
To był tydzień, w którym kultura bardzo wyraźnie weszła w politykę, a polityka weszła na czerwone dywany, do muzeów i na sceny. Z jednej strony mieliśmy otwarcie Berlinale pod znakiem nowych głosów i tematów wolnościowych, z drugiej – europejskie miasta „kapitały kultury” startujące z programem, który ma scalać społeczności i wprowadzać kulturę na ulice. W tle przewijały się też wielkie mechanizmy branży: nagrody i kontrowersje wokół kryteriów, festiwale filmowe jako rynek, a także „miękka siła” państw, które pokazują się przez sztukę i rzemiosło. Poniżej najważniejsze wydarzenia tygodnia – każde opisane szerzej, żeby było jasne, co wynika z samego faktu, a co z jego konsekwencji.
Berlin International Film Festival rozpoczął się w tym tygodniu w atmosferze świadomie odmiennej od hollywoodzkiej „fabryki blasku”: w relacjach Reutersa mocno wybrzmiewało, że Berlinale tradycyjnie preferuje kino autorskie, społeczne i polityczne, a tegoroczna edycja ma to dodatkowo podkreślać. To ważne, bo Berlinale jest nie tylko świętem kina, ale też narzędziem selekcji tematów: decyduje, jakie historie dostaną wielkie ekrany, a jakie zostaną w obiegu niszowym. W praktyce festiwal nadaje ton rozmowie o tym, co jest „ważne” w kulturze – i robi to na styku estetyki, etyki i polityki.
Warto pamiętać, że Berlinale to również rynek: impreza ma duże znaczenie dla dystrybutorów, sprzedaży praw i dalszego obiegu filmów. Jeśli festiwal pokazuje, że opłaca się inwestować w nowe głosy, narracje o prawach człowieka i kino „spoza centrum”, to zmienia się rachunek ryzyka w branży. Z perspektywy widza oznacza to, że za kilka miesięcy w kinach i na platformach może pojawić się więcej tytułów z regionów zwykle słabiej reprezentowanych. Z perspektywy twórców – że Berlin pozostaje miejscem, gdzie „ważność” bywa walutą równie mocną jak nazwisko gwiazdy. To jeden z tych tygodni, kiedy festiwal przestaje być wydarzeniem branżowym, a staje się deklaracją, czym ma być kino w 2026 roku.
Jednym z centralnych momentów otwarcia było uhonorowanie Michelle Yeoh nagrodą Honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt. Reuters podkreślał wagę tego faktu także historycznie: Yeoh ma być pierwszą Azjatką uhonorowaną w ten sposób. Sama nagroda nie jest „tylko” podsumowaniem kariery – jest też sygnałem instytucji: kogo uznajemy za wzorzec, komu dajemy status ikony. W branży, w której przez dekady istniały twarde sufity reprezentacyjne, takie gesty mają realne przełożenie na to, kto dostaje role, budżety i uwagę mediów.
Równie ważny jest kontekst festiwalu: Berlinale buduje narrację o „nowych głosach” i otwartości, a laureatka staje się twarzą tej narracji. To działa jak punkt odniesienia dla młodych twórców – zwłaszcza tych, którzy walczą ze stereotypizacją. Z perspektywy publiczności to też przypomnienie, że „wielka kariera” coraz rzadziej jest traktowana wyłącznie jako suma hitów kasowych: liczy się konsekwencja, ryzyko artystyczne i wpływ społeczny. Ten tydzień pokazał, że duże festiwale próbują rozliczać branżę nie tylko z jakości filmów, ale też z jakości reprezentacji i z tego, komu realnie oddaje się mikrofon.
Film otwarcia Berlinale – „No Good Men” – został opisany przez Reuters jako romantyczna komedia osadzona w Kabulu tuż przed powrotem Talibów. Reżyserka Shahrbanoo Sadat mówiła o świadomym sprzeciwie wobec oczekiwań Zachodu, który często żąda od afgańskich historii wyłącznie „smutku” i „ciężaru wojny”. To ważny punkt: kultura bywa pułapką egzotyki i cierpienia, a twórcy z krajów doświadczonych przemocą są wtłaczani w rolę dostarczycieli bólu. Sadat próbuje tę kliszę przełamać – pokazując, że nawet w sytuacji zagrożenia ludzie żyją, kochają, żartują, kłócą się i mają swoją prywatną godność.
Znaczenie takiego wyboru na festiwalu jest spore. Po pierwsze, to przesunięcie estetyczne: polityczność nie musi być wyłącznie „ciężkim dramatem”. Po drugie, to przesunięcie etyczne: widz dostaje szansę na empatię bez litości, na spotkanie z postaciami, które nie są tylko ofiarami. Po trzecie, to przesunięcie branżowe: jeśli film o Afganistanie otwiera tak duży festiwal, to zmienia się reguła gry dla dystrybutorów i producentów. Ten tydzień pokazał, że kino polityczne nie musi rezygnować z lekkości, aby pozostać poważne, a festiwal – że jest gotów brać odpowiedzialność za zmianę języka opowiadania o krajach „z nagłówków”.
Euronews relacjonował, że otwarcie Berlinale przebiegało pod znakiem politycznych gestów i protestów. To jest charakterystyczne dla Berlina jako miasta i dla Berlinale jako instytucji: festiwal tradycyjnie dopuszcza, a czasem wręcz prowokuje obecność tematów publicznych na czerwonym dywanie. W praktyce oznacza to, że kultura nie udaje „neutralności” – przyjmuje, że w czasach wojny, kryzysów migracyjnych i polaryzacji, samo milczenie jest stanowiskiem. Tego typu wydarzenia są ważne społecznie, bo zderzają oczekiwanie „rozrywki” z doświadczeniem świata, który rozrywką nie jest.
Jednocześnie takie otwarcia są testem: gdzie kończy się symbol, a zaczyna realna zmiana? Publiczne gesty gwiazd bywają krytykowane jako powierzchowne, ale zarazem potrafią przekierować uwagę mediów na tematy, które bez tego zniknęłyby z głównego nurtu. W tym tygodniu otwarcie Berlinale działało jak megafon: przypominało, że film festiwalowy to nie tylko artystyczny obieg, ale też narzędzie debaty o prawach człowieka, przemocy państwa i wolności twórczej. Dla widzów i branży to sygnał, że „kultura jako ucieczka” traci monopol, a „kultura jako pole sporu” staje się standardem.
W samym końcu tygodnia ruszył program otwarcia Trenčína jako Europejskiej Stolicy Kultury 2026. Oficjalna strona projektu zapowiadała weekend 13–15 lutego jako moment, w którym centrum miasta ma się zamienić w scenę plenerową: parada, instalacje, wydarzenia muzyczne i literackie, a także otwarcie wielu „mikro-przestrzeni” kultury rozsianych po mieście. To ważny model: zamiast jednego wielkiego obiektu, kultura rozlewa się po tkance miejskiej, a uczestnictwo nie wymaga biletu na galę, tylko wyjścia na ulicę.
Europejskie Stolice Kultury są często krytykowane za „eventyzację” i turystyczny marketing, ale w tym tygodniu warto uchwycić ich społeczny potencjał. Jeśli program faktycznie uruchamia lokalne wspólnoty (wolontariusze, szkoły, domy kultury, mniejsze inicjatywy), może wzmacniać spójność społeczną i poczucie dumy z miejsca. W miastach średnich to bywa szczególnie istotne: kultura staje się narzędziem zatrzymania odpływu młodych i sposobem na nadanie sensu przestrzeni publicznej. Ten tydzień to start, nie finał – ale start w formie „kultury na ulicy” jest dziś jednym z najciekawszych europejskich kierunków.
Oulu jest drugą Europejską Stolicą Kultury 2026. Strona Uniwersytetu Oulu opisywała wydarzenie „Off to the North!” – mini-festiwal filmowy w przestrzeni biblioteki (3–5 lutego) z pokazami i prelekcjami ekspertów o tematyce północnej. Choć formalnie wydarzenie wypada tuż przed omawianym tygodniem, jego echo i kontynuacja w programie lutowym wpisują się w logikę tygodnia: kultura nie jako jednorazowy fajerwerk, tylko jako stały rytm instytucji codzienności (biblioteka, kampus, przestrzeń publiczna).
Znaczenie jest podwójne. Po pierwsze, to model demokratyzacji kultury: widz nie musi iść do „świątyni sztuki”, bo sztuka przychodzi do miejsca, gdzie ludzie i tak bywają. Po drugie, to model budowania tożsamości regionu: „północność” staje się tematem, który da się opowiedzieć filmem, rozmową, wystawą, a nie tylko folderem turystycznym. W 2026 roku takie projekty są odpowiedzią na zmęczenie wielkimi metropoliami: pokazują, że kultura może wyrastać z lokalności i jednocześnie być europejska. Ten tydzień – przez start Trenčína i ciągłość programu Oulu – ułożył obraz Europy, która próbuje „robić kulturę” poza głównymi centrami.
Reuters opisywał wystawę w londyńskim National Maritime Museum, która powstała po ekspedycji artystów na Wyspy Marshalla i dotyka jednocześnie historii testów nuklearnych oraz współczesnego zagrożenia klimatycznego (podnoszenie się poziomu mórz). To przykład, jak kultura łączy archiwum z teraźniejszością: sztuka nie tylko „pokazuje” problem, ale też organizuje pamięć i przekłada abstrakcyjne dane na emocjonalnie przyswajalne doświadczenie. Wyspy Marshalla są w globalnej świadomości często niewidoczne, a jednocześnie są symbolem tego, jak decyzje mocarstw i globalne emisje uderzają w konkretne, małe społeczności.
