należą do jego gospodarstwa domowego. Dyskusję o „bezpieczeństwie” mieszkania da się prowadzić inaczej niż skreślając rodziców z listy. Mniej wygodnie? Tak. Bardziej uczciwie? Zdecydowanie.
Zwierzaki to częsty zapalnik konfliktów: sierść, zapach, zarysowane panele. Rozumiem obawy. Zamiast jednak uniwersalnego zakazu, można zastosować zabezpieczenia: wyższą kaucję w granicach prawa, protokół zdawczo-odbiorczy z dokumentacją stanu mieszkania, aneks z zasadami (np. regularne sprzątanie klatek, krótkie pazury, dywaniki antypoślizgowe). Pupil ma opiekuna – to z nim rozmawiamy i jego rozliczamy. Naprawdę wolę dobrego najemcę z psem niż złego bez psa.
Obywatelstwo czy akcent nadal bywają w Polsce „filtrami” pierwszego kontaktu. Nikt tego głośno nie powie w ogłoszeniu; najczęściej dzieje się to w wiadomościach. Właściciele tłumaczą: formalności, bariery językowe, niepewność zatrudnienia. To wszystko są zarządzalne zmienne: można wymagać dokumentów o dochodach, gwarantów, tłumaczeń. Problem zaczyna się, gdy cudzoziemiec jest traktowany jako ryzyko sam w sobie. To nie jest selekcja; to stereotyp. A stereotypy prędzej czy później uderzają także w „naszych” – gdy wyjeżdżamy do pracy za granicę i słyszymy, że „Polakom niechętnie wynajmujemy”.
Powtarzany refren: „to moje mieszkanie, mogę wynająć komu chcę” – brzmi dumnie, ale bywa skrótem myślowym. Wolność zawierania umów działa w ramach porządku prawnego i zasad współżycia społecznego. Jeśli ktoś prowadzi publicznie dostępną ofertę mieszkaniową, z definicji działa na rynku, nie w prywatnym klubie. I ma wpływ na życie nie tylko jednostek, ale całych grup. Wolność gospodarowania własnym mieniem nie znosi odpowiedzialności za wzorce, które tworzymy. Bo to z tych wzorców buduje się „norma rynkowa”, a z normy – realne bariery dla konkretnych ludzi.
Jeśli naprawdę chodzi o bezpieczeństwo i przewidywalność, to można to policzyć i sprawdzić. Zamiast pisać „bez dzieci/zwierząt/cudzoziemców”, zaproponujmy jawne i neutralne kryteria ryzyka:
To działa lepiej niż „preferencje”, bo traktuje ludzi jak dorosłych partnerów, a nie jak kategorie.
Pieniądze lubią konkrety. Zamiast segregować ludzi w nagłówku ogłoszenia, włączmy bezpieczniki w umowie. Kaucja (do ustawowego limitu) zwrotna w 30 dni po wyprowadzce, protokół szkód z cenami jednostkowymi, mechanizm waloryzacji czynszu, precyzyjny tryb wypowiedzenia. W razie obaw – najem okazjonalny lub instytucjonalny, z jasną ścieżką egzekucji. To są narzędzia, które istnieją po to, by ograniczyć ryzyko i emocje. A jeśli nadal chcemy „preferencji”, to nazwijmy je po imieniu: nie bezpieczeństwo, tylko wygoda. I zadajmy sobie pytanie, czy wygoda jest warta cudzego wykluczenia.
Żyjemy w kraju, w którym własność mieszkania stała się mitem założycielskim dorosłości. Kto tego nie ma, ten „tymczasowy”. Tę kulturę nieufności wzmacnia mediana płac, ceny i historia oportunistycznego prawa lokatorskiego. Na tym tle właściciele i najemcy ustawili się jak dwa obozy. Dobra wiadomość: mosty da się budować. Na rynku już działają modele ubezpieczeń najmu, systemy weryfikacji dochodów, solidne standardy protokołów i obsługi szkód. Im bardziej upowszechnimy narzędzia, tym mniej będziemy potrzebować wykluczeń.
Nie wszystko zależy od jednostek. Ogłoszeniowe platformy i redakcje mają realny wpływ na to, co staje się normą. Wystarczy kilka decyzji:
Jeśli ktoś mówi, że to „cenzura”, niech spojrzy na inne branże. Regulaminy platform od dawna kształtują zachowania rynkowe: w e-commerce, transporcie, pracy zdalnej. Dlaczego akurat mieszkanie miałoby być bez zasad?
Tak, uczciwość działa dwukierunkowo. Najemcy nie powinni ukrywać liczby mieszkańców, zwierząt, planowanych remontów. Właściciele – nie powinni „zapominać” o planowanej sprzedaży w trakcie najmu czy o uciążliwych sąsiadach. Dobra umowa zaczyna się od pełnego opisu stanu i warunków. I od numeru telefonu, pod który naprawdę da się dodzwonić, kiedy cieknie sufit.
„Bez dzieci”. „Bez zwierząt”. „Bez cudzoziemców”. Te trzy słowa załatwiają problem w 30 sekund – i na lata tworzą problem większy: społeczeństwo skubane po brzegach, z rosnącą goryczą i coraz mniejszym zaufaniem. Chciałbym żyć w kraju, w którym troska o mieszkanie współistnieje z troską o ludzi. Gdzie kryteria bezpieczeństwa są jawne i wspólne, a nie oparte na skrótach myślowych. Gdzie ogłoszenie „mieszkanie do wynajęcia” nie oznacza „mieszkanie dla takich jak my”. Jeśli mamy być „pokolenie najmu”, to bądźmy pokoleniem, które umie wynajmować bez upokarzania.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.