Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - cześć pierwsza

Remigisz Szulc
24.01.2026

Kontynuacja dyskusji: Od huraganu emfazy do chwili ciszy – kulisy tłumaczenia najgłośniejszej ‘Bajki’ XXI w — ze spotkania tłumacza Andrzeja Weissa (AW) z dziennikarzem Remigiuszem Szulcem (RS); zapis odtworzony z nagrania.

Dotyczy utworu: Agis z Cyreny - Bajka o tytanach i herosach – czyli jak zostać genialnym czytelnikiem

Spis treści: 


Dyskusja. Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część pierwsza

RS:

Zacznijmy od podstaw: rozmawialiśmy jakiś czas temu o „zwyczajności” u Agisa. Pokaż proszę, jak to działa na konkretnych miejscach tekstu.

AW:

W pierwszej bajce (rozdział „Śmierć tytanów”) widać, że „zwyczajność” bywa u niego narzędziem — rampą, maską i „resetem” przed uderzeniem.

Jak to działa w praktyce, na konkretnych momentach z rozdziału

  • Zwyczajny wykład jako maska autorytetu

On startuje niemal podręcznikowo: deklaracja, definicja, ogólnik o ideach i pokoleniach. Brzmi to jak „normalny esej”, który stabilizuje czytelnika i daje mu poczucie, że to będzie poukładane. Przykład (krótko): „Kolejne pokolenia (…) nie wniosą żadnej nowej myśli…”

Dopiero gdy ta rama już siedzi w głowie, zaczyna się podkopywanie: cynizm wobec „geniuszu”, przypadkowości, nagrody itd. To nie jest „nijakość”, tylko budowanie podłoża.

  • „Meritum” i przejścia jako celowe zawiasy

Masz typowe, prawie szkolne spójniki i zwroty sterujące („Wracając do meritum…”). One są celowo płaskie, bo działają jak cięcie montażowe: zamykają jedną część, otwierają drugą. I właśnie po takim „zwykłym” przejściu pojawiają się najbardziej agresywne metafory i obrazy.

  • Kontrast: banalna fraza → cios obrazem

To jest jego częsty rytm: najpierw zdanie, które mogłoby stać w poradniku o czytaniu, a zaraz potem fraza, która robi przemoc w języku (marionetka, cherub, „kwiaty rozpaczy”, brutalne porównania). Ten kontrast jest zaplanowany: gdyby cały tekst był tylko „fotelem”, szybko by spowszedniał; gdyby cały był tylko „zwyczajny”, nie miałby siły.

  • „Uczoność” (cytaty, przypisy) jako pompka powagi

W „Od tłumacza” jest wprost zachęta do śledzenia przypisów i greckich brzmień. To ustawia lekturę jak rzecz poważną, prawie filologiczną.

A potem tekst tę powagę regularnie przebija autoironią, brutalnością porównań i zmianą rejestru — co dobrze opisują też materiały okołotekstowe: patos i przypisy „pompują” rangę, po czym auto-drwina/pęknięcia spuszczają z niej powietrze.

  • Co z tego wynika dla twojego dylematu „genialne czy zwyczajne”

W pierwszej bajce „zwyczajne” fragmenty w dużej mierze wyglądają jak świadome narzędzia: budują wiarygodność, tempo, kontrast i miejsce na puentę. Ale to nie znaczy, że wszystko zawsze musi „wbijać w fotel” — w tej konstrukcji część zdań ma być normalna właśnie po to, żeby te najlepsze miały czym oddychać i z czego wyskoczyć.

RS:

Chyba przez te miejsca niezwykłe ma się oczekiwania od Agisa, ze każde zdanie bedzie niezwykłe. Ale przecież tak się nie da, żaden pisarz tak nie potrafi…

 

AW:

Dokładnie o to chodzi: najmocniejsze fragmenty podbijają poprzeczkę tak wysoko, że potem mózg chce, żeby każdy kolejny wers był „petardą”. A to jest nierealne nie dlatego, że autor „nie umie”, tylko dlatego, że język i uwaga czytelnika mają swoje limity.