Ważny jest też format: muzeum, które kojarzy się z historią morską i imperialną, staje się miejscem rozmowy o odpowiedzialności i skutkach ubocznych „wielkiej polityki”. W 2026 roku coraz więcej instytucji kultury robi taki zwrot: od celebracji ekspansji do krytycznej refleksji nad jej kosztami. Społecznie to ma znaczenie edukacyjne – bo muzeum nie jest już tylko miejscem „oglądania”, ale miejscem, które buduje postawę. Ten tydzień przypomniał, że kultura potrafi być narzędziem etycznego rozrachunku: z przeszłością nuklearną i z teraźniejszością klimatyczną naraz.
Instytut Polski w Londynie informował o obecności projektu „Metamorphosis: Craft from Poland” na targach Collect 2026 (luty – początek marca). W centrum jest dziewięcioro artystów i opowieść o polskim rzemiośle jako obszarze innowacji, eksperymentu i redefinicji „polskości” w designie. To ważne, bo rzemiosło wciąż bywa spychane do kategorii „ładnego dodatku” albo „folkloru”. Tymczasem współczesne craft i design stały się narzędziem komentowania świata: materiał, technologia, proces i etyka produkcji są dziś równie istotne jak forma.
Dla Polski to także element kulturowej dyplomacji: pokazywanie kraju nie wyłącznie przez politykę i spory, ale przez praktykę twórczą, która jest zrozumiała międzynarodowo. W tym tygodniu warto odnotować to jako trend: państwa coraz częściej konkurują miękką siłą przez sztukę i design, bo to buduje skojarzenia trwalsze niż kampanie wizerunkowe. Społecznie ważny jest też aspekt ekonomiczny: eksport kultury (w tym rzemiosła) to realne rynki dla twórców, a nie tylko prestiż. Ten tydzień pokazał polski wątek w międzynarodowym obiegu, który nie jest „dodatkiem”, tylko pełnoprawnym uczestnictwem.
W Seulu 11 lutego odbyły się D Awards, które – według relacji medialnych – przyniosły główne wyróżnienia m.in. ENHYPEN, Stray Kids, BOYNEXTDOOR i RIIZE. Niezależnie od tego, jak ktoś ocenia K-pop estetycznie, jest to dziś globalna infrastruktura kultury masowej: łączy muzykę, performance, modę, media społecznościowe i potężne społeczności fanowskie. Wydarzenia nagrodowe działają tu jak „węzły” ekosystemu: wzmacniają narracje o nowych gwiazdach, podbijają sprzedaż, kierują uwagę reklamodawców i platform.
Społecznie K-pop jest ciekawy także dlatego, że uczy nowego typu uczestnictwa w kulturze: fan nie jest tylko odbiorcą, ale organizuje działania, kampanie, głosowania, często wchodzi w praktyki quasi-obywatelskie (zbiórki charytatywne, akcje społeczne, mobilizacje). Taki model nie jest wolny od napięć – bywa toksyczny, eksploatujący i oparty na presji – ale nie da się go zignorować jako zjawiska kulturowego. Ten tydzień dołożył kolejny sygnał: nagrody K-popowe to nie margines, tylko rytuał globalnego przemysłu rozrywkowego, który wpływa na gusta, język i sposoby bycia w sieci także w Europie.
W brytyjskich mediach głośno było o tym, że Noel Gallagher ma otrzymać tytuł Songwriter of the Year na Brit Awards, mimo że – według doniesień – nie opublikował nowych utworów od 2023 roku. To wywołało sprzeciw części środowiska twórców, którzy podnoszą, że nagroda powinna odzwierciedlać realną, bieżącą pracę, a nie wyłącznie legendę i „dziedzictwo”. W tle pojawiły się postulaty zmiany kryteriów, a także podejrzenia, że decyzja jest powiązana z symboliką miejsca i popkulturową polityką pamięci (nagrody jako narzędzie budowania narracji o „narodowych ikonach”).
To wydarzenie jest ważne, bo dotyka mechanizmu nagród jako instytucji: czy mają nagradzać aktualny stan sztuki, czy utrwalać kanon? W dobie streamingu, nadprodukcji i błyskawicznej rotacji hitów, „dziedzictwo” stało się walutą marketingową – ale jednocześnie wielu aktywnych twórców czuje, że system nagród przestaje być sprawiedliwy. Spór o kryteria jest więc w gruncie rzeczy sporem o władzę: kto decyduje, co jest wartościowe, i czy kultura ma być hierarchią, czy obiegiem otwartym. Ten tydzień pokazał, że nawet w popie i mainstreamie konflikt o zasady jest bardzo realny – a nagrody nie są tylko galą, lecz też narzędziem selekcji i wykluczeń.