
Ten tydzień był mieszanką „twardych” decyzji banków centralnych, mocnych sygnałów z rynku pracy w USA i coraz bardziej niejednoznacznych danych z Europy oraz Chin. Z jednej strony widać stabilizację inflacji i ostrożność decydentów, z drugiej – rosną znaczenie ryzyk popytowych (Niemcy, Chiny) oraz nerwowość rynków, które zaczynają dyskontować scenariusz „stopy wysokie dłużej” i przesuwają kapitał geograficznie. Poniżej – najważniejsze wydarzenia tygodnia z Polski i świata, każde opisane szerzej, tak żeby dało się zrozumieć nie tylko „co się stało”, ale też dlaczego to ma znaczenie.
5 lutego Europejski Bank Centralny pozostawił trzy kluczowe stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Rynkowo to nie była niespodzianka, ale znaczenie miała argumentacja: EBC potwierdził ocenę, że inflacja powinna stabilizować się przy celu 2% w średnim terminie, a gospodarka – mimo trudnego otoczenia geopolitycznego – pozostaje relatywnie odporna. W komunikacji powrócił wątek niskiego bezrobocia i dość solidnych bilansów sektora prywatnego, ale też podkreślono rolę wydatków publicznych (obronność, infrastruktura) jako amortyzatora dla wzrostu w kolejnych kwartałach.
W praktyce to „pauza” o dwóch konsekwencjach. Po pierwsze, daje firmom i gospodarstwom domowym w Europie chwilę przewidywalności w kosztach finansowania: mniej przestrzeni na nagłe zwroty, więcej znaczenia dla danych (inflacja bazowa, płace, koniunktura przemysłu). Po drugie, umacnia podejście „zależne od danych” – czyli brak twardej ścieżki obniżek lub podwyżek. Dla eksportujących firm z regionu, w tym z Polski, takie otoczenie oznacza: trzeba planować ostrożnie, bo EBC nie będzie reagował na pojedynczy słabszy odczyt, jeśli rdzeń inflacji i rynek pracy pozostaną napięte.
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej na posiedzeniu 3–4 lutego pozostawiła stopy procentowe bez zmian, a stopa referencyjna nadal wynosi 4,00%. Dla rynku kredytowego to sygnał stabilizacji: zarówno kredytobiorcy, jak i przedsiębiorstwa dostają jasny komunikat, że w krótkim horyzoncie koszt pieniądza raczej nie będzie gwałtownie skakał. W realnej gospodarce to często ważniejsze niż sama dyskusja o „kiedy obniżki”, bo przewidywalność ułatwia planowanie przepływów, marż, zapasów i inwestycji.
Ta decyzja ma też wymiar „obronny”: Polska jest mocno wrażliwa na wahania cen energii i koszty importu, a jednocześnie na popyt zewnętrzny z UE. Utrzymanie stóp przy takim miksie ryzyk sugeruje ostrożne podejście: RPP nie chce przedwcześnie poluzować polityki, jeśli globalne czynniki (surowce, dolar, polityka USA) mogłyby znów podbić presję cenową. Dla firm oznacza to, że scenariusz „taniego pieniądza” nie jest bazą do strategii – warto budować odporność kosztową i finansową tak, jakby okres umiarkowanie wysokich stóp miał potrwać dłużej.
W USA opublikowano dane, które odświeżyły dyskusję o polityce Fed. Według BLS w styczniu przybyło 130 tys. miejsc pracy, a stopa bezrobocia wyniosła 4,3%. W samych szczegółach widać przesunięcia: część branż rośnie (np. zdrowie, opieka społeczna, budownictwo), a inne tracą, co pokazuje, że gospodarka nie pracuje równym rytmem. Dodatkowo pojawił się ważny kontekst rewizji danych historycznych – czyli przypomnienie, że „siła” rynku pracy bywa weryfikowana po czasie i nie zawsze jest tak oczywista, jak sugeruje nagłówek.
W tym samym tygodniu opublikowano też dane o tygodniowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych: spadły do 227 tys. (tydzień zakończony 7 lutego). Taki poziom jest zwykle interpretowany jako sygnał, że rynek pracy nie pęka i nie wchodzi w falę zwolnień, nawet jeśli punktowo słychać o redukcjach w dużych firmach. Połączenie „przyzwoitych payrolls” i „niskich claims” wzmacnia scenariusz, w którym Fed może dłużej utrzymywać restrykcyjne nastawienie. A to ma globalne konsekwencje: droższy dolarowy kapitał, większa zmienność na rynkach wschodzących i presja, by w innych regionach nie luzować zbyt szybko.