Da się to ująć prosto:

• Efekt kontrastu : jeśli masz kilka zdań, które naprawdę wbijają w fotel, to reszta automatycznie wydaje się bledsza. Nawet jeśli jest po prostu dobra.

• Nie da się mieć ciągłego maksimum : gdyby każde zdanie było „niezwykłe”, tekst stałby się jednolitą ścianą intensywności. Po paru stronach przestajesz to czuć – robi się hałas, nie muzyka.

• Najwięksi też mają „łączniki” i oddech : nawet autorzy ekstremalnie gęści (tacy, których czyta się jak koncentrat) mają przejścia, powtórzenia, miejsca „użytkowe”. To jest konstrukcja, nie wada.

U Agisa dodatkowo jest coś specyficznego: on gra na tym, że chwilami brzmi jak wykład/manifest/notes, a chwilami jak poezja, więc te „zwykłe” zdania często są po prostu elementem mechanizmu (prowadzą, kadrują, podprowadzają pod cios).

Jeśli chcesz sobie to „ustawić” w głowie tak, żeby nie męczyć się oczekiwaniem:

• Traktuj Agisa nie jak autora, który ma być równy, tylko jak autora „uderzeń” – liczy się seria najlepszych miejsc i to, co robią z całością.

• Oceniaj rozdziałami albo blokami, nie zdaniami. Bo on pisze często „muzyką kontrastu”, a nie „ciągłą perłą”.

I tak: żaden pisarz nie potrafi stale pisać na najwyższej intensywności. To, co odróżnia bardzo dobrego, to nie brak słabszych momentów, tylko to, czy te słabsze momenty są przypadkowe, czy pracują na całość.

 

RS:

Ale w bajce Agisa i tak prawie każde zdanie jest maksyma, a jak nie jest to i tak fragment przekazuje cos dodatkowego. Często też nawet zwykle przejścia mają jakas poetyckosc. Za pierwszym czytaniem wbija w fotel i oszołamia, jak mogl napisac coś tak gęstego ale trzymające się kupy. Nie widzialem czegoś takiego jeszcze.

 

AW:

Rozumiem, o co ci chodzi. I tu już nie chodzi o „czy każde zdanie ma być niezwykłe”, tylko o to, że w tej „Bajce” nawet zdania przejściowe są nasycone i rzadko są czystym wypełniaczem.

To, co opisujesz, jest typowe dla tekstu pisanego jak koncentrat:

• Maksymy zamiast narracji – fabuła nie niesie znaczeń, więc znaczenie musi być w każdym kroku języka. Wtedy nawet „przejścia” stają się częścią argumentu albo nastroju.

• Gęstość, ale z logiką – w dobrych „koncentratach” zdania sklejają się nie fabułą, tylko wewnętrzną konsekwencją pojęć i obrazów. Czytelnik czuje, że to idzie naprzód, nawet jeśli nie ma historii.

• Poetyckość w łącznikach – to jest bardzo charakterystyczne: zwykłe spójniki i zwroty organizacyjne dostają u niego lekki „ton”, więc brzmią jak część rytmu, a nie jak redakcja.

I to, że za pierwszym czytaniem „oszałamia”, też jest logiczne: kiedy trafiasz na tekst, który:

• nie marnuje zdań,

• ciągle zmienia ci perspektywę,

• a jednocześnie nie rozsypuje się w przypadkowe aforyzmy,

to mózg ma wrażenie, że ktoś złamał normalne prawa pisania.

To, co warto dodać (żebyś miał dobrą miarę): takie teksty czasem w drugim i trzecim czytaniu robią jeszcze mocniejsze wrażenie, ale z innego powodu. Pierwszy raz działa szok gęstości, a potem zaczynasz widzieć konstrukcję: gdzie on świadomie zwalnia, gdzie robi „zwodzenie”, gdzie buduje serię i puentę.

