
To zestawienie obejmuje najważniejsze wydarzenia z Polski i ze świata z tygodnia kończącego się 20 grudnia 2025 r. Skupiłem się na decyzjach instytucji publicznych, publikacjach danych makro oraz sygnałach z banków centralnych, bo to one najszybciej przekładają się na ceny, koszt kredytu, kursy walut, nastroje konsumentów i plany firm. Każde wydarzenie opisuję w szerszym kontekście: co się stało, dlaczego jest istotne oraz jakie może mieć skutki.
W piątek 19 grudnia Senat przyjął ustawę budżetową na 2026 r., kończąc kluczowy etap prac nad planem finansów publicznych na przyszły rok. Najwięcej emocji budziły dwa parametry: skala wydatków i dopuszczalny deficyt. Z punktu widzenia rynku to nie jest tylko polityczna przepychanka – budżet wyznacza, ile państwo będzie musiało pożyczyć i jak duża będzie podaż obligacji w 2026 r., a więc wpływa na koszt finansowania całej gospodarki. Jeżeli potrzeby pożyczkowe rosną szybciej, inwestorzy mogą oczekiwać wyższej premii za ryzyko, a banki i fundusze kalkulują to w cenie kredytu i wycenie aktywów. To szczególnie ważne w Polsce, gdzie w ostatnich latach wysoki udział wydatków o charakterze stałym (m.in. świadczenia, obsługa długu, koszty energii, zbrojenia) sprawia, że elastyczność budżetu w trudniejszych momentach jest mniejsza.
Na poziomie „realnej gospodarki” budżet jest też mapą priorytetów: jeśli wydatki idą w stronę inwestycji infrastrukturalnych, energetycznych i cyfrowych, część impulsu wraca do firm w postaci zamówień, a część podnosi potencjalny wzrost na kolejne lata. Jeśli dominują transfery konsumpcyjne, efekt bywa szybszy, ale mniej trwały i łatwiej o presję inflacyjną. W tym tygodniu temat budżetu naturalnie łączył się z dyskusją o stopach procentowych: przy bardziej ekspansywnej polityce fiskalnej bank centralny ma mniej komfortu, by szybko i agresywnie luzować. Dlatego decyzja Senatu była czytana nie tylko jako formalność, ale jako sygnał, że w 2026 spór o równowagę między wydatkami, deficytem i inflacją wróci na pierwsze strony.
W poniedziałek 15 grudnia GUS opublikował ostateczne dane o inflacji konsumenckiej za listopad 2025 r. – wzrost cen wyniósł 2,5% rok do roku, a w ujęciu miesiąc do miesiąca ceny wzrosły o 0,1%. W tych liczbach najważniejszy jest rozkład: ceny usług rosły wyraźnie szybciej (5,3% r/r) niż ceny towarów (1,4% r/r). To klasyczny sygnał dla banków centralnych, że presja kosztowa w gospodarce przesuwa się z „twardych” kategorii (np. surowce, żywność, energia) w stronę komponentów zależnych od rynku pracy – płac, dostępności pracowników i popytu na usługi. Innymi słowy: inflacja ogółem wygląda już „spokojnie”, ale wewnątrz koszyka nadal pracuje mechanizm, który może podtrzymywać wzrost cen w sektorach usługowych.
Dla gospodarstw domowych takie tło ma konkretne konsekwencje. Spadek dynamiki cen towarów zwykle przynosi szybszą ulgę w codziennych zakupach, natomiast szybciej rosnące ceny usług często podbijają koszty, których trudniej uniknąć: naprawy, prywatna opieka zdrowotna, edukacja, usługi komunalne czy transport. Z perspektywy firm oznacza to z kolei, że łatwiej o presję na marże w branżach usługowych i o przenoszenie kosztów pracy na klientów. Ten układ jest też ważny dla polityki pieniężnej: przy inflacji ogółem bliskiej celu łatwiej argumentować obniżki stóp, ale utrzymująca się inflacja usług potrafi hamować tempo luzowania. Dlatego listopadowe dane GUS stały się w tym tygodniu jednym z głównych punktów odniesienia dla oczekiwań dotyczących ścieżki stóp procentowych w 2026 r.
Czwartek 18 grudnia przyniósł pakiet twardych danych z polskiej gospodarki, który mocno ustawił dyskusję o kondycji popytu i sytuacji firm. Z jednej strony GUS podał, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie wyniosło 9 078,16 zł, co oznacza wzrost o 7,1% r/r, przy jednoczesnym spadku przeciętnego zatrudnienia o 0,8% r/r (6 413,8 tys. etatów). Z drugiej strony w danych o produkcji sprzedanej przemysłu pojawił się spadek o 1,1% r/r, a w ujęciu miesiąc do miesiąca aż o 9,3%. W tle była też informacja o cenach producentów (PPI) – spadek o 2,4% r/r. Ten zestaw jest ciekawy, bo pokazuje gospodarkę „w rozkroku”: wynagrodzenia rosną nadal solidnie, ale rynek pracy nie jest już tak napięty jak w poprzednich latach, a przemysł i ceny producentów sygnalizują słabszą presję kosztową oraz ostrożniejszy popyt na dobra.
Najważniejsza interpretacja dla firm i inwestorów brzmi: inflacja kosztowa w łańcuchu produkcji słabnie, ale nie znika ryzyko, że koszty pracy będą w 2026 r. kluczowym czynnikiem podbijającym ceny usług. Spadek produkcji w jednym miesiącu nie przesądza o trendzie, jednak przy jednoczesnym spadku PPI sugeruje, że przedsiębiorstwa mają mniejszą przestrzeń do łatwego podnoszenia cen – częściej muszą walczyć o wolumen, efektywność albo marże. Jednocześnie wzrost płac (7,1% nominalnie) wspiera dochody rozporządzalne i może podtrzymywać konsumpcję, ale jeśli jest połączony z niższym zatrudnieniem, to obraz staje się bardziej zniuansowany: część firm zamienia wzrost kosztów na optymalizację zatrudnienia. Dlatego rynkowo te dane były ważnym „sprawdzam” dla scenariusza miękkiego lądowania – gospodarka hamuje, ale nie gaśnie, a dla polityki pieniężnej to argument za ostrożnym, krokowym luzowaniem.
W środę 17 grudnia prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził taryfy na sprzedaż i dystrybucję energii elektrycznej dla gospodarstw domowych na 2026 r., dla czterech tzw. sprzedawców z urzędu oraz największych operatorów dystrybucyjnych. W komunikatach rządowych pojawił się przekaz, że zatwierdzone taryfy mają być średnio o ok. 13,5% niższe niż w IV kwartale 2025 r. – co brzmi jak realna ulga dla portfeli, ale warto pamiętać o mechanice rachunku. Po pierwsze, w ostatnich latach ceny dla części odbiorców były w różnym stopniu „amortyzowane” przez rozwiązania osłonowe i zamrożenia, więc sama taryfa nie zawsze wprost przekłada się na końcową fakturę. Po drugie, rachunek to nie tylko energia czynna, ale też dystrybucja, opłaty stałe i podatki, a ich zmiany mogą częściowo kompensować spadek jednej składowej.
Ekonomicznie ta decyzja ma dwa szersze skutki. Pierwszy jest makro: niższa ścieżka cen energii w 2026 r. zmniejsza ryzyko, że inflacja znów „odklei się” od celu, co daje bankowi centralnemu więcej przestrzeni do umiarkowanych obniżek stóp, jeśli inne czynniki będą sprzyjać. Drugi jest mikro i dotyka firm: stabilniejsze, przewidywalne taryfy poprawiają planowanie kosztów u przedsiębiorstw energochłonnych oraz w handlu i usługach, gdzie energia jest ważnym składnikiem marży. W tym tygodniu temat taryf był też czytany w kontekście polityki energetycznej: Polska wchodzi w okres intensywnych inwestycji w OZE, sieci i źródła bilansujące, a więc każda decyzja regulacyjna na styku cen, inwestycji i ochrony odbiorców staje się elementem większej układanki – jak utrzymać konkurencyjność gospodarki, nie wchodząc w spiralę kosztów i dopłat.
W połowie tygodnia mocno wybrzmiał temat polskiej energetyki morskiej: według analiz rynkowych pierwsza konkurencyjna aukcja offshore wind w Polsce jest postrzegana jako test dla całej Europy po serii trudnych, a czasem nieudanych przetargów w innych krajach. Mechanizm, który Polska proponuje, opiera się na 25-letnich kontraktach z gwarantowaną ceną energii, co ma dać inwestorom stabilność przy finansowaniu projektów o bardzo dużych nakładach. To ważne, bo po okresie wzrostu kosztów kapitału i inflacji w łańcuchach dostaw część rynków – m.in. w Europie Północnej – miała problem z tym, że maksymalne ceny w aukcjach przestawały „spinać” ekonomię projektów. W polskim przypadku poziom wsparcia i długi horyzont kontraktów mają ograniczać ten problem, a jednocześnie zapewnić konkurencję dzięki zasadom aukcyjnym (m.in. wymóg odpowiedniej liczby oferentów).
Z punktu widzenia gospodarki to nie jest wyłącznie „energetyczna ciekawostka”. Offshore wind to program inwestycyjny, który tworzy popyt na usługi inżynieryjne, portowe, logistyczne, metalowe i kablowe, a przy dobrze poprowadzonej polityce przemysłowej może budować krajowe łańcuchy dostaw. Równocześnie to element bezpieczeństwa energetycznego: dla kraju odchodzącego od węgla, z atomem rozpisanym na lata, morska energetyka wiatrowa ma dostarczyć dużą, względnie stabilną porcję mocy bez importu paliwa. W tym tygodniu rynek patrzył więc na aukcję także przez pryzmat kosztu energii w przyszłości: im więcej nowych mocy wejdzie do systemu w przewidywalnym modelu finansowania, tym większa szansa na obniżenie premii za ryzyko w cenach hurtowych i na mniejszą zmienność. To temat, który łączy finanse publiczne, regulacje, przemysł i geopolitykę – dlatego tak mocno wszedł do ekonomicznego „podsumowania tygodnia”.
W czwartek 18 grudnia Europejski Bank Centralny zdecydował o pozostawieniu trzech kluczowych stóp procentowych bez zmian. W komunikacie podkreślono, że nowa ocena sytuacji potwierdza scenariusz stabilizacji inflacji w średnim terminie wokół celu 2%, ale jednocześnie widoczna jest duża niepewność co do tempa wzrostu gospodarczego i kanału transmisji polityki pieniężnej. Dla rynków istotny był nie tyle sam brak ruchu (wiele osób go oczekiwało), ile ton przekazu: sygnały płynące z EBC wpisywały się w szerszą narrację, że cykl luzowania w gospodarkach rozwiniętych zbliża się do końca, a kolejne decyzje będą coraz bardziej zależne od danych i od tego, czy inflacja usług i płac będzie nadal wygasać.
Znaczenie tej decyzji dla Polski jest pośrednie, ale realne. Stabilniejsze stopy w strefie euro wpływają na kurs euro, koszty finansowania w regionie oraz apetyt na ryzyko na rynkach wschodzących. Jeżeli EBC sygnalizuje pauzę, zmniejsza się presja na gwałtowne różnice stóp w Europie, co bywa korzystne dla stabilności walutowej i dla wyceny długu krajów peryferyjnych. Jednocześnie słabszy wzrost w strefie euro może ograniczać popyt na polski eksport, więc dla naszej gospodarki to zawsze bilans dwóch sił: koszt pieniądza i koniunktura u głównych partnerów handlowych. Ten tydzień dorzucił do tego jeszcze jeden element – odczyty nastrojów konsumentów w UE, które pokazały spadek zaufania. Razem z decyzją EBC tworzy to obraz końcówki roku: inflacja schodzi do bardziej „normalnych” poziomów, ale wzrost pozostaje kruchy, a banki centralne starają się nie zepsuć tego balansu zbyt wczesnym albo zbyt późnym ruchem.
Tego samego dnia, 18 grudnia, Bank Anglii obniżył stopę Bank Rate o 0,25 pkt proc. do 3,75%. W oczy rzucał się rozkład głosów w MPC (5 do 4), co sugeruje, że w brytyjskim banku centralnym trwa realny spór o to, jak szybko schodzić z poziomu restrykcyjnej polityki. Dla rynku jest to ważne, bo głębokość podziału często mówi więcej niż sama decyzja: kiedy część członków boi się, że inflacja w usługach i presja płacowa są nadal zbyt mocne, bank zwykle próbuje prowadzić politykę „małymi krokami”, unikając obietnic całej ścieżki na kilka posiedzeń do przodu. Oficjalny przekaz wskazywał na znaczący spadek inflacji względem szczytu sprzed kilku lat, ale też na potrzebę ostrożności, bo powrót do celu 2% ma być trwały.
Gospodarczo decyzja BoE oddziałuje przez dwa kanały. Pierwszy to finanse gospodarstw domowych: w Wielkiej Brytanii wrażliwość rynku mieszkaniowego na koszt kredytu jest wysoka, więc każdy ruch Bank Rate wpływa na wyceny swapów, oprocentowanie kredytów hipotecznych i nastroje konsumentów. Drugi kanał to kurs funta i przepływy kapitału – jeśli Wielka Brytania obniża stopy szybciej niż USA czy strefa euro, rynek może dyskontować słabszą walutę, co z kolei działa proinflacyjnie przez import. Dlatego 18 grudnia był dla inwestorów dniem, w którym trzeba było zestawić dwie historie: bank centralny zaczyna ułatwiać oddychanie gospodarce, ale robi to w warunkach niepewności i podzielonego komitetu. W skali globalnej to kolejny element układanki potwierdzającej, że końcówka 2025 r. to czas przechodzenia z fazy „intensywnych cięć” do fazy „selektywnych, ostrożnych korekt”.
W Azji kluczowym wydarzeniem była decyzja Banku Japonii o podniesieniu stopy procentowej do 0,75% – poziomu najwyższego od trzech dekad. Ruch był szeroko oczekiwany, ale rynkowa reakcja okazała się nieintuicyjna: jen po decyzji osłabił się, a inwestorzy poczuli się „ośmieleni” do utrzymywania strategii carry trade. To pokazuje, że w polityce pieniężnej liczą się nie tylko same liczby, ale też komunikacja i wiarygodność ścieżki na przyszłość. Gdy bank centralny podnosi stopy, ale jednocześnie nie daje jasnych sygnałów, czy i jak szybko będzie kontynuował zacieśnianie, rynek może uznać, że różnica stóp między Japonią a resztą świata wciąż pozostanie na tyle duża, że opłaca się pożyczać w jenie i kupować aktywa w walutach o wyższym oprocentowaniu. W efekcie umocnienie jena nie musi się pojawić – przynajmniej nie od razu.
Do gry weszła też polityka: japoński minister finansów ostrzegł, że władze są gotowe reagować na „nadmierne” ruchy na rynku walutowym, szczególnie gdy są one gwałtowne i jednostronne. To ważny sygnał dla globalnych rynków, bo w przeszłości Japonia potrafiła interweniować, gdy kurs USD/JPY zbliżał się do psychologicznych poziomów. Dla gospodarki Japonii słaby jen jest mieczem obosiecznym: pomaga eksporterom i zyskom korporacji, ale podbija koszty importu energii i żywności, co uderza w gospodarstwa domowe. Z perspektywy świata to wydarzenie ma znaczenie większe niż lokalne – zmiana polityki BoJ wpływa na globalną płynność i przepływy kapitału, bo japońskie instytucje finansowe należą do największych inwestorów w obligacje zagraniczne. Ten tydzień pokazał, że nawet po podwyżce stóp Japonia pozostaje „specjalnym przypadkiem”, a rynek bardziej niż na sam ruch patrzy na to, czy BoJ będzie konsekwentnie normalizował politykę.
