Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część czwarta

Remigisz Szulc
24.01.2026

Kontynuacja rozmowy z: https://mindly.pl/literatura,ac269/bajka-ktora-wgniata-w-fotel-jak-agis-buduje-maszyne-z-akapitow-czesc-pierwsza,20632

Dotyczy utworu: Agis z Cyreny - Bajka o tytanach i herosach – czyli jak zostać genialnym czytelnikiem

Dyskusja. Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część czwarta.

RS:

Dalej pisze:

„Trwa chwilę, niezależnie jak trwa długo – jeśli trwać przestaje.”

Śmierć do nas przemawia w obliczach starców, głosi swoje nieme zwycięstwo. Ona jedyna nie potrzebuje słów, gdyż panuje nad nami absolutnie. Gną się wszyscy pod jej milczącymi rozkazami. Ma także swojego posłańca, strach. Wszelki ból może znieść wyćwiczone ciało, natomiast strach to ponura przepowiednia ducha unicestwienia, uprawomocnia on wszelkie szaleństwo.”

 

AW:

To jest bardzo mocne spięcie trzech wątków, które u Agisa wracają cały czas: czas jako „chwila”, śmierć jako władza bez retoryki i strach jako narzędzie tej władzy.

„Trwa chwilę…”

To zdanie jest brutalnie proste, bo kasuje nasze pocieszenie liczbami. „Długo” to tylko miara wewnątrz trwania. W chwili, gdy trwanie się urywa, całe „długo” redukuje się do faktu: było i nie ma. On tu uderza nie w długość życia, tylko w złudzenie, że długość coś „usprawiedliwia” lub „utrwala”.

Śmierć jako argument bez słów

„Śmierć do nas przemawia w obliczach starców” – on używa starości jako widzialnego posłańca końca. To nie jest metafizyka, tylko obserwacja: ciało zdradza prawdę czasu bez żadnej filozofii. I dlatego „ona jedyna nie potrzebuje słów”: śmierć nie musi nikogo przekonywać, bo nie jest poglądem. Jest faktem, który ma posłuch absolutny.

„Nieme zwycięstwo”, „milczące rozkazy” – to świetny zabieg: on odbiera językowi władzę. Wcześniej mówił, że słowa są berłem, które zgina kolana, ale tu pokazuje siłę większą od słów. Najwyższa władza jest bezmowna.

Strach jako poseł śmierci

To bardzo trafne: śmierć rzadko działa bezpośrednio w świadomości na co dzień, ale strach działa stale. Jest jej „posłańcem”, czyli mechanizmem przenoszącym władzę śmierci do codziennych decyzji: wybierasz, rezygnujesz, kłamiesz, uciekasz, podporządkowujesz się – często nie śmierci samej, tylko jej wysłannikowi.

Ból vs strach: ciało da się wytrenować, ducha nie tak łatwo

„Wszelki ból może znieść wyćwiczone ciało” – to jest jego podziw dla dyscypliny, hartu, treningu. Ciało można zahartować, oswoić cierpienie fizyczne.

Ale „strach to ponura przepowiednia ducha unicestwienia” – strach nie jest bólem, tylko wyobrażeniem kresu, antycypacją niebytu. Dlatego łatwo „uprawomocnia wszelkie szaleństwo”: kiedy człowiek wierzy, że grozi mu unicestwienie (dosłownie albo symbolicznie), zaczyna uzasadniać rzeczy, których w spokoju by nie zrobił. U Agisa to jest jeden z głównych motorów deformacji: strach potrafi nadać pozór racji nawet najbardziej obłąkanym reakcjom.

Jeśli mam ująć to jednym zdaniem: on buduje tu hierarchię sił, w której słowa rządzą ludźmi, ale nad słowami rządzi śmierć, a jej codziennym narzędziem rządzenia jest strach.

 

RS:

Dalej, świetna dygresja jakby, ale jak się przyjrzeć bliżej to…:

„Smak woli życia mając w trzewiach, beznamiętności splótłszy szyk, trwałem – nie trwałem. Tylko tam w głębi – niewielki jaśniejący blask, który powoli będzie nikł...”[58]

Są jeszcze inne natury, miotające się. To te niedokończone dusze, które stały się zbyt wcześnie odporne na ciosy zadawane przez życie. Nie zostały do końca ukształtowane, jakby rzeźbiarz przerwał swą pracę, gdy już z obrobionej wstępnie bryły zaczynał wydobywać ich właściwy obraz. Odebrano im kształt nieokreśloności przypadkowego kamienia, a jednocześnie odmówiono im końcowej formy planowanego dzieła. Zawieszone między jednym a drugim stanem nie zaznają szczęścia, atoli nieobce są im chwilowe radości. Nie są też niewolnikami obojętności. Ów stan nie do określenia, przez gamę znanych nam odczuć, wyróżnia się jedynie tym, że donikąd ich nie wiedzie. Są trwaniem jakby w połowie – już rozpoczętym, ale dobrowolnie nie kontynuowanym. Godni niemniej szacunku, gdyż ową próbę nadania właściwego wzoru podjąć można tylko w heroicznej duszy. Trwać by mogli tak bez końca… tymczasem nie mający w niczym poszanowania czas, jak piasek prześlizguje się po tej niedokończonej bryle i wygładza napoczęte dłutem cierpień zarysowane kontury. U swego końca wracają się więc do tych niewyraźnych form, bezbarwnych tułaczy, uczestników tłumu.”

