
Ten tydzień w kulturze miał wyraźny „dwubiegun”: z jednej strony wielkie, globalne wydarzenia w rodzaju ogłoszenia nominacji do Oscarów i startu Sundance, z drugiej – mocne, lokalne akcenty: wernisaże, spektakle i projekty, które nie krzyczą z pierwszych stron, ale realnie budują tkankę kulturalną miast. W tle przewijał się jeden wspólny motyw: instytucje i festiwale coraz częściej podkreślają rolę kultury jako doświadczenia wspólnotowego – czegoś, co dzieje się „tu i teraz” z udziałem publiczności, a nie tylko w formie treści do obejrzenia w samotności. Poniżej zebrałem najważniejsze wydarzenia kulturalne tygodnia z Polski i ze świata.
22 stycznia Akademia ogłosiła nominacje do 98. Oscarów, czyli moment, w którym sezon nagród z fazy „spekulacji” przechodzi w fazę twardych rozstrzygnięć. To wydarzenie jest kulturalne nie tylko dlatego, że dotyczy kina, lecz także dlatego, że wpływa na to, jakie filmy trafiają do szerokiej publiczności, jak długo utrzymują się w dyskusji i które tematy – społeczne, historyczne, obyczajowe – zyskują masowy rezonans. Ogłoszenie nominacji natychmiast przekłada się na programy kin, ponowne wejścia tytułów do dystrybucji i wzrost zainteresowania pokazami specjalnymi. Dla wielu widzów to też sygnał „co warto nadrobić”, bo lista nominowanych porządkuje chaos premier i platform.
W praktyce nominacje działają jak potężny filtr uwagi: podbijają widoczność twórców, ale też ustawiają ramę interpretacji filmów. To widać zwłaszcza wtedy, gdy jeden tytuł wyraźnie dominuje liczbą nominacji lub gdy w zestawieniu pojawiają się zaskoczenia, pominięcia i powroty do dyskusji o tym, czy branża wystarczająco docenia kino gatunkowe, twórców spoza głównego obiegu albo filmy nieanglojęzyczne. Na poziomie kultury masowej to jeden z niewielu momentów w roku, gdy o kinie rozmawiają równolegle media branżowe, mainstream i widzowie, którzy na co dzień nie śledzą festiwali. W efekcie kultura filmowa przez kilka tygodni dostaje wspólny punkt odniesienia – listę, wokół której toczy się spór, zachwyt i porównania.
22 stycznia ruszył Sundance Film Festival 2026, trwający do 1 lutego. W sensie kulturowym to jeden z najważniejszych startów roku, bo Sundance działa jak wczesny sejsmograf – pokazuje, jakie tematy i języki filmowe będą rezonować w kolejnych miesiącach, zanim trafią do szerokiej dystrybucji. To festiwal, który tradycyjnie wzmacnia kino niezależne, dokument i formy hybrydowe, a więc obszary, gdzie autorzy częściej ryzykują: formalnie, narracyjnie i tematycznie. Dla widza to nie tylko „premiery”, ale również możliwość wejścia w proces odkrywania – zanim recenzje i rankingi podpowiedzą, co myśleć.
Znaczenie Sundance jest też praktyczne: to miejsce, gdzie filmy szukają dystrybutorów, a twórcy – kontaktów i finansowania kolejnych projektów. W konsekwencji festiwal wpływa na to, jakie historie zobaczymy później w kinach i na platformach. Z punktu widzenia kultury jest to mechanizm selekcji: nie tyle wybór „najlepszego filmu”, co wybór tego, co ma szansę zyskać życie poza jednym pokazem. Dla wielu środowisk (krytycy, kuratorzy, programerzy festiwali w Europie) start Sundance uruchamia tygodnie intensywnego śledzenia, dyskusji i porównań – czyli dokładnie tej pracy kulturowej, która sprawia, że pewne tytuły stają się zjawiskami, a inne znikają bez echa.