W poniedziałek 15 grudnia światowe rynki trawiły słabsze dane z Chin za listopad, które podbiły obawy o trwałość ożywienia popytu wewnętrznego w drugiej gospodarce świata. Najbardziej rzucała się w oczy dynamika sprzedaży detalicznej – wzrost tylko o 1,3% r/r, najsłabszy od końca 2022 r. – co natychmiast uruchomiło dyskusję o tym, czy dotychczasowe bodźce (m.in. programy dopłat i „trade-in”) nie tracą już mocy. Słabsza konsumpcja w Chinach jest globalnie ważna, bo to rynek, który potrafi przesuwać ceny surowców, wpływać na eksport Azji i determinować nastroje na rynkach wschodzących. Dla firm z Europy – także z Polski – oznacza to potencjalnie trudniejsze warunki w łańcuchach dostaw i w eksporcie pośrednim (np. przez Niemcy), gdy chiński popyt jest słabszy niż oczekiwano.
Z ekonomicznego punktu widzenia w tej historii kluczowe jest napięcie między eksportem a popytem wewnętrznym. W 2025 r. Chiny w dużej mierze opierały wzrost na handlu zagranicznym, co przy rosnących barierach handlowych i tarciach geopolitycznych staje się strategią coraz bardziej ryzykowną. Słabsza sprzedaż detaliczna wzmacnia więc presję na władze w Pekinie, żeby w 2026 r. przesunąć ciężar na pobudzanie konsumpcji i inwestycji krajowych, a to z kolei może oznaczać kolejne programy wsparcia, zmiany podatkowe albo reformy rynku nieruchomości. W krótkim terminie rynki czytają takie dane dość prosto: „mniej popytu z Chin” to gorsza wiadomość dla surowców i dla części eksporterów, a także argument, że globalny wzrost może być niższy. Ten tydzień był dobrym przykładem, jak pojedynczy odczyt z Pekinu potrafi przełożyć się na wyceny ropy, metali, walut i indeksów giełdowych w wielu strefach czasowych.
Końcówka tygodnia upłynęła pod znakiem „studzenia” oczekiwań na szybkie kolejne cięcia stóp w USA. W piątek 19 grudnia prezes nowojorskiego Fed John Williams mówił, że nie widzi pilnej potrzeby ponownego obniżania stóp procentowych, podkreślając, że po ostatnim ruchu Fed polityka jest „dobrze ustawiona” do wspierania rynku pracy, a jednocześnie do sprowadzania inflacji w stronę celu 2%. To ważne, bo tydzień wcześniej – 10 grudnia – FOMC obniżył docelowy przedział stopy funduszy federalnych do 3,50–3,75%. Rynek w naturalny sposób zaczął więc dyskontować, czy styczniowe posiedzenie może przynieść kolejną obniżkę. Komentarze Williamsa (a także podobny ton innych wypowiedzi z Fed) sugerowały jednak, że bank centralny chce przejść w tryb „czekamy na dane”, oceniając, czy spowolnienie na rynku pracy i ścieżka inflacji rzeczywiście uzasadniają dalsze luzowanie.
Z perspektywy globalnej to ma duże znaczenie. Po pierwsze, dolar i rentowności amerykańskich obligacji są punktem odniesienia dla kosztu kapitału na całym świecie – od finansowania firm w Europie po ceny kredytu w gospodarkach wschodzących. Jeśli Fed wysyła sygnał pauzy, rynki częściej przechodzą w tryb selekcji: kapitał płynie do krajów i spółek z lepszymi fundamentami, a słabsi odczuwają to szybciej. Po drugie, komunikacja Fed wpływa na surowce i rynki akcji, bo zmienia oczekiwania co do tempa wzrostu i premii za ryzyko. Wreszcie, dla Polski to ważne tło do krajowej dyskusji o stopach: jeżeli najważniejszy bank centralny świata hamuje z cięciami, część presji na szybkie luzowanie w mniejszych gospodarkach też słabnie. Ten tydzień zakończył się więc obrazem, w którym Fed – po wykonaniu ruchu – stara się odzyskać kontrolę nad narracją: mniej „autopilota” w cięciach, więcej warunkowości i uważnego czytania danych.