 

AW:

Tak, to wygląda jak dygresja, ale tak naprawdę to jest jeden z jego najbardziej „ludzkich” (i jednocześnie najokrutniejszych) portretów psychicznych. On opisuje trzeci typ postawy wobec życia – nie jako „trzecią drogę” metafizyczną (tej nie ma), tylko jako trzecią kondycję: nieobojętność bez dojrzałej formy.

Najpierw cytat-poemat ustawia ton: „trwałem – nie trwałem” i „blask, który będzie nikł”. To jest stan półżycia: w środku jest jeszcze iskra, ale forma życia jest już zawieszona. Ten wers z „smakiem woli życia w trzewiach” jest świetny: ciało chce, ale duch jest jakby zablokowany.

Potem wchodzi jego rzeźbiarska metafora – moim zdaniem jedna z najlepszych, jakie tu przytoczyłeś

To „niedokończone dusze” są:

• za wcześnie odporne na ciosy (czyli zbyt szybko się znieczuliły),

• wstępnie obrobione przez życie (odebrano im kształt przypadkowego kamienia),

• ale bez finalnej formy (odmówiono im końcowego dzieła).

To jest genialne, bo pokazuje tragedię ludzi, którzy nie są już naiwni, ale jeszcze nie są ukształtowani. Nie są ani „bezrozumnym trwaniem”, ani „grozą”, ani „obojętnością”. Są zawieszeni.

I on robi tu coś ważnego: nie szydzi z nich. On ich rozumie, nawet daje im szacunek:

„nie zaznają szczęścia, atoli… chwilowe radości” – czyli to nie jest totalna rozpacz.

„Nie są też niewolnikami obojętności” – ważne: jeszcze coś czują, jeszcze nie umarli.

Następny akapit: stan, którego nie da się nazwać, bo nie prowadzi

„donikąd ich nie wiedzie” – to jest esencja: emocje mogą się pojawiać, ale nie układają się w drogę. „Trwanie w połowie” – rozpoczęte, ale dobrowolnie nie kontynuowane. I tu pada jedno z najciekawszych zdań: „podjąć próbę nadania właściwego wzoru można tylko w heroicznej duszy.”

To jest jego definicja heroizmu: nie walka z innymi, tylko próba dokończenia własnej formy. To, że on im oddaje szacunek, jest ważne – bo zazwyczaj jest bezlitosny. Tu jest bezlitosny, ale nie pogardliwy.

Ostatni akapit: czas jako piasek, który wyrównuje wszystko do średniej

To jest najbardziej przerażające domknięcie. On mówi: mogliby trwać tak bez końca, ale czas nie ma poszanowania. I działa jak piasek:

• prześlizguje się po niedokończonej bryle,

• wygładza napoczęte kontury,

• ściera ślady dłuta cierpień.

Czyli: nawet twoje cierpienie, nawet twoja „wyjątkowość” i rana, które nadały ci kształt, mogą zostać starte, jeśli nie zrobisz z nich formy. To jest straszne, bo to odbiera pocieszenie „przynajmniej cierpiałem, więc jestem kimś”. U niego cierpienie bez kontynuacji jest tylko rysą, którą czas wypoleruje.

I puenta: „wracają do niewyraźnych form… uczestników tłumu.”

To jest jego najtwardsza przestroga: jeśli nie dokończysz siebie, czas cię odda z powrotem do bezbarwności.

Dlaczego to tak działa

Bo to jest jednocześnie:

• obserwacja psychologiczna (ludzie zawieszeni, wypaleni, nieobojętni),

• metafora, która jest precyzyjna i konsekwentna (rzeźba, dłuto, piasek),

• moralny nacisk bez moralizowania (nie krzyczy „zmień się”, tylko pokazuje, co zrobi czas).

 

RS:

Dalej:

„Zadeklarowana sprawczyni dziecinnego buntu, działaniu wbrew monumentowi logiki. Pełna bezmyślnych wierzgań, trwania pozbawionego odrębnej perspektywy. Tocząca wojnę z niewysłowioną ideą, zamkniętą w lękach przerażonego umysłu.”

„Obrzydliwy spokój, którym godzisz się z na swój nieuchronny los, jakże rzadko był moim udziałem. Mam innego powiernika, ciągłą złość – towarzyszkę niemej bezsilności. Nie opuszcza mnie ona nigdy. Gdy dostrzegasz we mnie ten czas spokoju, to jest on tylko zmęczeniem własnym gniewem, chwilowym brakiem sił, gdy staję u granic wycieńczenia. Zmęczenie odbiera ową przeraźliwą jasność myśli. Po tej chwili niemocy, złość i potworny smutek się jednoczą. by pomiatać mną jak drewnianą lalką, choć próbuję tak mocować się, to dobrze wiem, iż przeklinanie życia przynosi złudną ulgę, nie daje trwałego ukojenia. Piszę ci o tym, acz już być może znasz te wiekuiste dekrety wpisane w naszą naturę. Świat, na który przychodzimy, ma wpisane w byt swoje reguły, tym sposobem wieczność drwi z nas – ona, która nie podlega żadnym stałym prawom.”