20 stycznia odbyła się konferencja prasowa programu 76. Berlinale, czyli jedna z kluczowych dat w europejskim kalendarzu filmowym. Dla kultury to ważne, bo Berlinale, obok Cannes i Wenecji, wciąż ustawia prestiżową mapę kina autorskiego i społecznie zaangażowanego. Ogłaszanie programu to nie „logistyka”, tylko sygnał: jakie tematy festiwal uznaje za warte podbicia, jaką estetykę i wrażliwość chce promować, w jakim kierunku przesuwa się język kina. Dla wielu twórców sama obecność w selekcji jest rodzajem kulturowej legitymizacji – przepustką do międzynarodowych mediów i kolejnych projektów.
Istotne jest też to, że dyskusja wokół Berlinale coraz częściej dotyka pytania: po co nam dziś wielkie festiwale, gdy widz ma nieskończony dostęp do treści online. Odpowiedź zwykle wraca do doświadczenia zbiorowego: sali kinowej, rozmów po seansie, energii miasta, debat i spotkań. Konferencja programowa jest więc momentem, w którym nie tylko prezentuje się tytuły, ale też opowiada o misji – o tym, czy festiwal chce być bardziej polityczny, bardziej inkluzywny, bardziej „filmowy” w klasycznym sensie. To wszystko przekłada się później na kulturę dyskusji o kinie w Europie: recenzje, spory o jury, a przede wszystkim – na listę filmów, które będą w 2026 roku punktami odniesienia dla krytyków i widzów.
W tym tygodniu Biennale Teatro ogłosiło laureatów nagród Lwa: Złotego Lwa za całokształt oraz Srebrnego Lwa. To wydarzenie działa jak silny reflektor rzucony na teatr, który bywa w mediach spychany przez kino, seriale i muzykę pop. Tymczasem takie decyzje instytucji o globalnym prestiżu przypominają, że teatr pozostaje laboratorium języka i formy: miejscem, gdzie w krótkim czasie potrafią powstawać estetyki, które potem przenikają do filmu, performansu, sztuk wizualnych i edukacji artystycznej. Nagrody nie są tu tylko „wyróżnieniem”, lecz narzędziem budowania kanonu współczesności.
W kategoriach kultury to także ważny sygnał dla obiegu międzynarodowego: laureaci i ich zespoły zyskują większą widoczność, łatwiej negocjują koprodukcje, tournée i rezydencje. Dla widza (zwłaszcza europejskiego) oznacza to większą szansę, że spektakle lub język danej reżyserii trafią na festiwale w innych krajach, a krytyka zacznie je interpretować jako „tendencję”, a nie jednostkowy przypadek. Ogłoszenia Biennale działają więc jak kompas: pokazują, w którą stronę przesuwa się międzynarodowa rozmowa o teatrze – o jego etyce, estetyce i relacji z rzeczywistością.
W dniach 16–18 stycznia Oulu zainaugurowało swój rok jako Europejska Stolica Kultury. To wydarzenie tygodnia o znaczeniu wykraczającym poza Finlandię, bo format ESK jest jedną z najskuteczniejszych europejskich „machin” budowania kultury lokalnej w skali masowej: łączy sztukę, edukację, aktywność miejską, turystykę i dumę mieszkańców w jednym programie. Otwarcie – jako festiwal rozlany po przestrzeni miasta – uruchamia poczucie, że kultura nie jest dodatkiem dla wybranych, tylko wspólnym doświadczeniem, w którym uczestniczy się ulicą, placem, światłem, instalacją i koncertem.
Równolegle otwarcie ESK jest testem organizacyjnym i symbolicznym. Organizacyjnie – czy miasto potrafi zapewnić dostępność, bezpieczeństwo i płynność wydarzeń. Symbolicznie – czy program faktycznie włącza mieszkańców, czy jest tylko „wizytówką” dla przyjezdnych. W przypadku Oulu akcent zimowego, miejskiego festiwalu ma znaczenie kulturowe samo w sobie: pokazuje, że północna, zimowa tożsamość może być sceną, a nie przeszkodą. Takie otwarcia mają też długi ogon: po weekendzie inauguracji zostaje rozpoznawalność, sieci współpracy i przekonanie, że instytucje kultury mogą działać jak platforma integracji miasta – od dzieci po seniorów.