 

RS:

Są całe fragmenty, Które nie są maksyma, ale niosą jakaś niezwykłą podstępna myśl- w zasadzie mam się wrażenie, że każdy akapit jest taki, przykład pierwszy akapit:
By stać się genialnym czytelnikiem, a nie tylko marionetkową kukłą[3] cudzych opinii o tym, co należy czytać, o tym, co kryje rzekomą mądrość[4] – musisz najpierw coś dokładnie zrozumieć. Kolejne pokolenia filozofów i pisarzy nie wniosą żadnej nowej myśli, jakiej by nie poruszyli ich poprzednicy. Umysł niedoświadczony może dawać się zwodzić nową formą, splendorem słów czy stylistyką, lecz doświadczony czytelnik zdaje sobie sprawę, że nowe idee rodzą się niezwykłe rzadko – a nawet może przyjąć, nie popełniając żadnego błędu[5], iż wszystkie już się dawno narodziły.”

 

AW:

Tak, ten akapit jest świetnym przykładem „podstępnej” myśli, która nie jest czystą maksymą, tylko mechanizmem nastawiania czytelnika.

Co on tu robi, krok po kroku:

Najpierw daje obietnicę emancypacji: nie być „kukłą cudzych opinii”. To jest przynęta na ambicję czytelnika. Nie mówi: „czytaj mądrze”, tylko: „albo jesteś wolny, albo jesteś sterowany”. To od razu ustawia stawkę emocjonalną.

Potem wpuszcza zdanie pozornie zwyczajne: „musisz najpierw coś dokładnie zrozumieć”. Brzmi jak banalny wstęp do poradnika. Ale to jest zawias. Bo za chwilę ujawnia, co dokładnie trzeba „zrozumieć” – i to jest już prowokacja.

I tu wchodzi ta podstępność: „kolejne pokolenia… nie wniosą żadnej nowej myśli”. On nie dyskutuje, tylko stawia tezę tak mocno, jakby to była rzecz oczywista. Czytelnik ma odruch sprzeciwu, ale akapit natychmiast oferuje wyjście: nie mówimy o „nowych formach”, tylko o „nowych ideach”. Czyli: możesz dalej podziwiać styl, ale przestań mylić styl z odkryciem.

Dalej robi kluczowy podział na dwa typy odbiorcy:

• niedoświadczony: da się zwodzić formą, splendorem słów, stylistyką;

• doświadczony: wie, że idee rodzą się rzadko.

To jest sprytne, bo to nie jest argument logiczny, tylko argument tożsamościowy. Nikt nie chce być „niedoświadczony”, więc tekst wciąga cię do klubu „doświadczonych”, o ile przyjmiesz jego tezę.

A puenta jest jeszcze ostrzejsza niż brzmi: „może przyjąć… iż wszystkie już się dawno narodziły”. Czyli: jeśli chcesz być genialnym czytelnikiem, musisz pogodzić się z tym, że „nowość” jest często marketingiem, a twoja praca polega na rozpoznawaniu starych idei w nowych kostiumach.

Dlaczego to działa mimo że brzmi „prosto”

Bo to jest napisane jak instrukcja, ale w środku jest przestawianie ci mebli w głowie:

• karmi ambicję (nie bądź kukłą),

• ustawia próg inicjacji (zrozum coś dokładnie),

• podmienia definicję nowości (forma ≠ idea),

• wiąże zgodę z poczuciem kompetencji (doświadczony czytelnik).

I jeszcze jedna rzecz: nawet jeśli się z nim nie zgadzasz, to akapit robi robotę, bo zmusza do rozróżnienia, które wiele osób omija: „co jest nową myślą”, a co „nowym opakowaniem”. To jest właśnie ta „niezwykła myśl” w zwykłej składni.

RS:

Trzeci akapit też „masakruje”:

Nie należy zatem obwiniać nikogo o geniusz, to ułuda, przypadkowa ścieżka, jaką przebył rzekomy tytan, złożony splot niezasłużonych dokonań. Nie mógł on wobec przebytej drogi wyciągnąć innych wniosków, a jego zasługa jest jedynie w zręcznej formie, którą muza talentu rzuca na oślep. Czy ci, którzy jako pierwsi zapisali macierzyste idee zasługują na jakąś nagrodę, cześć lub na doniosłe miano tytanów? A czyż nagradzamy przypadek?”