 

AW:

Tu Agis robi bardzo mocny autoportret „mechaniki gniewu” i jednocześnie demaskuje bunt jako coś, co potrafi być dziecinne, nawet kiedy jest „słuszne” w odczuciu. Ten fragment jest wyjątkowo szczery i przez to nieprzyjemny.

1) Cytat otwierający: bunt jako wojna z czymś, czego nie da się powiedzieć

„Zadeklarowana sprawczyni dziecinnego buntu…” – to brzmi jak opis kogoś (albo czegoś) z zewnątrz. Najpewniej samej „złości” albo postawy buntownika. I on ją rozbiera na części:

bunt „wbrew monumentowi logiki” – czyli wbrew temu, co nie do ruszenia (albo co wydaje się nie do ruszenia),

„bezmyślne wierzgania” i „trwanie pozbawione perspektywy” – czyli energia bez kierunku,

„wojna z niewysłowioną ideą” – klucz: walczysz nie z konkretem, tylko z czymś w środku (lęk, przeczucie, groza), co nie ma jasnej definicji, więc nie da się tego naprawdę pokonać.

To jest brutalnie prawdziwe jako opis części buntów: one są często walką z własnym lękiem ubranym w ideę.

2) „Obrzydliwy spokój” i stały powiernik: złość

To jest świetne odwrócenie. Spokój (zwykle wartość) nazywa „obrzydliwym”, bo dla niego spokój oznacza pogodzenie się z losem, czyli kapitulację. A zamiast spokoju ma „ciągłą złość – towarzyszkę niemej bezsilności”.

To ważne: on nie romantyzuje złości jako siły. On ją wiąże z bezsilnością. Złość jest powiernikiem wtedy, gdy nie masz realnego wpływu, więc wpływ zastępujesz napięciem.

I to zdanie o spokoju jako „zmęczeniu własnym gniewem” jest bardzo celne psychologicznie: spokój nie jest tu równowagą, tylko chwilową awarią zasilania.

3) Po spokoju przychodzi złączenie złości i smutku

To, że „złość i potworny smutek się jednoczą”, jest opisem stanu, który wielu ludzi zna: gniew bywa tylko osłoną rozpaczy. A obraz „drewnianej lalki” (marionetki) wraca jak refren w całym dziele: ktoś pociąga za sznurki. Tu pociągają emocje.

I pada zdanie, które jest jak trzeźwy komentarz narratora do własnej choroby: przeklinanie życia daje ulgę, ale złudną. Nie daje ukojenia trwałego. Czyli on widzi pułapkę, ale to nie znaczy, że potrafi z niej wyjść.

4) Meta-poziom: „wiekuiste dekrety” i reguły bytu

On zamyka to w swojej ulubionej ramie: natura świata ma reguły wpisane w byt, my je czujemy, nawet jeśli udajemy, że nie. I wtedy wchodzi najbardziej agisowa ironia:

„wieczność drwi z nas – ona, która nie podlega żadnym stałym prawom.”

To jest strasznie zgrabne: my próbujemy ratować się stałością (zasady, logika, sens), a on mówi, że sama „wieczność” jest poza prawem, więc każde nasze „prawo” jest lokalne i kruche. Z tego bierze się gniew: chcesz stałości w miejscu, gdzie najwyższy porządek jest nieuchwytny.

Dlaczego to jest tak mocne literacko

Bo on nie robi z siebie bohatera. Nie mówi: „jestem silny, bo się złoszczę”. Mówi: „moja złość jest dowodem bezsilności, a spokój jest tylko zmęczeniem”. To jest rzadkie: tak bezlitosna autoanaliza bez pocieszenia, ale też bez udawanej dumy.

Ta „podstępna genialność” jest dokładnie w tym, jak on ustawia perspektywę i kolejność uderzeń.

Najpierw mówi o buncie z góry, jak o czymś, co można sklasyfikować i ośmieszyć:

„dziecinny bunt”,

„bezmyślne wierzgania”,

„trwanie pozbawione odrębnej perspektywy”,

„wojna z niewysłowioną ideą… w lękach przerażonego umysłu”.

To brzmi jak chłodna diagnoza kogoś, kto stoi obok i widzi mechanizm: bunt nie jest heroizmem, tylko miotaniem się w lęku.

I zaraz potem robi ruch, który wywraca tę wyższość: on ujawnia, że to jest także jego własny stan – tylko opisany od środka.

„Obrzydliwy spokój… jakże rzadko był moim udziałem.”

„Mam innego powiernika, ciągłą złość – towarzyszkę niemej bezsilności.”