Destatis podał, że produkcja w przemyśle (z wyłączeniem energii i budownictwa) w grudniu 2025 była wyraźnie niższa niż w listopadzie. To ważne, bo niemiecki przemysł działa jak barometr dla całej UE: jeśli spada aktywność w Niemczech, to w łańcuchu dostaw cierpią dostawcy komponentów, logistyka i podwykonawcy w regionie – w tym polskie firmy mocno powiązane z niemieckim eksportem i motoryzacją. Słaba produkcja oznacza też zwykle ostrożniejsze podejście przedsiębiorstw do inwestycji i zatrudnienia.
Jednocześnie taki odczyt komplikuje narrację o „spokojnym miękkim lądowaniu” europejskiej gospodarki. Banki centralne patrzą na inflację, ale polityka pieniężna zawsze odbija się w realnej aktywności – a przemysł jest jednym z pierwszych miejsc, gdzie to widać. Dla Polski to podwójnie istotne: osłabienie niemieckiego przemysłu to ryzyko mniejszej liczby zamówień eksportowych i słabszego popytu na polskie komponenty. W praktyce firmy w regionie muszą brać pod uwagę, że nawet przy stabilizacji stóp i inflacji, popyt zewnętrzny może pozostać miękki.
W tym samym tygodniu Destatis opublikował także dane o nowych zamówieniach w przemyśle: w grudniu 2025 realne zamówienia wzrosły wyraźnie w ujęciu miesiąc do miesiąca, choć przy wyłączeniu dużych kontraktów wzrost był dużo skromniejszy. To klasyczny przykład, dlaczego jeden wskaźnik nie wystarcza do diagnozy: produkcja może spadać, a zamówienia rosnąć – co sugeruje albo przesunięcia czasowe (zamówienie dziś, realizacja później), albo niestabilność struktury popytu (kilka dużych kontraktów „robi wynik”).
Z punktu widzenia firm i całych łańcuchów dostaw liczy się interpretacja: jeśli wzrost zamówień okaże się szeroki i powtarzalny, może zapowiadać odbicie produkcji w kolejnych miesiącach. Jeśli jednak wynik jest „zrobiony” przez pojedyncze duże kontrakty, ryzyko rozczarowania pozostaje wysokie. Dla polskich eksporterów i poddostawców to sygnał ostrożnej nadziei, ale nie powód do hurraoptymizmu. Takie rozjechanie danych zwykle oznacza podwyższoną niepewność planów produkcyjnych: więcej krótkich cykli, większa ostrożność w zapasach i inwestycjach, większa waga elastyczności kosztowej.
W Chinach opublikowano dane o nowych kredytach w juanie: styczeń przyniósł sezonowy wzrost (początek roku prawie zawsze wygląda mocno), ale wynik był niższy od oczekiwań rynku. Taki sygnał jest istotny, bo chiński kredyt bywa „paliwem” dla globalnego cyklu: wpływa na popyt na surowce, import komponentów i tempo inwestycji. Jeśli kredyt rośnie wolniej, to znaczy, że gospodarstwa domowe i firmy nadal są ostrożne – a państwowe impulsy nie zawsze przekładają się na realną, masową skłonność do zaciągania zobowiązań i wydawania pieniędzy.
Reuters podkreślał, że dynamika kredytu sugeruje większy udział finansowania napędzanego przez państwo w szerszych miarach kredytu. To ważne rozróżnienie: kredyt „państwowy” może utrzymywać aktywność, ale nie zawsze buduje trwały popyt konsumpcyjny. Dla świata to ma konsekwencje cenowe i popytowe: słabsza skłonność Chin do kredytu może oznaczać chłodniejszy popyt na metale przemysłowe czy dobra inwestycyjne, a więc mniejszą presję inflacyjną globalnie – ale też ryzyko słabszego wzrostu u eksporterów w Europie. W tym tygodniu przekaz z Chin był czytelny: stymulacja trwa, ale przełom w zaufaniu popytowym nie jest oczywisty.
Chińskie dane o CPI pokazały wzrost cen konsumenckich o 0,2% rok do roku w styczniu, wyraźnie mniej niż miesiąc wcześniej. Oficjalne komunikaty wskazywały na wpływ efektów bazy oraz spadek cen energii, ale szerszy wniosek jest taki: presja cenowa w Chinach jest bardzo słaba. Dla globalnej gospodarki to ważne, bo Chiny są dużym eksporterem dóbr przemysłowych i komponentów – niska inflacja w Chinach często oznacza, że nie „eksportują inflacji” na świat, a czasem wręcz dostarczają impulsu dezinflacyjnego przez ceny towarów.