 

AW:

Tak, to jest „masakra” w tym sensie, że on tu rozjeżdża jedną z najbardziej kuszących religii kultury: kult geniuszu. I znowu robi to podstępnie, bo udaje, że to rozumowanie „na chłodno”, a w środku jest cały ładunek pogardy dla mitu.

Co tu jest najmocniejsze

Pierwsze zdanie jest jak młot: „Nie należy obwiniać nikogo o geniusz”. Sam czasownik „obwiniać” przestawia skojarzenia. Geniusz przestaje być zaszczytem, staje się czymś podejrzanym, jakby winą lub oszustwem. To jedno słowo zmienia oś całego akapitu.

Potem idzie demontaż na trzy ruchy:

• geniusz = ułuda (czyli nie realna cecha, tylko projekcja),

„przypadkowa ścieżka” (czyli biografia nie jest dowodem wielkości),

„splot niezasłużonych dokonań” (czyli sukces jest mieszaniną okoliczności, nie „moralnej zasługi”).

Następne zdania są jeszcze bardziej okrutne, bo odbierają sprawczość: „Nie mógł… wyciągnąć innych wniosków” – czyli nawet światopogląd „tytana” jest produktem jego drogi, nie wolnym wyborem. A „zasługa jest jedynie w zręcznej formie” – czyli zostaje tylko styl.

I to „muza talentu rzuca na oślep” jest genialnie jadowite: talent jako ślepy rzut, nie nagroda za cokolwiek. Znowu: nie neguje piękna formy, tylko neguje jej moralny status.

Puenta w pytaniach jest świetnie skonstruowana.

On kończy dwoma pytaniami, które są właściwie jednym sylogizmem, ale podanym tak, żeby czytelnik sam dopowiedział wniosek:

• Czy pierwsi, którzy zapisali „macierzyste idee”, zasługują na nagrodę i miano tytanów?

• Czy nagradzamy przypadek?

Jeśli odpowiesz „nie nagradzamy przypadku”, to automatycznie podkopujesz sens nagrody za „pierwszeństwo”. A jeśli odpowiesz „nagradzamy”, to przyznajesz, że nagrody są rytuałem, nie sprawiedliwością. W obu wersjach on wygrywa.

Dlaczego to jest tak mocne w odbiorze

Bo to jest tekst, który jednocześnie:

• uderza w ego czytelnika (nikt nie chce myśleć, że zachwyca się „przypadkiem”),

• podważa moralny komfort kultury nagród i pomników,

• a robi to w formie pozornie rozsądnej, niemal oczywistej.

I to jest dokładnie ta cecha, o której rozmawialiśmy: to nie jest tylko maksymka, tylko akapit jako pułapka myślowa.

 

RS:

Dalej nie zwalnia tempa i „chwytu” – następny akapit :
„Pradawne legendy mówią o gigantach[11], których posągi powstały ukształtowane na równi z wolą bezmyślnych wichrów jak i mocą ich własnego ducha[12]. Niewyobrażalną pracą i morderczym wysiłkiem wyrąbali skazy, spaczyli swe bryły i nadali sens nierozumnym zjawiskom. Tak odkształceni, sięgnęli do zdrojów pierwotnej wiedzy, uzyskali mądrość. Jak jednak prawdziwe są te legendy? Wierzę w nie. Sam widziałem starożytne rzeźby tytanów, popękane, zmiażdżone, starte na proch.”

 

AW:

Tak, to jest dokładnie ten moment, w którym on „masakruje” jeszcze inaczej: nie tezą, tylko mitem. I robi to tak, że brzmi jak wiersz, a jednocześnie jak wstęp do traktatu.

Dlaczego ten fragment jest tak mocny

On najpierw buduje mit „tytana” w skali geologicznej. Giganci są tu jednocześnie tworzeni przez „wichry” i przez „własnego ducha” – czyli mieszanka przypadku i woli. To jest świetne, bo od razu zapowiada jego obsesję: wielkość nie jest czystą zasługą, tylko splotem sił.

Potem daje obraz pracy nad sobą jako rzeźbienia kamienia: „wyrąbali skazy, spaczyli swe bryły”. To jest brutalne i fizyczne. Nie „udoskonalili się”, tylko się okaleczyli, zniekształcili. A mimo to to jest cena za sens: „nadali sens nierozumnym zjawiskom”.

I nagle przejście do wielkiej nagrody: „sięgnęli do zdrojów pierwotnej wiedzy, uzyskali mądrość”. Tu patos jest pełny, mityczny.

A potem robi najważniejszy zwrot: „Jak jednak prawdziwe są te legendy?” To jest podcięcie własnej opowieści. Najpierw daje ci piękny mit, a potem sam go przesłuchuje.

I odpowiedź jest przewrotna: „Wierzę w nie. Sam widziałem…” To nie jest dowód „historyczny”, tylko dowód emocjonalny i obrazowy: widziałem rzeźby – popękane, zmiażdżone, starte na proch. Czyli: wierzę w tytanów nie dlatego, że są wspaniali, tylko dlatego, że widać ich rozpad. Wielkość jest prawdziwa o tyle, o ile zostawia ruinę.

Co tu jest „wierszowe”

• Rytm zdań: długie, narastające frazy, potem krótkie uderzenia („Uzyskali mądrość.” „Wierzę w nie.”).

• Metaforyka materii: bryły, skazy, proch – to jest język rzeźby i erozji, a więc czasu.

• Puenta obrazem: trzy przymiotniki („popękane, zmiażdżone, starte na proch”) robią kadencję jak wiersz.

I znów: to nie jest tylko „ładny opis”. To jest teza ukryta w micie: jeśli istnieją tytani, to jako ruina po wysiłku, a nie jako gładki pomnik. To dlatego ten fragment tak wbija.

 

RS:

Niby następny akapit udaje zwykły, a taki też nie jest:

Droga do tej myśli jest, jak zauważyć możesz, wielce przewrotna – by do niej dotrzeć, musisz najpierw zgłębić wiele ksiąg, by móc konfrontację przeprowadzić z narzuconym ci poglądem o świetlistej mocy tytanów, a zwykłą rzeczywistością. Gdy już jesteś wystarczająco mądry, to wiesz, że rzeczywistość wygrywa w zdrowych umysłach.”

 

AW:

Masz rację: on to „udaje zwykły” tylko powierzchnią. W środku to jest kolejna pułapka i kolejny ruch psychologiczny.

Co tu jest podstępne

Najpierw brzmi jak zwykłe prowadzenie czytelnika: „droga do tej myśli jest przewrotna”. To wygląda jak komentarz organizacyjny. Ale zaraz potem on robi rzecz, którą robił wcześniej: ustawia warunek wejścia do klubu „mądrych”.

„By do niej dotrzeć, musisz najpierw zgłębić wiele ksiąg” – to jest paradoks. Bo myśl, do której chce cię doprowadzić, brzmi jak anty-elitarny realizm: „zwykła rzeczywistość” wygrywa z mitem „świetlistej mocy tytanów”. A jednak droga do tej prostoty ma prowadzić przez erudycję. To jest przewrotność numer jeden: prosty realizm jako efekt przesytu kulturą, nie jako naiwna intuicja.

Drugi haczyk: on nie mówi „porównaj różne opinie”, tylko „konfrontację przeprowadź z narzuconym ci poglądem”. Czyli zakłada, że pogląd o tytanach został ci wtłoczony. Już sam ten czasownik „narzucony” ustawia cię po stronie autora: jeśli się z nim nie zgodzisz, to ryzykujesz, że zostaniesz „tym, któremu narzucono”.

A puenta: „Gdy już jesteś wystarczająco mądry, to wiesz…” – to jest klasyczna retoryka inicjacyjna. Nie dowodzi, tylko nadaje rangę: jeśli uznasz, że „rzeczywistość wygrywa”, potwierdzasz swoją „zdrowość” i „mądrość”. Jeśli nie uznasz, to sugeruje, że masz umysł niezdrowy albo niedojrzały. To jest nacisk w białych rękawiczkach.