W Krakowie jednym z najmocniejszych punktów tygodnia była obecność instalacji dźwiękowej Konrada Smoleńskiego „Everything Was Forever, Until It Was No More” w MOCAK-u, w ramach współpracy instytucjonalnej i festiwalowej. Wydarzenie jest ważne kulturalnie, bo dotyczy sztuki, która nie daje się zamknąć w reprodukcji czy zdjęciu: to praca do przeżycia, a nie do „zaliczenia”. Instalacja dźwiękowa działa inaczej niż obraz – wchodzi w ciało widza, w rytm oddechu, w koncentrację. I właśnie dlatego w debacie o kulturze współczesnej takie projekty są coraz bardziej nośne: odpowiadają na przesyt ekranem i słowem, proponując doświadczenie przestrzeni.
W kontekście polskiej sceny artystycznej istotne jest też to, że MOCAK konsekwentnie buduje program, który traktuje widza poważnie: nie jako klienta, któremu trzeba „uprościć”, tylko jako uczestnika, który może wejść w pracę i samemu zbudować sens. Smoleński, operując dźwiękiem, rytmem i monumentalnością, wprost dotyka napięcia między alarmem a ciszą, między historią a teraźniejszością. To kultura w najlepszym sensie: nie dekoracja, tylko narzędzie myślenia i odczuwania. Dla Krakowa to również dowód, że instytucje sztuki współczesnej potrafią przyciągać uwagę nie poprzez skandal, lecz poprzez jakość i siłę doświadczenia.
22 stycznia w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej odbył się spektakl „Chorus Opera”, zbudowany jako wybór scen chóralnych z różnych tradycji i epok. Wydarzenie ma kulturalną wagę, bo chór w operze bywa niedoceniany – traktowany jako tło dla gwiazd. Tymczasem w takich projektach chór jest sercem narracji i energii, a publiczność może usłyszeć, jak różne estetyki chóralne pracują na emocje: od monumentalności, przez dramat, po rytm i „zbiorowy głos” wspólnoty. To również świetny sposób na przyciąganie widza, który niekoniecznie przychodzi na pełne, wielogodzinne opery, ale jest gotów wejść w esencję formy.
W szerszym sensie „Chorus Opera” wpisuje się w trend programowania instytucji muzycznych: budowania spektakli i koncertów, które łączą edukację (pokazanie przekroju repertuaru), artystyczną jakość (wybitne wykonanie) i przystępność (krótsza, intensywna forma). Dla warszawskiej publiczności to także sygnał, że opera nie musi być zamknięta w muzealnym rytuale. Może być żywym, dynamicznym wydarzeniem, w którym chór staje się narratorem i bohaterem. Takie wieczory potrafią zmieniać nawyki: ktoś przychodzi „spróbować”, a wychodzi z przekonaniem, że warto wrócić – już na pełny tytuł, balet albo koncert symfoniczny.
23 stycznia Muzeum Diecezjalne w Opolu otworzyło wystawę Susan Donath „Zostałam stracona dla świata (Ich bin der Welt abhanden gekommen)”, z towarzyszącą projekcją filmu dokumentalnego o tym samym tytule. Wydarzenie jest ważne kulturalnie, bo łączy dwa tryby narracji: statyczny (fotografia, obiekt, ekspozycja) i dynamiczny (film), dzięki czemu publiczność może wejść w temat z różnych stron. Tego typu wernisaże działają nie tylko jako „otwarcie wystawy”, ale jako moment wspólnotowy: spotkanie twórców, widzów i instytucji, które tworzy kontekst interpretacji. Wernisaż jest często pierwszą, najmocniejszą ramą pamięci – od niego zależy, jak o wystawie będzie się mówiło w mieście.