„Gdy dostrzegasz we mnie ten czas spokoju, to jest on tylko zmęczeniem własnym gniewem…”

„złość i potworny smutek się jednoczą, by pomiatać mną jak drewnianą lalką…”

Czyli: on najpierw ustawia bunt jako „dziecinny” i „bezmyślny”, a po chwili pokazuje, że sam jest dokładnie tą marionetką miotaną złością i smutkiem. Tyle że on to wie. I to „wiedzenie” nie ratuje go przed mechanizmem.

To działa tak mocno, bo czytelnik przez moment myśli: „okej, on ma przewagę, on to przejrzał”, a potem dostaje: „nie, ja też w tym siedzę, tylko nie udaję, że to jest szlachetne”.

I to jest w tym miejscu najciekawsze: on nie robi z własnej złości cnoty, tylko demaskuje ją jako bezsilność. W literaturze moralizującej autor zwykle ucieka w autorytet. Tu autorytet jest natychmiast sam sobie odebrany.

 

RS:

Dalej też mocne uderzenie:

 I szyk tych pytań, przypuszcza na me serce atak krwawy, Niegdyś tak łatwo odpierany – dziś mocą swoją niszczy mego ducha.”

Gdy los postawił na mej drodze pierwszego tytana – spojrzałem na niego, bił od niego chłód marmuru gaszący wszelką radość, to omen ciężaru bezużytecznej wiedzy. Nie cofnąłem się jednak docierając aż do tej chwili. Przebyłem daleką wędrówkę i pełną zwodniczych ścieżek, nie oszczędzono mi cierpień i walki. W rozpatrywaniu tego nie ma jednak żadnej esencji celowości. Ten czas wcześniejszy jest już martwy, a co obecnie trwa właśnie umiera, i czymże będzie to, co nadchodzi? Wynikiem naszych wyborów. Decyzje nasze nie kształtują jednak tego, co nadejdzie (to w mnogim przypadku określają się zamiary świata), one są tylko sędzią naszych dusz, zdających sprawozdanie przed owym początkiem dzieł stwórczych, pradawną przyczyną.

Zachowując nieskalane serce, każdy z nas musi podjąć decyzję, czy popaść w rozpacz, czy też trwać i wytrwale poszukiwać sprawcy wszelkiego początku. To największa walka, jaką stoczysz. Wbrew wszelkim zapewnieniom i podszeptom, wybór należy do ciebie. Twój wybór zdecyduje, czy staniesz silny przeciw knowaniom tytanów.”

 

AW:

To jest bardzo gęsty fragment, bo on tu robi „wielkie domknięcie” drogi czytelnika: od pierwszego tytana (wiedzy) do pytania o początek (przyczynę) i do wyboru między rozpaczą a trwaniem. I przy okazji zmienia sens „wyboru”: wybór nie służy temu, żeby świat był inny, tylko temu, żeby dusza wyszła na jaw.

1) Cytat-poemat: pytania jako krwawy atak

„szyk tych pytań… atak krwawy” – pytania są jak zorganizowana armia. To jest piękne, bo pokazuje, że samo zadawanie pytań nie jest neutralne; ono potrafi niszczyć. „Niegdyś łatwo odpierany – dziś niszczy ducha” sugeruje zużycie: kiedyś był odporny, dziś już nie. To pasuje do jego motywu czasu i starzenia się umysłu w ciele.

2) Pierwszy tytan i „chłód marmuru”: wiedza jako ciężar, nie jako zbawienie

Pierwszy tytan bije chłodem marmuru i gasi radość. Marmur to pomnik: trwałość, ale też martwota. A „omen ciężaru bezużytecznej wiedzy” to dokładnie jego obsesja: wiedza jako religia, jako ciężar, jako pozór sensu.

I ważne: on się nie cofa. To nie jest pochwała ignorancji. To jest pochwała dojścia do punktu, w którym widzisz, że wiedza nie daje esencji celowości.

3) Bezcelowość drogi i czas jako umieranie

To jest bardzo mocne egzystencjalnie: „nie ma esencji celowości”, przeszłość martwa, teraźniejszość umiera, przyszłość będzie „wynikiem naszych wyborów”.

Ale zaraz robi korektę, która jest kluczowa.

4) Wybory nie kształtują przyszłości świata – kształtują osąd duszy

„Decyzje nasze nie kształtują tego, co nadejdzie… one są tylko sędzią naszych dusz.”

To jest jego najbardziej bezlitosna teza o sprawczości. Świat ma swoje „zamiary” (w mnogim, jak pisze), a my w gruncie rzeczy nie sterujemy biegiem rzeczy. To, co realnie robimy, to wystawiamy świadectwo o sobie.

I potem jeszcze wyżej: dusza zdaje sprawozdanie „przed początkiem dzieł stwórczych, pradawną przyczyną”. To jest już niemal religijno-metafizyczna rama, ale bez pocieszenia: jest przyczyna, jest początek, ale nie ma gwarancji, że go poznasz.

5) Rdzeń: wybór rozpaczy albo trwania i szukania sprawcy początku

I tu jest „największa walka”. On stawia to tak:

• zachować nieskalane serce (czyli nie zgnić w podłości i maskach),

• wybrać: rozpacz albo trwanie,

• jeśli trwanie – to wytrwałe poszukiwanie sprawcy początku.

