
Jest taki moment w rozmowie, kiedy wiesz, że zrobiło się „nowocześnie”. Ktoś mówi, że ma „traumę” po spotkaniu. Ktoś inny, że szef „gaslightuje”. Jeszcze ktoś, że były partner to „narcyz”, a koleżanka jest „toksyczna”. I niby wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Te słowa działają jak skrót myślowy: zamiast opowiadać historię, wrzucamy etykietę. Zamiast opisać zachowanie, stawiamy diagnozę. Zamiast nazwać emocję, bierzemy termin, który brzmi poważniej.
To zjawisko ma dwie twarze. Z jednej strony: język psychologii wyszedł z gabinetu do ludzi. Wiele osób pierwszy raz usłyszało o granicach, przemocy psychicznej, mechanizmach manipulacji. W wielu sytuacjach to pomogło – bo nazwanie rzeczy po imieniu bywa początkiem zmiany. Z drugiej strony: te same słowa zaczęły się rozlewać na wszystko. Jak farba, która miała pomóc zaznaczyć granice, a kończy jako plama na każdym fragmencie życia. I wtedy zaczyna się problem: gdy słowo obejmuje zbyt wiele, przestaje odróżniać cokolwiek od czegokolwiek.
Nie dzieje się to tylko z psychologicznymi terminami. Inflacja pojęć to stary mechanizm kulturowy: słowa rozszerzają znaczenie, bo potrzebujemy języka do opisu nowych doświadczeń. Tyle że w psychologii stawka jest wysoka. Te pojęcia często powstały po to, by opisywać cierpienie, krzywdę, zaburzenia, przemoc. Jeśli zaczniemy nimi nazywać wszystko, co jest nieprzyjemne, to przestajemy widzieć różnice skali. A bez różnic skali nie ma sensownej reakcji.
Język psychologii jest atrakcyjny, bo brzmi jak coś obiektywnego. Gdy mówię „jestem smutny”, to jest moje doświadczenie. Gdy mówię „mam traumę”, to brzmi jak fakt, jak diagnoza, jak coś, co ma większą wagę niż moje samopoczucie. Podobnie z „toksykiem” czy „narcyzem”. To są słowa, które mogą brzmieć jak koniec dyskusji. Jak młotek. I w świecie zmęczonym tłumaczeniem siebie, młotek bywa kuszący.
W języku potocznym „trauma” zaczęła znaczyć: coś, co mnie poruszyło, zabolało, zostawiło niesmak. W psychologii i psychiatrii trauma to dużo ostrzejsze narzędzie pojęciowe. To doświadczenie (lub seria doświadczeń), które wiąże się z realnym poczuciem zagrożenia, bezradnością, silnym stresem i potencjalnie długofalowymi konsekwencjami. Samo słowo ma ciężar nie dlatego, że ma robić wrażenie, tylko dlatego, że opisuje szczególną klasę przeżyć i reakcji.
Jeśli „traumą” nazywamy wszystko, to robimy dwie rzeczy naraz. Po pierwsze: osłabiamy język, którym można mówić o prawdziwej traumie – tej, która rozrywa sen, ciało, poczucie bezpieczeństwa. Po drugie: krzywdzimy siebie, bo zamiast uczyć się rozróżniać emocje, budujemy jedną wielką kategorię cierpienia. A jeśli wszystko jest traumą, to wszystko wymaga tej samej reakcji. Tylko że nie wymaga. Czasem wymaga odpoczynku, czasem rozmowy, czasem granicy, czasem terapii. Różnicowanie nie jest „umniejszaniem”. Jest higieną psychiki.
„Narcyz” stał się współczesnym diabłem. Ktoś był egoistyczny? Narcyz. Ktoś nie umiał przeprosić? Narcyz. Ktoś nie pasował do naszej wrażliwości? Narcyz. Tylko że klinicznie pojęcie narcystycznego zaburzenia osobowości ma konkretne kryteria, a w codziennym życiu większość ludzi po prostu bywa egocentryczna, defensywna, niedojrzała, przestraszona albo zwyczajnie nieumiejąca relacji. To nie brzmi tak efektownie, ale bywa prawdziwsze.
Etykieta „narcyz” ma jedną ogromną zaletę: porządkuje świat. Daje proste wyjaśnienie. „To nie było skomplikowane, to był narcyz”. Problem w tym, że relacje często są skomplikowane. Czasem ktoś krzywdzi z premedytacją, a czasem z braku narzędzi. Czasem manipulacja jest strategią władzy, a czasem nieporadnością. Gdy wrzucamy wszystko do jednego worka, tracimy możliwość rozpoznania, co dokładnie się wydarzyło – a bez tego trudniej wyciągnąć wnioski na przyszłość.
