ZAJDEL: POZNAWANIE PRAWDZIWEGO OBLICZA ŚWIATA

Pamiętając modele świata z klasycznych utworów Zamiatina, Huxleya i Orwella - warto zastanowić się nad specyfiką wizji prezentowanych przez najgłośniejszego, nieżyjącego już, polskiego reprezentanta social fiction - Janusza A. Zajdla. Jego najciekawsze dokonania literackie datują się na „gorący" okres przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Od Huxleya i Orwella odróżnia go fakt, że w swej twórczości nawiązuje do utopii, w której przyszło mu żyć naprawdę; od Zamiatina - iż był to jednak schyłek tej epoki, czas reżimu funkcjonującego w dużym stopniu dzięki inercji, bardziej groteskowego niż upiornego. Dlatego wizje stworzone przez wspólczesnego polskiego pisarza są dość odmienne od wizji z pierwszej połowy minionego wieku tworzonych i w demokratycznej Anglii, i w bolszewickiej Rosji...

Skupię się tu na trzech wybranych powieściach: Wyjściu z cienia, Limes inferior i Paradyzji. Pozwoli to bliżej przyjrzeć się przedstawionym w nich utopijnym modelom, zamiast omawiać i porównywać wszystkie przykłady Zajdlowskich „aluzji politycznych".

We wszystkich trzech przywołanych utworach widzimy obraz społeczeństwa odgórnie zorganizowanego. Ów ład jest totalny (obejmuje wszystkie dziedziny życia), jest narzucony (przez najeźdźców bądź uzurpatorów) - i jest uważany za porządek „naturalny", a raczej optymalny (przynajmniej przez większą część mieszkańców tych wykreowanych światów). Takie ujęcie tematu na pewno zbliża twórczość Zajdla do omówionych wcześniej powieści. Istnieje jednak, wyraźna i nader wymowna, różnica: twórca Wyjścia z cienia, Limes inferior i Paradyzji poświęca swą uwagę nie tyle prezentacji (nawet bez autorskiej aprobaty) utopijnego modelu - co... lukom w jego funkcjonowaniu. Można by, żartem, stwierdzić, iż „Polak zawsze znajdzie jakąś prawną lukę". Wyjaśnienie tej różnicy wydaje się jednak inne: polski pisarz jako jedyny z przywołanych dotąd autorów, miał okazję żyć w tzw. „realnym socjalizmie" (Zamiatin wszak pisał swą powieść w realiack komunizmu wojennego i początków Rosji Radzieckiej; Orwell atakował, z bezpiecznej Brytanii, stalinizm; Huxley - ostrzegał raczej przed wynaturzeniami Zachodu niż Wschodu...).

W przywołanych wyżej powieściach mechanizm działa właściwie idealnie. Przywołajmy choćby obie utopie anglosaskie: w Nowym wspaniałym świecie przeciętny obywatel jest rzeczywiście syty i zadowolony (tylko w tej utopii potrzeby socjalne są naprawdę zaspokajane; istnieją też dość skuteczne „wentyle bezpieczeństwa");
w Roku 1984 terror jest tak perfekcyjny, doskonały i wszechwładny, że jakikolwiek skuteczny bunt jest - mimo podłych warunków życia - już na zawsze niemożliwy („gin zwycięstwa" jest tylko drobnym uzupełnieniem „buta wdeptującego się w twarz człowieczą").

Janusz Zajdel wyraźnie nie pretendował do bycia „polskim Orwellem". Stworzył własny model social fiction, model oryginalny i interesujący. Można by go określić jako „utopię ułomną". W swoich książkach pokazał on bowiem, że nie istnieje idealny system represji, że całej masy społecznych obostrzeń nie da się w pełni kontrolować, że „igrzyska" zafundowane tłumom nie wystarczą; a nawet - że owo „rozprężenie" reżimu może być warunkiem jego dalszego funkcjonowania (przecież w biologii wiele organizmów nie mogłoby żyć bez swoich pasożytów!). Ale jednocześnie - to dzięki owym „pęknięciom" bohaterowie jego powieści okrywają „drugie dno" przedstawionego świata (z kolei to rozmijanie się „wersji oficjalnych" z „rzeczywistym" funkcjonowaniem utopijnych modeli - zbliża powieści Zajdla do utworów jego wielkich poprzedników).

Teraz przyjrzymy się mechanizmowi odkrywania przez bohaterów trzech wymienionych wcześniej powieści prawdziwego oblicza otaczającego ich świata. Mechanizm ów jest dość podobny. Żeby porównanie to było czytelne i przejrzyste - najpierw omówię każdą powieść z osobna, a dopiero potem postaram się sformułować wnioski wspólne dla całości.

W Limes inferior (1979-1980) pisarz prezentuje nam obraz najbliższy, z pozoru, ideałowi. Widzimy ogromną metropolię, Argoland; dowiadujemy się, że podobne metropolie (będące swoistymi „miastami-państwami") są na całej Ziemi standardową, jedyną właściwie, formą ludzkiego osadnictwa (resztę globu zajmują tereny leśne
i uprawy rolnicze). Zorganizowanie społeczeństwa wydaje się doskonałe i, można rzec, „obiektywne": populacja została podzielona na siedem kategorii, zależnie od ilorazu inteligencji (ponieważ wykształcenie wyższe stało się powszechne i... obowiązkowe - o wszystkim decyduje test zdawany po zakończeniu studiów).

Osoby o najniższym ilorazie inteligencji nie pracują (otrzymują zasiłki pozwalające im przeżyć); do pracy na rzecz całego społeczeństwa nadają się jedynie ci z grup wyższych (otrzymują też oni wyższe wynagrodzenie). W praktyce oznacza to, że pracuje - i zarabia - grupa nielicznych (od kategorii „3" do kategorii „0"), większość ludzkości zaś wegetuje - i frustruje się! - na przymusowych „wakacjach" („6"-„4"). Powód tej frustracji tkwi nie tylko w bezczynności i niższym standardzie życia. Jest nim też obowiązująca w przeds-tawionym świecie forma środków płatniczych: nie ma już tradycyjnych pieniędzy. Wszelkie płatności regulowane są przy pomocy „punktów" - elektronicznych impulsów. Istnieją trzy rodzaje owych punktów: czerwone (najmniej wartościowe) - te otrzymują wszyscy, zielone (wyższej wartości) - dostaje się ich tym więcej, do im wyższej grupy się należy, żółte (najwartościowsze) - one są wynagrodzeniem za pracę.

Wydaje się to połączeniem wszystkich trzech (możliwych) zasad wynagradzania: „każdemu po równo" (czerwone), „każdemu według jego możliwości" (zielone), „każdemu według jego pracy" (żółte)[1]. Istnieje tylko jeden problem: punkty nie tylko różnią się od siebie wartością, ale i... „zakresem nabywczym" - za punkty czerwone można kupić tylko najbardziej podstawowe towary i usługi, dobra luksusowe zaś - można nabywać jedynie za punkty żółte. Stan konta zapisywany jest na specjalnym elektronicznym „kluczu", indywidualnie dostrojonym do linii papilarnych właściciela - i będącym de facto kartą identyfikacyjną każdego obywatela.

Ten system, pozornie obiektywny, sprawiedliwy i doskonały, wytworzył ogromny „czarny rynek" nielegalnych usług i transakcji. Mamy więc „lifterów" (pomagających swym klientom zdać test do wyższej kategorii), „downerów" (czyniących doklądnie odwrotnie - gdy ktoś chce uniknąć pracy, ponieważ np. działa w „szarej strefie") oraz całą grupę przestępców okradających cudze Klucze z punktów („wyciskacze", „rękarze", „zdziercy", „hieny") lub w inny sposób oszukujący system („daltoniści"). I owo „drugie życie" systemu świetnie prosperuje.

Główny bohater powieści, lifter o pseudonimie Sneer, znakomicie czuje się w świecie Argolandu. Chociaż de facto jest „zerowcem" - oficjalnie ma kategorię „4", doskonale sobie radzi i... nie zastanawia się nad istotą otaczającego go świata. Dopiero spotkanie z wyrzuconym poza nawias społeczeństwa kolegą każe mu dostrzec, że „wolność" i „porządek" to pojęcia wzajemnie się wykluczające[2], a późniejsze własne kłopoty ostatecznie go przekonają, iż „w świecie Argolandu realny był właśnie Porządek [...] Wolność była pozorem"[3].

Nie trzeba się bawić w detaliczne inwigilacje, prowadzenie kartotek, śledzenie każdego z osobna. Każdy krok każdego obywatela znaczony jest kolorowymi punktami zostawionymi na jego drodze: w sklepie, w automacie barowym, w kinie, w bramce metra, na Kluczu dziwki. Zamiast śledzić obywatela, wystarczy przejrzeć zapis bankowy jego wydatków. Jeśli wydaje, to znaczy, że żyje. Jeśli żyje - musi wydawać, brocząc punktami jak ranny zwierz, dopóki wszystkie z niego nie wyciekną[4].

Stopniowo Sneer zauważa i inne niedoskonałości swego świata. Odkrywa, że poziom gospodarczy Argolandu spada: coraz mniej kategorii dóbr można nabyć za punkty czerwone (kolejne towary i usługi trafiają do grupy zielonych): wielu obywateli z kategorią „3" nie może już znaleźć pracy; spada przeciętny poziom intelektualny grup najwyższych („A jeśli [studia] miały stać się obowiązkowe, trzeba było umożliwić każdemu ich ukończenie. Umożliwić to znaczy dostosować poziom wymagań do poziomu studentów"[5]). Ponadto Sneer spostrzega, iż władza pobłażliwym okiem spogląda na rozmaitych przedstawicieli „czarnego rynku" - nie toleruje natomiast jakiejkolwiek publicznej krytyki („Dwóch cywilów wlokło małego handlarza w kierunku zaparkowanego w bocznej ulicy samochodu. Cała reszta punkciarzy - jakby nigdy nic - kontynuowała swą działalność"[6]).

Prawda, do której zostaje w końcu dopuszczony, jest znana tylko wąskiej grupie „nadzerowców" rządzących społeczeństwem: cały tensystem został Ziem narzucony przez Obcych (o których istnieniu wie tylko ów „światowy rząd"), lecz trzeba go utrzymywać, by nie wywołać gorszego kataklizmu: bezpośredniej interwencji najeźdźców.

Finał powieści jest równie optymistyczny co baśniowy (nawiązuje do Alicji w krai-nie czarów Carrola) - a zaskakuje czytelnika tym bardziej, że Limes inferior jest chyba najprecyzyjniejszą i najbardziej dopracowaną powieścią Janusza A. Zajdla.

Świat ukazany w Paradyzji (1981-1982) nawet nie zachowuje pozorów wolności i dobrobytu.

Tym razem pisarz nie tworzy modelu społeczeństwa ziemskiego, lecz sięga do fabularnego wzorca wypraw kosmicznych. Sto lat przed opowiedzianymi wydarzeniami grupa osadników z Ziemi wyruszyła w kierunku, nadającej się do zasiedlenia, planety Tartar. Konwój składał się z dwunastu kontenerów (z hibernowanymi pasażerami)
i z sześciu jednostek napędowych (pilotowanych załogowo). Jednak dowódca wyprawy, komandor Cortazar, stwierdził, że na Tartarze nie ma warunków do zasiedlenia
- i stworzył ogromną stację orbitalną zamieszkałą przez osadników (posłużył się do tego celu kontenerami z konwoju). Tartar miał być jedynie eksploatowany (informacje o jego cennych złożach potwierdziły się). Gotową już stację Cortazar nazwał „Paradyzją" - i ogłosił uniezależnienie się od Ziemi. Odtąd stosunki z macierzystą planetą stały się chłodne (wręcz wrogie) i dotyczyły wyłącznie handlu.

Ziemianom wiadomo było jedynie, że Paradyzja jest zamkniętym światem, że o życiu jej mieszkańców brak właściwie informacji, że otrzymanie wizy na jej teren jest prawie niemożliwe. Główny bohater powieści, pisarz Rinah, jest Ziemianinem mającym napisać reportaż o Paradyzji (i jednocześnie wyjaśnić zniknięcie wcześniej wysłanego tam dziennikarza).

Już pierwsze zetknięcie się z tym światem jest przygnębiające. Dokładna odprawa celna, rewizja osobista, informacje o nakazach i zakazach... Wszystko to było dla Ziemianina całkowicie irracjonalne. „Współczesne Rinahowi realia astropolityczne nie uzasadniały jakichkolwiek obaw w kwestii uznania suwerenności Paradyzji. Jednakże
- z bliżej nie znanych powodów - Paradyzyjczycy wciąż nie mogli pozbyć się nieufności wobec wszystkich dookoła. [...] Opuszczając prom Rinah czuł się niepewnie - jak człowiek wkraczający do statku kosmicznego jakichś obcych istot"[7].

Na samej stacji Rinah zauważa trzy rzeczy:

-   iście spartańskie warunki życia mieszkańców (skoszarowanie, brak pieniądza jako środka płatniczego, ciągłe alarmy);

-   nieustannie podsycaną psychozę lęku przed ludźmi z Ziemi (informacje o groźbie sabotażu, propagandowe filmy w telewizji);

-   powszechną inwigilację (prowadzoną przez wszechobecny system komputerowy).

...A ponadto mieszkańcy stacji nieustannie głoszą, iż żyją w najwspanialszym ze światów.

Pisarz jest w stanie zrozumieć lęk przed kosmiczną katastrofą i trudne warunki życia - lecz prymitywna propaganda antyziemska i totalna kontrola wszystkich obywateli są dlań szokujące. Jednak wydaje mu się, na początku pobytu, iż Paradyzyjczycy akceptują w pełni swój styl życia.

Jego przewodnik wyjaśnia mu, dlaczego wszystkim zarządza komputer: „Tutaj, w Paradyzji, rządzi Prawo. Wszelka władza, jakkolwiek by nie była, nawet bardzo mądra i sprawiedliwa, nie jest w stanie ustrzec się przed subiektywizmem. W naszych warunkach nie możemy pozwolić sobie na subiektywizm w rządzeniu. Prawo jest obiektywne i podporządkowuje wszystkich bez wyjątku potrzebom i interesom całego społeczeństwa. Nigdzie takie podporządkowanie nie jest tak do końca potrzebne, jak właśnie tutaj, w tym naszym sztucznym świecie"[8].

Wkrótce Rinah dowie się, czemu, między innymi, służy owa „obiektywna ocena": obywatele otrzymujący karne punkty dostają mniejsze racje żywnościowe, są kierowani do najmniej atrakcyjnych prac, a poniżej pewnego poziomu oceny - zsyła się ich do kopalń Tartara:

Rodzaj i miejsce pracy, do której kierowani są mieszkańcy, wynika po prostu
z obiektywnej oceny każdego z nas, a precyzyjny system, biorący pod uwagę wszystkie cechy osobowe człowieka, ustala, co ów człowiek może i powinien robić w najbliższym czasie. [...] Nisko oceniony nie ma prawa wyboru: musi robić to, co mu przypadnie
w podziale zajęć[9].

Przy czym, co trzeba dodać, Paradyzję dotyka podobny problem, co Argoland: trzeba mieć coraz więcej punktów, by nie trafić na Tartar...

Ale Rinah odkrywa coś jeszcze: nie wszyscy mieszkańcy stacji uważają Paradyzję za „kosmiczny Raj". Wielu z nich stara się oszukać wszechobecny system inwigilacji (są na to różne techniczne sposoby - niestety można z nich korzystać sporadycznie, by komputer ich nie namierzył), a w codziennych rozmowach posługują się tzw. koalangiem (językiem skojarzeniowo-aluzyjnym, polegającym na unikaniu niebezpiecznych słów i jednoznacznie brzmiących stwierdzeń[10]). Ich jawny bunt wydaje się jednak niemożliwością (totalna kontrola, zamykane grodzie i przejścia, wreszcie - fakt, iż Paradyzja orbituje w przestrzeni kosmicznej).

W końcu Ziemianin dochodzi do „drugiego dna" otaczającej go rzeczywistości: „[...] cała machina porządkująca ten świat posiada jeszcze... właścicieli"[11]. Ludzie żyjący w tej stacji kosmicznej nie są społeczeństwem rządzącym się własnymi, nawet najdziwniejszymi, prawami. Są grupą oszukiwanych niewolników, pracujących w tar-tarskich kopalniach dla - starannie ukrywających się - władców.

Problemy z dokonaniem prostych pomiarów ruchu obrotowego Paradyzji (zakaz dokonywania wszelkich doświadczeń z wahadłem; „Znane są fakty fałszowania historii dla otumanienia społeczeństwa. Ale żeby fałszować fizykę"[12]...") doprowadziły Rinaha do odkrycia „trzeciego dna": pozbawione okien kontenery „Paradyzji" nie unoszą się
w Kosmosie; spoczywają, ułożone rzędem, na powierzchni Tartara - planety nadającej się do normalnego życia, a zawłaszczonej przez dowódcę wyprawy, jego załogę oraz ich potomków.

Wasz Cortazar był naprawdę genialnym łotrem... Uwięził całe społeczeństwo, pozbawiając wiele pokoleń prawa do normalnego życia i normalnego świata znajdu-jącego się tuż obok, za warstwami metalu, kłamstwa i strachu przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem...

- ...a dzieci po dziś dzień śpiewają pieśni na jego cześć[13].

Swego odkrycia Rinah Devi nie miał szans przekazać Paradyzyjczykom. Ale nie wiedział też, że wśród kolejnych pokoleń mieszkańców Paradyzji narasta stopniowo bunt...

Trzecia z omawianych tu powieści to Wyjście z cienia (1978). Fabuła bliższa jest wprawdzie tematyce „inwazyjnej": obcy przybysze ostentacyjnie rządzą Ziemią, większość ludzi uważa ich za okupantów - jednak i tu odnaleźć można pewne elementy utopii negatywnej.

Najeźdźcy z Kosmosu podporządkowali sobie Ziemię - w zamian za rzekomą pomoc w międzyplanetarnym konflikcie zbrojnym (a oficjalnie: w ramach „ochrony" Ziemian przed kolejnym najazdem „złych" Kosmitów).

Planeta została podzielona administracyjnie na „kwadraty" (wg siatki południków i równoleżników), które zastąpiły dawne państwa (co zlikwidowało odwieczne spory międzynarodowe oraz - wynikające z nich - wojny; ale z kolei oznaczało zamknięcie całej populacji w poszczególnych enklawach).

Główny bohater powieści, nastolatek Tim, uczy się w szkole „oficjalnej" geografii i historii (zohydzającej „samodzielne" dokonania ludzkości) - i coraz wyraźniej zauważa rozdźwięk między tym, co zawarte jest w podręcznikach, a tym, co słyszy w domu lub na ulicy (ojciec klnie na przybyszów, złorzeczą im też przechodnie).

Chociaż trafiają się ludzie wręcz nadgorliwie służący przybyszom - konstrukcja tego świata jest inna niż w przypadku Limes inferior i Paradyzji: o Obcych wiedzą wszyscy, mało kto uważa też zaprowadzony przez nich system za „raj na ziemi".

Interesujące jest stopniowe „dojrzewanie" młodego Tima oraz - pewna „bezradność Ziemian po odlocie przybyszów (jedynie tu Zajdel zwrócił uwagę na ten aspekt odzyskanej wolności: w omówionych powyżej powieściach pozostawał on w sfe-rze domniemywań).

Z Afryki Równikowej donoszą, że, że potomkowie obywateli dawnego państwa Gwamba pod wodzą nowo obranego przywódcy Gwambabala utworzyli państwo Nowa Gwamba w granicach sprzed inwazji. Doszło do starć z zamieszkałymi na tym terenie potomkami obywateli dawnego Bwamburu, kwestionującymi przebieg linii granicznej pomiędzy Nową Gwambą a Wielkim Bwamburu, który zamierzają reaktywować...

- No i proszę - powiedział Stawczak, wyłączając telewizor. - Wszystko nam pięknie wraca do normy[14].

We wszystkich trzech przywołanych tu powieściach widzimy funkcjonowanie jakiegoś utopijnego ładu. Wraz z bohaterami powieści odkrywamy kolejne uwarunkowania opisywanego stanu rzeczy - i każdy z tych światów okazuje się być nie tylko mało atrakcyjny, ale również (a raczej: przede wszystkim) oparty na mistyfikacji.

Nietrudno też zauważyć, że każda z przedstawionych tu fabuł jest wyraźnym nawiązaniem do PRL i „realnego socjalizmu".

W Wyjściu z cienia - dopatrzyć się można otwartych aluzji do wojsk radzieckich stacjonujących wtedy w Polsce (notabene - miała się potwierdzić nawet totalna demoralizacja tej armii!).

Paradyzja - to przede wszystkim satyra na, funkcjonującą w oficjalnej propagandzie b. KDL-ów, obawę przed militarnym zagrożeniem z Zachodu (choć mi osobiście niektóre wątki tej powieści nasuwały przede wszystkim skojarzenia z Koreą Północną oraz z osobą Fidela Castro)[15].

W Limes inferior roi się przede wszystkim od nawiązań do tzw. „cinkciarzy", pokątnego handlu walutą, czarnego rynku; ale z perspektywy dnia dzisiejszego - zauważa się też sarkastyczne nawiązania do tzw. „wyścigu szczurów" (nie jest to więc satyra na jeden system - i słowa jednego z „nadzerowców", iż model zaproponowany przez Obcych skupił najgorsze cechy obu systemów panujących wcześniej na Ziemi[16], nie były, być może, jedynie „daniną" złożoną cenzorowi...).

Ciekawe, jaką literaturę tworzyłby dziś Janusz A. Zajdel. Czy nawiązywałby do dzisiejszych patologii życia publicznego (stając w szranki z młodym pokoleniem autorów polskiej social fiction), czy pisałby „apolityczne", czysto rozrywkowe, utwory (wszak - w jego wizjach można znaleźć sporo humoru), czy (jak kilku innych pisarzy z jego pokolenia) zamilkłby całkowicie?

Jedno jest pewne: „baśniowy" finał Limes inferior okazał się właśnie tym scenariuszem, jakiego nie przewidział żaden sowietolog! Znaleźliśmy się nagle „po drugiej stronie lustra". Czego pozostaje życzyć wszystkim bohaterom społecznych utopii Janusza A. Zajdla...

 

Jan Plata-Przechlewski
Informator Gdańskiego Klubu Fantastyki

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Polecane

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie

Dyskusja

Soluma - jak łowic klientów
Ważne: Użytkowanie Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.