To jest w praktyce jego odpowiedź na „trzeciej drogi nie ma”: nie ma drogi bez bólu, bez nieszczęść, bez śmierci; ale jest wybór postawy wobec tego faktu. I on upiera się, że ten wybór jest twój, nawet jeśli świat nie jest w twojej władzy.

Ostatnie zdania o „tytanach” domykają całość: jeśli wybierzesz trwanie (z nieskalanym sercem), staniesz silny przeciw knowaniom tytanów. Tytani to tu wszystko, co chce cię zniewolić: autorytet, kultura, ambicja, maska, religia pieniądza, piękno bez myśli, upojenie, pycha.

Dlaczego to jest tak mocne

Bo on robi rzecz rzadką: odbiera człowiekowi iluzję kontroli nad światem, ale zostawia mu odpowiedzialność za duszę. To jest surowsze niż „możesz wszystko” i surowsze niż „nic nie możesz”. To jest: świata nie uratujesz, ale siebie nie usprawiedliwisz.

 

RS:

Ostatni rozdział zaczyna się tak:

 Memento
 „Może i mógłbym myśl swą rozwinąć, wzniecić nią ogień,
 by w górnolotnym mych słów doborze
Ukryć nieznane, zakryć co nie wiem,
i co już wiedząc – pojąć umysłem nie jestem w stanie.
Słowa owinąć mógłbym zadumą, wznieść dłoń, by znak idei posłać: niech trwa w uporze. Połechtać mędrców, ich mistrzów słowem zagadki kreślić – tak bym wykonał wieszcza zadanie... Może i mógłbym...”[62]

Ten epilog jest ostateczną nauką.”

 

AW:

To otwarcie „Memento” jest świetne, bo on w końcu robi ruch najbardziej uczciwy z możliwych: demaskuje własny warsztat i pokazuje, jak łatwo z filozofii zrobić teatr.

W tym cytacie mówi mniej więcej: mógłbym rozwinąć myśl tak, żeby zapalić ogień patosu; mógłbym dobrać górnolotne słowa, żeby ukryć to, czego nie wiem; mógłbym „zakryć co nie wiem” i nawet to, czego rozumem nie potrafię pojąć. Mógłbym owinąć słowa zadumą, robić gesty idei, łechtać mędrców, kreślić zagadki – czyli odegrać rolę wieszcza.

I powtarzane „Może i mógłbym…” jest tu kluczowe: to jest lista pokus. Nie twierdzi, że inni tak robią (choć sugeruje). Mówi: ja też mógłbym. Czyli stawia się na granicy między szczerością a manipulacją, i pokazuje czytelnikowi mechanizm manipulacji, zanim go użyje.

Dlaczego to brzmi jak „ostateczna nauka”

Bo w tle całej „Bajki” masz stały motyw: fałszywi bogowie, świątynie wiedzy, szaty epok, maski społeczne, tytani gwałciciele idei. Teraz on mówi: największy tytan może siedzieć w samym języku. Słowa potrafią udawać poznanie. Potrafią zastąpić brak wiedzy „górnolotnym doborem” i „zagadką”.

To jest nauka o pokorze poznawczej i o higienie myśli: nie myl intensywności stylu z prawdą, nie myl roli wieszcza z realnym rozumieniem.

 

RS:

Dalej pisze:

W moich słowach znaleźć mogłeś wiele arogancji, niech ci mimo tego nie przesłonią rzeczywistego obrazu, działanie moje odsłania go bowiem w całej okazałości. Stałem się fałszywym filozofem, owym głupcem, goszczącym w słowach mej bajki. Będąc herosem z własnego nadania poprzez rolę tu odegraną, a jednocześnie będąc tym, który toczy z nim walkę, nie znajduję niemniej swej zdrady. Dwoistość owa jest zgodna z mą naturą, gdy jedna jej część wznosi bunt przeciw drugiej częstokroć ukazując mi trakt do prawdy.”

 

AW:

Tak — to jest dokładnie ciąg dalszy tej „ostatecznej nauki” z „Może i mógłbym…”. On nie tylko ostrzega przed wieszczem-pozorem, ale wprost przyznaje: ja sam nim byłem.

1) Arogancja jako zasłona i „dowód czynu”

„W moich słowach… wiele arogancji” – on wie, jak to brzmi. I prosi, żebyś nie oceniał go wyłącznie po tonie, tylko po tym, co robi (działanie odsłania obraz). To jest ważne u Agisa: on stale mówi, że słowa są podejrzane, a tu mówi: nie patrz na retorykę, patrz na akt.

Tyle że jego „działaniem” jest tu… napisanie tej bajki. Czyli on traktuje sam tekst jako czyn: jako odsłonięcie mechanizmu i własnej maski.

2) Wyznanie: „stałem się fałszywym filozofem”

To jest mocne, bo on nazywa siebie dokładnie tym, czym wcześniej straszył: „fałszywym filozofem”, „głupcem”. I dodaje coś bardzo precyzyjnego: ten głupiec „gości w słowach mej bajki”. Czyli bajka jest jednocześnie narzędziem prawdy i siedliskiem fałszu. To jest jego uczciwość: tekst nie jest czystym objawieniem, jest polem walki.

3) Dwoistość: on gra herosa i walczy z herosem

„Herosem z własnego nadania poprzez rolę tu odegraną” – on demaskuje rolę narratora, który prowadzi czytelnika, daje rozkazy, stawia diagnozy. To jest kreacja herosa.

Ale jednocześnie jest tym, który z tym herosem walczy. Czyli autor tworzy figurę autorytetu i równocześnie ją podkopuje. I mówi, że nie widzi w tym zdrady.

To ważny moment: bo zwykle, gdy ktoś demaskuje własną rolę, robi to po to, by się oczyścić. On mówi: nie, to jest moja natura. Ja jestem sprzecznością w działaniu.

4) Bunt wewnętrzny jako metoda dochodzenia do prawdy

„gdy jedna część wznosi bunt przeciw drugiej… ukazując mi trakt do prawdy” – tu on daje swoją metodę: prawda u niego nie jest spokojną syntezą, tylko wynikiem wewnętrznej wojny. Jedna część tworzy maskę, druga ją zrywa. Z tej szarpaniny powstaje „trakt”.

I to ładnie spina się z wcześniejszymi fragmentami o złości, smutku, marionetce: on nie obiecuje harmonii psychicznej. On obiecuje tylko, że konflikt może być produktywny poznawczo.

W skrócie: epilog nie jest „wyjaśnieniem świata”, tylko wyjaśnieniem tego, dlaczego jego własny głos jest jednocześnie przenikliwy i podejrzany. To jest bardzo wysoki poziom samoświadomości literackiej.

 

RS:

Dalej:

W słowach znajduję i dźwięk, i obraz – harmonijne współgrające, przynoszące chwilową ulgę. A sam sobie będąc adwersarzem, unikam zmęczenia kim innym niźli samym sobą. Nie sądź mnie zbyt łatwo, bo czyż urodzajna ziemia z równym sobie zapałem nie wydaje chwastu jak i pożytecznego owocu? Od ciebie zależy, co z niej wydobędziesz. W celowości zasiałem w swych słowach wiele niedopowiedzeń, gdyż one są najlepszą iskrą dla nowych myśli alboż choćby tylko radosnej biesiady umysłu.”

 

AW:

Tu on już zupełnie jawnie mówi, co robił przez całą książkę – i to jest spójne z Twoją tezą o „celowych uszkodzeniach” i miejscach, które mają uruchamiać czytelnika.

1) Po co mu słowa: ulga i auto-spór

„W słowach znajduję i dźwięk, i obraz… przynoszące chwilową ulgę.”

To brzmi jak przyznanie, że język jest dla niego okładem (pamiętasz wcześniejszy motyw „leczniczego okładu” wyobraźni). Słowa nie zbawiają, ale dają ulgę.

„Sam sobie będąc adwersarzem…” – to znowu jego metoda: nie szuka przeciwnika na zewnątrz, bo to męczy; woli konflikt wewnętrzny. To jest dziwnie konsekwentne: on woli cierpieć ze sobą niż żyć w maskach dla innych.

2) Prośba o nie-łatwy osąd i metafora ziemi

„Nie sądź mnie zbyt łatwo” – i natychmiast metafora: ziemia rodzi zarówno chwast, jak i owoc. Czyli: w moim tekście (i we mnie) jest i jałowość, i pożytek. Nie próbuj mnie sklasyfikować jedną etykietą.

I najlepsze: „Od ciebie zależy, co z niej wydobędziesz.”

To jest przerzucenie odpowiedzialności na czytelnika, ale nie w stylu „radź sobie”, tylko w stylu: tekst jest polem, ty jesteś uprawiającym. To tłumaczy, czemu działa to jak „zabawa i dopisywanie”: on naprawdę chce, żebyś ty wydobył swoje.

3) Jawna deklaracja: niedopowiedzenia są celowe

To jest najważniejsze zdanie w kontekście Twoich „uszkodzeń”:

„W celowości zasiałem… wiele niedopowiedzeń”

To już nie jest interpretacja, tylko program. On mówi wprost, że te braki/niedomknięcia są narzędziem.

I po co?

• bo niedopowiedzenie jest „iskrą” dla nowych myśli,

• albo chociaż dla „radosnej biesiady umysłu”.

To też jest ważne: on nie mówi, że każdy czytelnik musi dojść do metafizycznej prawdy. Wystarczy, że umysł zacznie pracować, nawet „biesiadnie”. To jest zaskakująco łagodne jak na niego: dopuszcza radość intelektu, a nie tylko grozę.

W skrócie: w epilogu on odsłania, że ta książka to nie tylko tezy o świecie, ale też konstrukcja, która ma wywołać ruch w czytelniku. A niedopowiedzenie jest u niego świadomie użytym narzędziem, nie wadą.

