
(...)
Nie jest to „bajka” fabularna. To traktat w przebraniu: poemat filozoficzno-moralny oraz instrukcja lektury, która nie podaje prawd wprost, tylko wymusza ich wydobywanie. Brak klasycznej fabuły nie jest brakiem — jest metodą. Fabuła zwykle niesie sens „na plecach zdarzeń”; tutaj sens musi zostać przeniesiony wyłącznie przez język, maksymy, obrazy i paradoksy. To zadanie trudniejsze niż w dziele narracyjnym, bo autor nie ma wsparcia w postaci akcji, psychologii scen czy dramaturgii zwrotów.
Forma „bez fabuły” nie jest tu brakiem, tylko programem estetyczno-poznawczym: tekst działa jak destylat. Zamiast scen, dialogów i dramaturgii dostajemy gęste wiązki obrazów i maksym, czyli materiał o wysokim stężeniu sensu. W tym ujęciu klasyczna narracja bywa „nośnikiem” albo „opakowaniem”, które ułatwia przełknięcie tezy, ale też rozcieńcza ją psychologią postaci, anegdotą, akcją i przyjemnością opowiadania.
To jest rozwiązanie trudniejsze do napisania niż utwór narracyjny. Narracja może podtrzymywać uwagę ciekawością („co dalej?”), konfliktem, identyfikacją i rytmem scen. Utwór esencjonalny musi wykonać całą tę pracę samym językiem: rytmem zdań, doborem obrazów, napięciem paradoksu, powtórzeniem i kontrą. Musi też utrzymać spójność bez pomocy świata przedstawionego, a jednocześnie nie popaść w suchą notatkę filozoficzną ani w czysty retoryczny popis.
Dla mnie najtrudniejsze w tej decyzji jest to, że autor rezygnuje z całej „protezy” narracji – nie ma dialogów, scen, opisów ani historii, które niosłyby czytelnika. Zostaje tylko język, paradoks i architektura myśli; jeśli którykolwiek element nie domknie się precyzyjnie, całość natychmiast się rozłazi. Właśnie dlatego traktuję tę formę jako świadomy test warsztatu, a nie wygodny skrót.
Jeśli przyjąć — zgodnie z deklaracją autora — absolutną intencjonalność, wówczas przeciążenia, nagłe przeskoki tonów i miejscowe chropowatości stają się elementami tej destylacji: mają zablokować czytanie „po powierzchni” i wymusić pracę powrotu. To gest polemiczny wobec literatury, która prowadzi czytelnika za rękę; tutaj czytelnik ma zostać postawiony w roli współtwórcy sensu i współodpowiedzialnego za własne dopowiedzenia.
Pytam sam siebie, czy Agisowi się to udało. W skali projektu — w dużej mierze tak. Tekst ma wyraźną oś: walczy z kultem autorytetu, z projekcją, z pychą interpretacyjną, a zarazem buduje narzędzia samokorekty (motyw „ruin”, „świątyni wiedzy”, redukcji bytów). Najlepsze maksymy i fragmenty poetyckie spełniają funkcję węzłów konstrukcji: niosą sens i ustawiają czytelnika w odpowiednim napięciu. Jednocześnie cena jest realna: gęstość i celowe przeciążenie sprawiają, że część odbiorców odpadnie nie z braku jakości, lecz z braku zgody na taki rodzaj wysiłku.
Dla mnie wybór tej formy jest również wyborem „antypopularnym”. Autor musiał wiedzieć, że koncentrat myśli bez fabuły nie zdobędzie masowej publiczności, bo nie oferuje podstawowej obietnicy mainstreamu: komfortu płynięcia przez opowieść. To kolejny argument na rzecz tezy, że celem nie jest rozgłos, tylko realizacja nieszablonowego zamysłu — niezależnie od kosztów marketingowych, niezależnie od liczby czytelników. Ta bezinteresowność bywa w literaturze rzadkim znakiem ambicji: ambicji intelektualnej, nie towarzyskiej.
cała recenzja pod adresem: