
Lubię swoją kanapę tak samo jak każdy. Ale kiedy patrzę na to, co zrobiliśmy z ideą pracy zdalnej, zaczynam zadawać sobie niewygodne pytania. Czy rzeczywiście wyzwoliliśmy się spod dyktatu biurowej klatki, czy tylko zamieniliśmy jedno więzienie na drugie – tym razem zlokalizowane w salonie, trzy metry od lodówki?
Pandemia pchnęła nas – z dnia na dzień – w objęcia domowych routerów, dziurawych słuchawek Bluetooth i rozmów, w których połowę czasu spędza się na krzyczeniu „słychać mnie?”. Euforia była zrozumiała: brak dojazdów, swoboda organizacji dnia, perspektywa pracy z plaży lub górskiej chatki. Szybko okazało się jednak, że „wszędzie” bywa synonimem „nigdzie”.
Pracodawcy, którzy w 2021 r. prześcigali się w deklaracjach o „remote first”, dziś ostrożnie dokręcają śrubę: obowiązkowe dwa-trzy dni w biurze, czasem pełen powrót. Powód? Spadek spontanicznej innowacyjności, trudności z wdrażaniem juniorów, dramatyczny wzrost „zoom-burnoutu”, a w tle rosnące ceny najmu mieszkań, które sprawiają, że praca z domu przestaje być tania nawet dla samego pracownika.
1. Przestrzeń
Na grafice stockowej „home office” przedstawia loft z widokiem na Manhattan. W realu mieszkasz w bloku z wielkiej płyty, a twoje „biuro” to róg stołu w kuchni dzielonej z dziećmi uczącymi się zdalnie. Ergonomia? Umówmy się – skórzana kanapa z IKEI nie zastąpi regulowanego fotela.
2. Czas
Granica między pracą a życiem prywatnym najpierw się zaciera, a potem znika. O 22:30 jeszcze „dosyłasz szybko poprawkę”, bo przecież komputer stoi dwa kroki od łóżka. W konsekwencji przeciętny „zdalniak” pracuje dłużej, choć ma poczucie ciągłego niedoczasu.
3. Relacje
Kamera nie łapie mikro-ekspresji. Atmosfera burzy mózgów w Teamsie przypomina raczej seans spirytystyczny: „czy jesteś z nami?”, „daj znać na czacie”. Nieprzypadkowo rośnie liczba badań łączących permanentną pracę zdalną z osamotnieniem i zaburzeniami nastroju.
Praca zdalna w skali makro zmieniła rytm metropolii. Kawiarnie w dzielnicach biznesowych świecą pustkami, za to internet w dzielnicach sypialnych przeżywa godziny szczytu. Biura – zbudowane za miliardy – stoją częściowo puste, ale czynsze nie spadają; wręcz przeciwnie, powstają prestiżowe „przestrzenie hybrydowe”, w których pracownik może zarezerwować… dokładnie ten sam fotel, który dwa lata temu miał na wyłączność w open-space.
Mniej oczywisty skutek to gentryfikacja prowincji. „Cyfrowi nomadzi” zaczęli wykupywać domki letniskowe, windując ceny gruntów i usług. Miejsca, które miały być rajem spokoju, zmieniają się w drugie biurowce – tyle że rozrzucone po całym kraju.
Jeśli myślisz, że praca zdalna to tylko kwestia wyboru stylu życia, przypomnę o czymś, co dopiero kiełkuje w brukselskich kuluarach: unijnym „prawie do odłączenia się” („right to disconnect”). Chodzi o prawny obowiązek dania pracownikowi możliwości nie-odpowiadania po godzinach. Paradoks? Musimy stanowić prawo, żeby móc… zamknąć laptop.
Pozbądźmy się złudzeń. Pracownik w domu kosztuje mniej tylko wtedy, gdy policzysz rachunek w excelu pozbawionym kolumny „kreatywność”, „rotacja” i „sterowanie kryzysowe”. A te koszty eksplodują, gdy zespół się rozpada, bo nikt nie czuje się częścią czegoś większego niż szereg zajaśnień w Slacku.
Próby ratowania kultury firmowej wirtualnymi piątkowymi pub-quizami przypominają podlewanie kaktusa konewką przeznaczoną dla sekwoi. Dziewięć na dziesięć osób włącza mikrofon raz, żeby powiedzieć „hej” i zaraz potem wycisza się na resztę spotkania, scrollując TikToka.
Model 2/3, 3/2, 50/50 – nazwij jak chcesz. Hybryda ma sens pod jednym warunkiem: harmonogram nie może być zbiorem nakazów z góry, tylko efektem rozmowy. Inaczej kończy się tak samo jak full remote: nikt nie wie, kto siedzi w biurze, a kto w domu, kalendarz zebrania wygląda jak sudoku, a menedżerowie spędzają pół dnia na „syncach o syncach”.
Quo vadis, pracodawco?
Praca zdalna obiecywała nam wolność, a oddała codzienność pod jurysdykcję notcha w ekranie smartfona. Biuro ma swoje wady, ale przynajmniej wychodząc z niego, mieliśmy poczucie, że praca została na biurku. Dziś przenosimy ją w kieszeni wszędzie – nawet na urlop.
Czy warto więc uciekać zupełnie od biura? Pytanie brzmi raczej: od czego naprawdę chcemy uciec? Od dojazdów? Od kontroli? Od ludzi? A może od samych siebie – tych, którzy nie potrafią wyłączyć komputera, bo w głębi serca boją się, że kiedy to zrobią, okaże się, iż praca była jedyną rzeczą nadającą sens ich dniom.
Odpowiedzi nie udzieli ci ani Twój szef, ani Parlament Europejski. Musisz znaleźć ją sam – najlepiej z dala od ekranu, nawet jeśli tylko na parę godzin.
Źródła