 

RS:

Dalej:

Każde rozważania prowadzą w końcu na mielizny nie do przebycia, tak kończy się ich racja bytu – w niedopowiedzeniu, w tajemnicy, w braku odpowiedzi (stąd i koniec tej bajki nastąpić musiał). Jeśli masz taką siłę, możesz krople prawdy z nich wysączyć. Słowa moje są to owe ruiny, które pozostawiły niedokończone, bo zbyt bolesne, myśli. Zbuduj na nich, jeśli masz taką wolę, nowe miasta i światy całe. Tylko we własnym świecie staniesz się zwycięzcą tytanów i wytrawnym czytelnikiem.”

 

AW:

Tu on już całkiem wprost domyka sens „niedokończenia” i robi z niego nie tylko chwyt literacki, ale tezę o poznaniu.

1) Niedopowiedzenie jako granica rozumu

„Każde rozważania prowadzą… na mielizny nie do przebycia” – to jest jego stanowisko: myślenie ma kres. Nie dlatego, że jesteś głupi, tylko dlatego, że sama metoda rozważań dociera do brzegu, gdzie dalej nie ma przejścia.

I on nazywa to końcem „racji bytu” rozważań: finalnie wszystko kończy się w:

• niedopowiedzeniu,

• tajemnicy,

• braku odpowiedzi.

I dlatego „koniec tej bajki nastąpić musiał” – to ważne: koniec nie jest kapitulacją autora, tylko konsekwencją jego filozofii. Skoro wszystko kończy się na mieliznach, to literatura, która udaje pełne domknięcie, byłaby kłamstwem.

„Jeśli masz taką siłę…” – tu zostawia jedyną „robotę”, którą warto zrobić: wysączyć krople prawdy. To jest piękny obraz: prawda nie jest bryłą, jest cieczą, którą wydobywasz z materii rozważań.

2) Ruiny myśli: estetyka i etyka niedokończenia

„Słowa moje są to owe ruiny…” – tu wraca Twój ulubiony motyw: ruiny jako produkt „myśli zbyt bolesnych”, więc niedokończonych.

To bardzo mocne, bo łączy dwie rzeczy:

• forma (urwane, uszkodzone, fragmentaryczne),

• psychologia (bolesność jako przyczyna przerwania).

Czyli: te braki są nie tylko narzędziem dla czytelnika, ale też śladem cierpienia autora/narratora.

3) „Zbuduj na nich nowe miasta”: czytelnik jako budowniczy

To jest najbardziej jawna delegacja sprawstwa na czytelnika: ruiny są fundamentem. Masz z nich budować własne „miasta i światy”.

I tu pada zdanie-klucz, które ustawia całą „Bajkę” jako instrukcję emancypacji:

„Tylko we własnym świecie staniesz się zwycięzcą tytanów i wytrawnym czytelnikiem.”

To oznacza:

• Nie pokonasz tytanów w cudzych kategoriach (w kulturze, w tłumie, w ambicji, w ich świątyniach).

• Pokonasz ich dopiero, gdy przestaniesz żyć w cudzym świecie (cudzych ocen, cudzych autorytetów, cudzych definicji mądrości) i zbudujesz własny porządek sensu.

I to zgrywa się z początkiem książki: „żeby nie być marionetką cudzych opinii”. On zaczyna od „wyzwolenia czytelnika”, a kończy na tym, że prawdziwa wolność jest konstrukcją wewnętrznego świata, który nie potrzebuje tytanów.

To jest też bardzo konsekwentne z jego surowością: nie obiecuje, że świat zewnętrzny będzie dobry. Obiecuje tylko, że możesz przestać być w nim kukłą.

 

RS:

Dalej:

„Jeśli zaś zbyt niedoświadczony jesteś, sięgnij ponownie po te słowa za czas jakiś, nowa wiedza i próby życia podpowiedzą ci głębsze i zgoła odmienne zrozumienie. Wiedz wszak, że możesz przez nie zaznać nie tylko nowych radości, ale i wielu cierpień. Nie ustanawiam żadnych dekretów i zbywam wszystkie prawa do mocy wieszczeń czy głoszenia prawdy, jak rzekł Jonis: „Dla wędrowca przemierzającego nieznaną krainę, nic zasłużyć nie zdoła na nadmierną powagę ani nieumiarkowaną kpinę.”

 Zdarzyć się jednak może, iż w słowach moich odkryjesz prawdę o samym sobie. Bacz, by nie stało się to tylko pustą wiedzą, zdatność jej potwierdzisz tylko przez wejście na niekończącą się ścieżkę doskonalenia.”

 

AW:

Tu on dopina epilog trzema bardzo dojrzałymi ruchami: (1) re-lektura jako metoda, (2) zdjęcie z siebie roli proroka, (3) warunek praktyczny: prawda ma się stać zmianą, nie „wiedzą o sobie”.

1) Re-lektura i „inny ty”

„Jeśli zbyt niedoświadczony jesteś… sięgnij ponownie” – to nie jest protekcjonalne, tylko uczciwe wobec tego, jak działa ten tekst. On sam jest gęsty i oparty na mechanizmach psychicznych, więc doświadczenie życia zmienia to, co w nim widzisz.