Jest jednak druga strona medalu: niska inflacja może oznaczać zbyt słaby popyt wewnętrzny, a to jest ryzykowne dla trwałości wzrostu. Jeśli gospodarstwa domowe wstrzymują wydatki, a firmy ograniczają inwestycje, gospodarka może wejść w tryb „zbyt chłodny”, gdzie nawet kolejne bodźce monetarne i fiskalne mają mniejszą skuteczność. Dla Europy i Polski oznacza to napięcie: z jednej strony tańsze towary i komponenty pomagają kosztowo, z drugiej – słabszy popyt w Chinach może obniżać globalne zamówienia i zmniejszać skłonność inwestorów do ryzyka. Tydzień przyniósł więc sygnał, że Chiny pozostają bardziej źródłem dezinflacji niż inflacji.
W piątek 13 lutego Reuters opisywał, że ceny ropy kierują się ku drugiemu z rzędu tygodniowemu spadkowi. W tle był spadek premii za ryzyko związanej z napięciami wokół Iranu oraz obawy o nadpodaż. W praktyce rynek ropy reaguje nie tylko na geopolitykę, ale też na sygnały popytowe: gdy inwestorzy zaczynają sądzić, że globalny popyt może rosnąć wolniej, ropa traci nawet bez twardego „kryzysu” po stronie podaży. W takich momentach spadek cen ropy jest jednocześnie dobrą i złą informacją – zależnie od przyczyny.
Dla inflacji w Europie i w Polsce taniejąca ropa jest korzystna, bo szybciej schładzają się ceny paliw i koszty transportu. Dla firm to często bezpośrednia ulga w kosztach operacyjnych. Ale jeśli spadek ropy wynika z obaw o popyt i spowolnienie, to jest to sygnał ostrzegawczy: mniej przewozów, mniej produkcji, ostrożniejsze wydatki inwestycyjne. W tym tygodniu rynek dostał właśnie taką mieszankę: geopolityka na chwilę zeszła z pierwszego planu, a na jego miejsce wróciły klasyczne pytania o tempo światowego wzrostu i o to, czy podaż nie będzie zbyt wysoka względem popytu.
Reuters, powołując się na dane LSEG Lipper, pokazał wyraźną zmianę w przepływach kapitału: w tygodniu zakończonym 11 lutego globalne fundusze akcji zanotowały duże napływy, ale w ujęciu regionalnym szczególnie mocno wyróżniła się Europa (rekordowe napływy), a USA miały odpływ. W tle pojawiały się obawy o wyceny technologii w USA i o koszty inwestycji w AI, a także efekt „stopy wysokie dłużej” po mocniejszych danych makro. To jest ważne nie tylko dla inwestorów giełdowych – takie przesunięcia kapitału wpływają na koszt finansowania firm i na ogólny sentyment wobec emisji akcji, inwestycji i przejęć.
Dla europejskich gospodarek (w tym pośrednio Polski) rosnący popyt na europejskie aktywa może oznaczać lepszy klimat inwestycyjny i łatwiejsze pozyskiwanie kapitału na rynku. Jednocześnie taka rotacja bywa krucha: jeśli w USA wróci silny wzrost, a Fed da sygnał szybszego luzowania, kapitał może wrócić. Dlatego najważniejszy jest wniosek strategiczny: rynki znów zaczynają traktować geograficzną dywersyfikację serio, a Europa – wspierana m.in. wydatkami publicznymi – przestaje być tylko „tłem” dla Wall Street. W tym tygodniu to było jedno z najbardziej czytelnych przesunięć nastrojów.
Reuters opisywał, że jen był na drodze do najsilniejszego tygodnia od około 15 miesięcy. Dla wielu odbiorców brzmi to jak informacja stricte walutowa, ale w rzeczywistości jen jest kluczową walutą „systemową”: bywa używany w strategiach finansowania (carry trade), a jego nagłe umocnienie potrafi uruchamiać łańcuch reakcji na innych aktywach. Gdy jen zyskuje, część inwestorów zamyka pozycje oparte na tanim finansowaniu w jenie, co może podnosić zmienność na giełdach i na walutach rynków wschodzących.
Jednocześnie ruchy jena są często odczytywane jako wskaźnik nastroju „risk-off”, czyli ucieczki w bezpieczniejsze przystanie. Jeśli równolegle mamy niepewność co do ścieżki stóp w USA, obawy o wyceny technologii i mieszane dane z Europy i Chin, to umacniający się jen może być symptomem, że globalny rynek przechodzi w tryb ostrożniejszy. Dla firm handlujących z Japonią lub konkurujących z japońskimi producentami zmiana kursu może wpływać na marże i konkurencyjność cenową. Dla gospodarstw domowych w Europie to pośredni sygnał, że rynkowa „pewność” co do szybkiego luzowania polityki pieniężnej maleje.