Żarty się skończyły - The Day the Earth Stood Still

Na ten temat już tyle napisano, że można spokojnie dodać jeszcze trochę.

Chodzi o remake filmu Roberta Wise The Day the Earth Stood Still (1951), który przez minione półwiecze zyskał status obrazu kultowego (numer 5 na liście najlepszych filmów SF i numer 67 wśród najbardziej inspirujących filmów wszechczasów Amerykańskego Instytutu Filmowego). Nie był on nigdy wyświetlany w polskich kinach, choć parę lat temu pokazała go nasza telewizja jako Dzień, w którym stanęła Ziemia. Jak by nie było, film jest oceniany w Polsce niemal tak wysoko, jak w USA (FilmWeb - 7,77/10, IMDb - 8,1/10).

Jest rzeczą niezwykle sporną, czy remake takiego klasyka powinien w ogóle powstać – jednak bardziej słuszne pytanie brzmi, czy można to było zrobić lepiej niż zrobiono. Twórcy filmu najwyraźniej byli świadomi problemu zmierzenia się z legendą, co przejawiło się w postawie umiarkowanej pokory wobec pierwowzoru. Interesujące jest to, że niektórych rzeczy nie potrafili zmienić, mimo intensywnych wysiłków. W dodatkach na płycie DVD można obejrzeć na przykład całą kolekcję różnych pomysłów wyglądu robota Gorta, jeden bardziej wyrafinowany od drugiego. Po wielu miesiącach ciężkiej pracy koncepcyjnej ktoś wreszcie nieśmiało zaproponował, żeby może jednak powrócić do oryginalnego wizerunku, co wszyscy przyjęli z ulgą. W rezultacie Gort jest człekokształtny, tyle że wielokrotnie wyższy od swojego poprzednika, a jego struktura skrywa (do czasu) złowrogą niespodziankę.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to najwięcej cięgów zebrał Keanu Reeves za rolę Klaatu, którą odegrał z kamienną twarzą. Powiedzcie mi jednak, jaką mimiką powinien posługiwać się obcy w ludzkiej skórze, aby film nie ześlizgnął się w groteskę? Dla mnie jest raczej oczywiste, że taki przybysz, w przeciwieństwie do człowieka, nie powinien odczuwać przymusu poruszania całkowicie nieużytecznymi mięśniami twarzy. Z drugiej strony łatwo zauważyć, że Keanu gra oczami, które podobno są zwierciadłem duszy, co (wbrew krytykom) dobrze świadczy o jego aktorstwie. Nie mam też zastrzeżeń do obsadzenia Johna Cleese w roli profesora Barnhardta. Jest to obecnie nobliwy starszy pan, który swoim pojawieniem na ekranie wcale nie musi od razu wywoływać salw śmiechu, co, jak sądzę, właśnie tym filmem udowodnił. Dobrze też wypadły pozostałe dwie gwiazdy: Kathy Bates (Misery i ponad 50 innych filmów) jako sekretarz stanu i Jennifer Connelly w roli doktor Helen Benson, a także Jaden Smith, syn Willa, występujący po raz drugi na ekranie (i pierwszy raz bez taty).

Nazwisko Bates pojawia się w kontekście filmu podejrzanie często. Oprócz Kathy mamy też Tylera (kompozytora) oraz nade wszystko Harry’ego Batesa, autora opowiadania Farewell to the Master (1940), będącego podstawą obu adaptacji filmowych. Nawiasem mówiąc – w no-weli chodziło nie całkiem o to samo co w filmie. Na odpowiedzialność Petera Nichollsa, autora Encyklopedii SF, podaję, że (swobodnie tłumacząc) w procesie adaptacji filmowej została zagubiona ironia, ukazująca pułapki interpretowania w ludzkich terminach relacji pomiędzy ogromnym robotem i jego nieludzkim panem. Co zagubiono w remake’u – niech każdy sam zdecyduje.

W obecnej wersji filmu Klaatu przylatuje kulistym pojazdem, niebezpiecznie przypominającym (poza wielkością) ten z filmu Kula (Sphere) Levinsona. Nawet początek obu filmów jest podobny (nagła mobilizacja naukowców różnych specjalności). O czym to miałoby świadczyć (pomijając niedowład wyobraźni) nie ośmielę się sądzić. Film Roberta Wise natomiast był pierwszym, w którym pokazano klasyczny latający spodek. Warto tu dodać, że termin flying saucer został wprowadzony ledwie 4 lata wcześniej, po pierwszej obserwacji UFO dokonanej przez Kennetha Arnolda; i jest taki a nie inny bynajmniej nie z powodu kształtu pojazdu, lecz raczej charakterystycznego sposobu poruszania się „jak spodek rzucony na wodę” (co my określamy jako „puszczanie kaczek”).

I tu dochodzimy powoli do kluczowej kwestii, czyli przesłania filmu, płynącego z ust Klaatu. Otóż mówi on dokładnie to samo, co wszyscy inni załoganci latających spodków, pomiędzy jedną premierą a drugą. Z początku Obcy wyrażali zaniepokojenie próbami nuklearnymi (począwszy od relacji George’a Adamskiego z listopada 1952), a następnie (po rozpoczęciu tzw. uprowadzeń) postępującym zanieczyszczeniem środowiska naturalnego. Tak więc mamy płynne przejście od jednego filmu do drugiego, z fenomenem UFO pośrodku.

Wychodzi na to, że przy okazji tej recenzji wytłumaczyłem zagadkę dręczącą przynajmniej część ludzkości od ponad pół wieku. Otóż winowajcą jest Robert Wise! Niestety, w życiu nic nie jest takie proste. Wielu rzetelnych badaczy zmagało się z fenomenem uprowadzeń, dochodząc nieodmiennie do wniosku, że są one realnym zjawiskiem. Poświadcza to na przykład swoim autorytetem John E. Mack, znany amerykański psychiatra, który zbadał przy użyciu regresji hipnotycznej wiele przypadków uprowadzeń przez UFO. W swojej książce Abduction - Human Encounters with Aliens (1994) stwierdza on dodatkowo, że być może powinniśmy ponownie zdefiniować pojęcie realności. Rzecz w tym, że Obcy (kimkolwiek są) potrafią manipulować naszym sposobem postrzegania w taki sposób, żebyśmy widzieli to, co chcą, żebyśmy zobaczyli – modelując odpowiednio wygląd swój i swoich pojazdów, a także pozostając niewidzialnymi dla tych, którym nie chcą się ukazać. Być może rzecz jest w tym, że nie są oni całkiem materialni (!).

Jak by nie było, początkowo relacje ze spotkań z Obcymi przypominały mocno pierwszy film: ze spodka wychodził człekokształtny osobnik, przedstawiał się jako Wenusjanin i prawił o zagrożeniach, po czym odlatywał. Potem wyszło na jaw, że Wenus nie nadaje się do zamieszkania, więc tak zwanych Nordyków zastąpili stopniowo mniej przyjaźni Szarzy, czyli klasyczne ufoludki, pochodzące podobno (według relacji uprowadzonej Betty Hill) z Zeta Reticuli. Jak widać, ewolucja naszych wyobrażeń pociągała za sobą zmianę charakteru kontaktów (i vice versa). Jedno tylko się nie zmieniało: przesłanie o zagrożeniu Ziemi i o tym, że powinniśmy się opamiętać póki jeszcze czas. Ostatnio jednak słyszymy, że już go nie mamy i zagłada Ziemi jest nieunikniona, co bardzo dobrze koresponduje z treścią drugiego filmu.

Krótko mówiąc – żarty się skończyły, a teraz ktoś będzie musiał po nas posprzątać.

Andrzej Prószyński
GFK

P.S. Już po napisaniu tego tekstu sięgnąłem ponownie do recenzji obu filmów zamieszczonej w Informatorze 237 (styczeń 2009). Nie mam zamiaru z niczym polemizować, chcę natomiast zwrócić uwagę na skrytykowaną tam „omnipotencję” Klaatu w remake’u. Otóż w relacjach uprowadzonych przez UFO Obcy mają jeszcze większą władzę nad ludźmi i materią niż w filmie, na przykład swobodnie przenikają przez ściany. Tego jednak żaden szanujący się filmowiec nie umieściłby w swoim dziele!

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Polecane

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie

Dyskusja

Poradniki
Ważne: Użytkowanie Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.