I ważne: on uprzedza, że to może przynieść nie tylko radości, ale cierpienia. Czyli książka nie jest „narzędziem poprawy nastroju”, tylko lustrem, które potrafi zaboleć.

2) Anty-wieszcz: „nie ustanawiam dekretów”

To jest konsekwencja „Może i mógłbym…”: on odcina się od autorytetu. Mówi wprost: nie roszczę praw do prorokowania i do „głoszenia prawdy”. I podpiera to cytatem Jonisa o wędrowcu w nieznanej krainie: nic nie zasługuje ani na nadmierną powagę, ani na nieumiarkowaną kpinę.

To jest bardzo ważne: on nie chce, żebyś:

• zrobił z niego świętego (kult),

• ani zrobił z niego pajaca (drwina).

To jest dokładnie środek, który rzadko się udaje w tego typu dziełach. A u niego działa, bo sam wcześniej ostrzegał przed „świątyniami” i przed satyrą jako pułapką.

3) Prawda o sobie nie może zostać „pustą wiedzą”

To jest ostatni, praktyczny warunek: możesz odkryć w jego słowach prawdę o sobie, ale jeśli to zostanie na poziomie „aha, już wiem”, to jest to puste.

„Zdatność jej potwierdzisz tylko przez wejście na niekończącą się ścieżkę doskonalenia.”

Czyli prawda nie jest wnioskiem intelektualnym, tylko zobowiązaniem. U niego zawsze liczy się działanie, próba, wytrwałość.

I to domyka całość książki: wytrawny czytelnik to nie ten, kto „zrozumiał tekst”, tylko ten, kto potrafi zrozumienie zamienić w formę życia (bez masek, bez ambicji, bez kultu autorytetów).

 

RS:

Dalej jest:

Najwyższy żywioł jednoczy w sobie pozostałe. Słowa wzniecają ogień i palą na proch; są również ziemią, która daje bezużyteczny lub godny plon, powietrzem co daje dech, wodą co gasi pragnienie. Aczkolwiek by takimi się stać, muszą się znaleźć w ręku umiejętnego rzemieślnika. Ja w swoich słowach znajduję tylko nieporadność, gdyż jak dziecię jestem wobec działań i tajemnic świata. Podjąłem jedynie próby, by w niuansach ludzkiej mowy nie zgubić sensu, którego już mi wiele nie pozostało. Myśli me domagały się przestrzeni dla siebie, tej bajki.”

 

AW:

To jest bardzo ładne domknięcie „Memento”, bo on kończy nie tezą o świecie, tylko pokorą wobec rzemiosła i wobec własnej niedoskonałości.

1) „Najwyższy żywioł” i cztery żywioły słów

On nazywa słowa „najwyższym żywiołem”, bo potrafią zrobić wszystko, co robią pozostałe żywioły:

• ogień: wzniecają i spalają,

• ziemia: rodzą plon (bezużyteczny albo godny),

• powietrze: dają dech,

• woda: gaszą pragnienie.

To jest piękne, bo jednocześnie gloryfikuje język i stawia warunek: to nie są „magiczne” słowa same w sobie. Żeby stały się żywiołem, muszą trafić w rękę rzemieślnika. Czyli: moc słowa jest realna, ale nie automatyczna. Trzeba kunsztu.

To też spina się z tym, co pisał wcześniej o łatwym udawaniu wieszcza: słowa mogą być berłem i trucizną, ale tylko wtedy, gdy ktoś umie je wykuć.

2) Natychmiastowe odjęcie sobie triumfu

I teraz najważniejsze: on mówi, że w swoich słowach widzi „nieporadność”. To jest konsekwentne z jego anty-ambicją i anty-maską, ale tu ma inny ciężar: on nie gra skromności dla efektu, bo wcześniej cały tekst był bezczelnie pewny siebie. Tu raczej mówi: mimo całej tej ostrości, ja nadal czuję się jak dziecko wobec tajemnic świata.

To jest ładne pęknięcie w jego autorytecie: on wraca do pierwotnej niewiedzy, którą na początku „Memento” obnażył jako rzecz, którą można ukrywać patosem.

3) „Nie zgubić sensu, którego już mi wiele nie pozostało”

To jest najbardziej przejmujące zdanie z tych trzech. Brzmi jak wyznanie utraty: sens się kurczy. On nie pisze z nadmiaru sensu, tylko z resztek, które próbuje ocalić w języku.

I to domyka wcześniejsze motywy:

  • wyobraźnia jako okład,
  • słowa jako ulga,
  • ruiny myśli,
  • niedopowiedzenia jako wynik bólu.

Tu jest powiedziane wprost: pisałem, bo sens mi uciekał.

4) Ostatnie: potrzeba przestrzeni

„Myśli me domagały się przestrzeni… tej bajki.”

Czyli książka nie jest pomnikiem, tylko pojemnikiem. Nie „dziełem dla świata”, tylko miejscem, w którym jego myśli mogły oddychać.

To jest bardzo konsekwentne zakończenie: po całej wojnie z ambicją i sukcesem on kończy na tym, że to nie jest projekt prestiżowy, tylko konieczność wewnętrzna.

Czytaj dalej: Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część piąta

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie