
Jeśli masz konto w mediach społecznościowych, komunikator w telefonie i adres mailowy, to prawdopodobnie każdego dnia ktoś o coś prosi. O wsparcie zbiórki na operację, o dorzucenie się do schroniska, o udostępnienie apelu, o wpłatę na lokalną akcję, o udział w licytacji. Do tego dochodzą puszki w sklepach, SMS-y charytatywne, zbiórki w pracy, szkoły, przedszkola, „wrzuć piątkę, to tylko kawa”. Świat pomocy nigdy nie śpi – ale my tak. I coraz częściej zwyczajnie nie mamy już siły.
W teorii to piękny obraz: ludzie łączą się w internetowe i realne wspólnoty, pomagają sobie, ratują zwierzęta, dzieci, osoby chore, miejsca kultury. W praktyce coraz więcej osób przyznaje szeptem, że zaczyna być zmęczonych ciągłym byciem adresatem próśb. Nie chodzi o to, że nagle stali się egoistami. Raczej o to, że ludzka psychika ma swoje granice. Nawet jeśli bardzo chcemy być „dobrymi ludźmi”.
Prośby o pomoc rzadko bywają złej jakości. Najczęściej stoją za nimi realne historie i prawdziwy ból. Rodzic walczący o życie dziecka. Organizacja, która ratuje bezdomne zwierzęta. Sąsiadka zbierająca na rehabilitację po wypadku. To wszystko trudno zignorować bez wewnętrznego zgrzytu. Każda z tych próśb osobno jest w pełni zrozumiała.
Problem pojawia się wtedy, gdy tych próśb jest nie trzy w roku, tylko trzy dziennie. Gdy człowiek wchodzi rano na platformę społecznościową i zamiast zobaczyć kilka zdjęć znajomych, widzi ciąg apeli, zbiórek, pilnych dramatów. „Potrzebne natychmiast”, „liczy się każda minuta”, „ostatnia szansa”. To język, który dobrze działa w pojedynczej kampanii. Ale gdy słyszymy go regularnie, nasz system alarmowy zaczyna wariować.
Nikt nie pyta, czy w tym tygodniu nie miałeś właśnie własnego kryzysu. Czy nie martwisz się o pracę, rachunki, chorą mamę, kredyt. Internetowa machina próśb zakłada milcząco, że jeśli masz konto i dostęp do przelewów, to możesz w nieskończoność dokładać się do cudzego cierpienia. A jeśli przestajesz, coś jest z tobą „nie tak”.
Większość z nas nie została wrzucona w świat pomagania z dnia na dzień. To raczej powolny proces. Najpierw ktoś prosi o udostępnienie zbiórki. Klikasz, bo to nic nie kosztuje. Potem ktoś prosi o symboliczną wpłatę. „Chociaż 5 złotych”. Jasne, wpłacasz. Potem kolejna akcja, kolejny udostępniony apel, kolejna wpłata. W pewnym momencie sam prosisz innych, bo natrafiasz na historię, obok której nie da się przejść obojętnie.
System opiera się na małych krokach. Tym, co w pojedynkę jest drobiazgiem, ale w skali miesiąca zamienia się w naprawdę poważne obciążenie. Finansowe, ale też emocjonalne. Bo każda historia, której się przyglądasz, zostawia ślad. Nawet jeśli po kilku godzinach zapominasz szczegóły, ciało pamięta napięcie, smutek, bezradność.
Do tego dochodzi mechanizm porównania. Jeśli widzisz, że znajomi publicznie chwalą się udziałem w zbiórkach, jeśli firmy wstawiają dumnie posty o przekazanych darowiznach, jeśli w komentarzach panuje klimat „prawdziwi ludzie pomagają” – łatwo poczuć, że zwykła obojętność przestaje być neutralna. Zaczyna być odczytywana jako moralna porażka.
Istnieje pojęcie, o którym rzadko mówimy wprost: zmęczenie empatią. To stan, w którym człowiek tak często styka się z czyimś cierpieniem, że zaczyna się przed nim bronić. Nie dlatego, że nagle przestaje mu zależeć. Raczej dlatego, że cały układ nerwowy nie wyrabia.