W wymiarze społecznym i kulturalnym liczy się też to, że muzeum diecezjalne – instytucja kojarzona zwykle z dziedzictwem i historią sztuki sakralnej – sięga po współczesny projekt artystyczny. To gest poszerzania języka instytucji: pokazania, że kultura nie jest podziałem na „stare” i „nowe”, tylko rozmową o człowieku. Fotografia i dokument jako media mają tę przewagę, że potrafią być jednocześnie intymne i publiczne: dotykają tożsamości, pamięci, doświadczenia straty, a jednocześnie dają się zakotwiczyć w realnych miejscach i biografiach. Dla Opola to punkt, który wzmacnia lokalną mapę sztuki współczesnej i pokazuje, że miasto nie musi wybierać między tradycją a aktualnością.
23 stycznia w Muzeum Ziemi Lubuskiej odbył się wernisaż wystawy Basi Bańdy „Gdzie jest słońce”, z udziałem autorki. To przykład wydarzenia, które w kulturze lokalnej ma ogromną wartość: daje mieszkańcom realny kontakt z artystką i jej językiem, a nie tylko z reprodukcją w internecie. Wernisaż w muzeum to moment, gdy prace „zaczynają działać” w przestrzeni: widz może zobaczyć skalę, fakturę, rytm i szczegół, których nie odda żadne zdjęcie. Sama tematyka – poszukiwanie słońca – w styczniu wybrzmiewa szczególnie mocno: to pora, gdy ludzie odczuwają zmęczenie zimą, a sztuka potrafi zadziałać jak bardzo subtelna, ale realna zmiana nastroju.
Takie wystawy mają też znaczenie edukacyjne: muzeum nie jest tylko magazynem obiektów, ale miejscem rozmowy o tym, czym dziś jest malarstwo, po co nam obraz i jak czytać współczesną wrażliwość. Dla regionu ważne jest również to, że instytucja buduje program bieżący, a nie wyłącznie „stałą ekspozycję”. Programowanie wystaw to w praktyce budowanie kapitału kulturowego miasta: sprawianie, że mieszkańcy mają powód, by wracać, dyskutować, przyprowadzać innych. Jeśli kultura ma być żywa, potrzebuje właśnie takich punktów: regularnych wernisaży, które z czasem tworzą publiczność, a publiczność tworzy energię dla kolejnych projektów.
Wrocław w tym tygodniu zaprosił na odsłonę cyklu spacerów i wykładów o architekturze Starego Miasta (21 i 23 stycznia). To wydarzenie, które świetnie pokazuje, że kultura nie jest wyłącznie „wysoką sztuką” w sali koncertowej. Kultura to również umiejętność czytania miasta: fasad, placów, osi widokowych, warstw historycznych i decyzji urbanistycznych. Spacer z opowieścią jest jednym z najbardziej demokratycznych formatów – nie wymaga specjalistycznej wiedzy ani kosztownego biletu, a potrafi realnie zmienić to, jak człowiek widzi przestrzeń, po której chodzi codziennie. Nagle zwykła ulica staje się tekstem kultury, a budynek – zdaniem w historii miasta.
Znaczenie takich wydarzeń rośnie w czasach, gdy miasta intensywnie się zmieniają: remonty, inwestycje, gentryfikacja, nowe funkcje przestrzeni publicznej. Edukacja architektoniczna buduje obywatelską wrażliwość: łatwiej wtedy rozmawiać o jakości przestrzeni, o ochronie dziedzictwa i o tym, co w urbanistyce jest wartością, a co tylko szybkim „zyskiem metrażu”. W sensie kulturalnym cykl działa też integrująco: ludzie spotykają się nie po to, by konsumować treść w samotności, lecz by wspólnie doświadczać miejsca i rozmawiać. To jedna z najzdrowszych form kultury miejskiej – taka, która nie wymaga patosu, a jednak realnie zmienia relację człowieka z miastem.