„Toksyczny” kiedyś brzmiał jak ostrzeżenie: uważaj, to cię zatruwa. Dziś bywa wygodnym synonimem: „nie podoba mi się, jak ta osoba działa”. I znowu: czasem to jest trafne, bo pewne układy rzeczywiście są wyniszczające. Ale „toksyczny” używany masowo robi z relacji coś w rodzaju produktu: pasuje – nie pasuje, działa – nie działa, oddaj do sklepu. Tymczasem część relacji nie jest „toksyczna”, tylko trudna. Część konfliktów nie jest przemocą, tylko zderzeniem potrzeb. Część nieprzyjemnych rozmów nie jest „gaslightingiem”, tylko zwykłym sporem o interpretację faktów.
To nie jest apel: „wytrzymuj wszystko”. To jest apel: nazywaj precyzyjnie. Jeżeli ktoś przekracza twoje granice, powiedz: „przekraczasz moje granice”. Jeżeli ktoś cię poniża, powiedz: „poniżasz mnie”. Jeżeli ktoś manipuluje, nazwij manipulację. Precyzja daje ci sprawczość. Etykieta daje ci emocjonalną ulgę, ale czasem odbiera narzędzia.
Bo żyjemy w czasie, w którym wiele osób jest zmęczonych. Psychicznie, informacyjnie, relacyjnie. Przez lata ludzie byli uczeni, że „nie przesadzaj”, „weź się w garść”, „to nic takiego”. Nic dziwnego, że teraz pojawił się ruch w drugą stronę: uznawanie emocji, dbanie o granice, nazywanie przemocy. To jest wartościowe. Problem w tym, że kultura internetu lubi prostotę. Lubi krótkie formaty. Lubi mem, który ma 10 sekund, a nie kontekst, który ma 10 minut.
Do tego dochodzi ekonomia uwagi. Im mocniejsze słowo, tym większa reakcja. „Było mi przykro” jest zwykłe. „To była trauma” jest klikane. „Nie dogadaliśmy się” jest nudne. „Narcyz mnie zniszczył” jest nośne. W takiej atmosferze język zaczyna się wyostrzać, bo wyostrzone słowa przegrywają rzadziej w feedzie. Tyle że nasze życie to nie feed. Nasze relacje nie są algorytmem. Gdy przenosimy algorytmiczny język do codzienności, psujemy sobie narzędzia do dogadywania się.
Tracimy trzy rzeczy.
Po pierwsze: tracimy stopnie. Między dyskomfortem a cierpieniem jest ogromny obszar. Jeśli nazwiemy wszystko jednym słowem, to nie umiemy już ocenić, co jest sygnałem alarmowym, a co sygnałem: „zadbaj o siebie”.
Po drugie: tracimy odpowiedzialność za własne emocje. Gdy emocja jest zawsze „wywołana przez toksyka”, to ja nie muszę się jej przyglądać. Mogę ją po prostu przypisać komuś. To bywa ulgowe, ale nie zawsze rozwijające. Dojrzewanie emocjonalne polega również na tym, że umiem nazwać: „to mnie dotknęło, bo…”, a nie tylko: „ktoś mi to zrobił”. Czasem zrobił. Czasem nie. Precyzja jest tu kluczowa.
Po trzecie: tracimy możliwość naprawy. Diagnoza bywa wyrokiem. A wiele relacji nie potrzebuje wyroku. Potrzebuje rozmowy, granicy, przeprosin, zmiany zachowania, czasem rozstania – ale rozstania opartego na faktach, a nie na memie.
Nie chodzi o zakaz używania tych słów. Chodzi o to, żeby one znów coś znaczyły. Można sobie pomóc kilkoma prostymi zasadami, które nie wymagają dyplomu z psychologii, tylko uczciwości wobec własnego doświadczenia.
Najzdrowszy efekt uboczny tej ostrożności jest prosty: lepsze rozmowy. Gdy zamiast etykiet pojawiają się opisy i konkret, trudniej jest się pomylić. Trudniej jest też skrzywdzić kogoś przypadkiem. A jeśli kogoś trzeba od siebie odsunąć, to decyzja oparta na faktach i doświadczeniu jest stabilniejsza niż decyzja oparta na modnym słowie.
Można lubić język psychologii i jednocześnie go nie psuć. Można korzystać z niego jak z narzędzia, a nie jak z pieczątki. W końcu to tylko słowa – ale słowa są tym, czym budujemy sens. Gdy sens budujemy z etykiet, dostajemy świat z etykiet. A my jednak żyjemy w świecie ludzi. Ludzi z historią, nie z hashtagiem.
Autor: Grzegorz Wiśniewski, red. naczelny Mindly.pl, CEO Soluma Group, CEO Soluma Interactive.
Źródła