Z zewnątrz wygląda to często jak zobojętnienie. Ktoś przestaje reagować na apele, przewija posty o zbiórkach z lekką irytacją. Ktoś inny usuwa z obserwowanych profile fundacji, organizacji, lokalnych działaczy. W środku zwykle towarzyszy temu poczucie winy: „Jeszcze kilka miesięcy temu byłem poruszony, a teraz mam ochotę to zamknąć. Co się ze mną stało?”.
Tymczasem dzieje się rzecz bardzo ludzka. Empatia nie jest nieskończonym zasobem, który można dowolnie rozciągać. Szczególnie jeśli dotyczy dramatów, na które mamy ograniczony realny wpływ. Możemy pomóc jednej rodzinie, jednemu kotu, jednej organizacji. Ale nie udźwigniemy całego świata. Udawanie, że jest inaczej, kończy się zazwyczaj wypaleniem: człowiek wypina się nie tylko z nadmiaru apeli, ale i z tych, na które kiedyś reagował z przekonaniem.
Jeśli ktoś regularnie wspiera zbiórki, to oprócz empatii często ma też w pakiecie drugi zestaw emocji: wstyd i poczucie winy. Najpierw, gdy nie wpłacił. Potem, gdy wpłacił „za mało”. Później, gdy zdecydował, że nie będzie już dorzucał się do kolejnej akcji, bo nie ma z czego. Apele w tle nie milkną, więc pojawia się wewnętrzny szept: „Dla ciebie to tylko kilkanaście złotych, dla nich kwestia życia. Co to za argument, że masz swoje rachunki?”.
Media społecznościowe dodatkowo to wzmacniają. Widok pasków postępu na zbiórkach, komentarzy „dorzucam ile mogę”, historii o cudownych finałach – to wszystko buduje narrację, że pomoc jest obowiązkiem człowieka przyzwoitego. W idealnym świecie może tak by było. W realnym świecie ludzie mają ograniczone portfele, kredyty, dzieci, własne zdrowie na granicy. A od jakiegoś czasu także inflację, która zamienia „symboliczną kwotę” w realny wybór: pomóc czy kupić leki.
Paradoskalnie to właśnie najbardziej wrażliwe osoby najczęściej noszą w sobie największą ilość poczucia winy. Śledzą apele, przeżywają, kombinują, skąd jeszcze wycisnąć kilkanaście złotych. A potem budzą się któregoś dnia z wrażeniem, że sama myśl „nie dam rady” jest już czymś wstydliwym. Jakby człowiek miał obowiązek być studnią bez dna.
Osobny rozdział to ci, dla których pomoc innym nie jest dodatkiem, ale codziennością. Wolontariusze, osoby prowadzące fundacje, stowarzyszenia, grupy nieformalne. Na nich spada nie tylko widok dramatu, ale i cała logistyka: odbieranie telefonów, odpisywanie na wiadomości, organizowanie transportu, walki z urzędami, negocjacje z darczyńcami. A do tego nieustanna praca z cudzym cierpieniem – i z cudzym zawiedzionym oczekiwaniem, gdy nie da się pomóc wszystkim.
To właśnie w tych środowiskach najgłośniej powinno się mówić o wypaleniu. O tym, że osoba, która od lat ratuje innych, także ma prawo do zmęczenia, do przerwy, do wycofania się. Zamiast tego często słyszy, że jest „fundacją, która zamilkła”, „wolontariuszem, który się wypalił”, jakby był zepsutym narzędziem, a nie człowiekiem z krwi i kości.
W tle czai się jeszcze jedna trudna emocja: poczucie, że jeśli ja odpuszczę, to nie będzie komu. Kiedy znasz konkretne imiona, twarze, historie, trudno powiedzieć sobie „koniec na dziś”. Wiele osób wciągniętych w pomoc żyje w trybie permanentnego dyżuru. Telefon nigdy nie jest naprawdę wyłączony. Komunikator zawsze gdzieś miga. Granica między życiem prywatnym a pomaganiem zaciera się tak bardzo, że w pewnym momencie człowiek nie wie, kim jest, kiedy akurat nie organizuje pomocy.
Najprostsza rada brzmi banalnie: „Musisz stawiać granice”. Problem w tym, że osoby zaangażowane w pomoc słyszą to równie często, co hasło „bez ciebie sobie nie poradzą”. To sprzeczne komunikaty, które trudno pogodzić. A jednak bez granic pomaganie zamienia się w samopożerający mechanizm.
Granice nie muszą oznaczać: „od dziś nikomu nie pomagam”. Mogą oznaczać na przykład:
Podobnie w przypadku osób działających w sposób bardziej formalny. Granicą może być na przykład dzień w tygodniu, w którym nie odbierasz telefonów w sprawach pomocy. Albo godzina, po której komunikator służbowy jest wyłączony. Brzmi to jak herezja, dopóki nie uświadomimy sobie, że osoba całkowicie wypalona nikomu nie pomoże – a już na pewno nie w dłuższej perspektywie.
Warto spojrzeć na temat pomocy jak na bieg. Można rzucić się na start pełnym sprintem, reagować na każdą prośbę, wpłacać na każdą zbiórkę, udostępniać każdy apel. Przez chwilę robi to wrażenie – na innych i na nas samych. Tyle że po kilku miesiącach takiego biegu większość osób pada na twarz, a ich relacja z pomaganiem zaczyna kojarzyć się z bólem, a nie z sensownym działaniem.
Można też potraktować to jak maraton. Zastanowić się, na co naprawdę mam wpływ. Kogo chcę wspierać świadomie, a nie pod wpływem chwili. Jakie formy pomocy są dla mnie realne: pieniądze, czas, kompetencje, wsparcie emocjonalne. I w jakiej dawce, żeby po roku nie mieć odruchu ucieczki na sam dźwięk słowa „zbiórka”.
Świat bardzo lubi opowieści o wielkich gestach: ktoś sprzedał samochód, żeby opłacić terapię dziecka; ktoś porzucił pracę, żeby ratować zwierzęta. To historie ważne, ale nie dla każdego. Dla większości ludzi sensownym celem będzie raczej pomoc, którą da się utrzymać bez rozwalania całego własnego życia. Sto małych wpłat rozłożonych na lata może znaczyć dla organizacji więcej niż jeden spektakularny gest i późniejsze zniknięcie z pola widzenia.
Być może najważniejsze zdanie w całej tej układance brzmi: masz prawo być zmęczony pomaganiem. Masz prawo przewinąć zbiórkę, nie odpisać na apel, nie przyjść na kolejną akcję. Masz prawo wybierać, komu i kiedy dasz swój czas, pieniądze, emocje. I to wcale nie znaczy, że przestałeś być wrażliwym człowiekiem.
Nie da się żyć w świecie, który jest w permanentnym kryzysie, i za każdym razem reagować tak samo intensywnie. Czasem najlepszą rzecz, jaką możesz zrobić dla innych, jest zadbanie o siebie na tyle, żeby za pół roku nadal mieć siłę komukolwiek pomóc. Zamiast przepalać się w trzy miesiące, a potem zamknąć emocjonalnie na wszystko, co pachnie cudzym dramatem.
Być może potrzebujemy nowego języka mówienia o pomocy. Takiego, w którym obok „dziękujemy za wsparcie” pojawia się też „dbajcie o siebie”. W którym organizacje i osoby proszące o wsparcie otwarcie mówią: „rozumiemy, że nie każdy może i nie zawsze”. W którym odczarowuje się wizję pomagającego jako kogoś, kto nie ma własnych granic i potrzeb.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Felieton oparty na obserwacjach własnych oraz doświadczeniach osób zaangażowanych w działania pomocowe i charytatywne, a także na rozmowach z wolontariuszami i darczyńcami z różnych środowisk.