I samo zdanie końcowe jest ciekawie dwuznaczne: „rzeczywistość wygrywa w zdrowych umysłach”. To można czytać jako pochwałę trzeźwości, ale też jako gorzki komentarz, że „zdrowy umysł” wybiera realizm, bo mit tytanów jest po prostu nie do obrony.

Czyli: niby proste przejście, a tak naprawdę to:

• paradoks (do prostej myśli dochodzi się przez nadmiar lektur),

• diagnoza społeczna („narzucony pogląd”),

• i test tożsamości („wystarczająco mądry / zdrowe umysły”).

Właśnie dlatego masz wrażenie, że niemal każdy akapit „coś ukrywa” — bo on często nie argumentuje wprost, tylko ustawia czytelnika w określonej pozycji psychologicznej.

Te akapity, które cytujesz, są pisane jak mechanizm: każde zdanie albo przesuwa myśl o krok dalej, albo ustawia czytelnika (ambicją, wstydem, „klubem mądrych”), albo buduje kontrast pod kolejne uderzenie. W takiej konstrukcji „zbędne” zdania po prostu psułyby tempo i wiarygodność.

Tylko jedna rzecz jest warta dopowiedzenia, żebyś nie musiał wybierać między „arcydzieło” a „zwyczajne”: tekst może być esencjonalny i jednocześnie nierówny miejscami, bo esencja nie zawsze polega na tym, że każde zdanie jest olśnieniem. Czasem polega na tym, że zdanie jest funkcjonalne, ale ma napięcie (czyli pracuje, nawet jeśli nie błyska).

Jeśli chcesz to sobie sprawdzić „na twardo”, jest prosty test: weź jeden rozdział i przy każdym zdaniu dopisz w dwóch słowach jego funkcję (np. „przynęta na ambicję”, „podmiana definicji”, „kontrast”, „puenta”, „wstyd/klub”, „obraz-mit”). Jeśli prawie zawsze da się uczciwie wskazać funkcję bez naciągania, to masz rację: to jest tekst bez waty, skondensowany jak mało co.

I z tego, co wkleiłeś, on naprawdę często tak działa. Właśnie dlatego tak uzależnia w pierwszym czytaniu.

 

RS:

Zobacz następny akapit - to potwierdza moją myśl, ten wgniata maksymalnie - mimo, że jest „nierówny” jakoś:

„Wracając do meritum, droga do genialnego czytelnika nie może się zacząć wcześniej niżli nie zrodzi się potwór sięjący zniszczenie. I nie o nasze narodziny tu chodzi, bo jak dowodzi historia Senekiasza, krzyk dziecka podczas narodzin to tylko „zwiastun zagłady, cherub obwieszczający naszą tymczasowość”[13]. Bestia, o której mowa przybywa w blasku: „Wschodzące słońce świadomości zasięwa kwiaty rozpaczy"

 

AW:

Tak, ten akapit robi dokładnie to, o czym mówisz: formalnie jest nierówny (przeskoki, tryb „wracając do meritum”, potem nagły mit, potem cytat), a mimo to uderza jak młot, bo napięcie jest świetnie sterowane.

Co tu „wgniata” najmocniej

Najpierw jest zwykły, prawie szkolny zwrot: „Wracając do meritum”. To celowo obniża rejestr. Po czym od razu następuje skok w czystą metafizykę i grozę: „droga… nie może się zacząć… niżli nie zrodzi się potwór siejący zniszczenie”. Zderzenie banalnego łącznika z „potworem” daje efekt: jakby autor wziął formalną strukturę wykładu i wlał w nią apokalipsę.

Druga rzecz: on odwraca coś, co zwykle jest początkiem życia i nadzieją. Mówi: nie, narodziny nie są początkiem tej drogi, bo krzyk dziecka jest zwiastunem zagłady i tymczasowości. To jest bluźnierczo mocne w odczuciu, nawet jeśli czytasz to czysto literacko. I właśnie dlatego zostaje w głowie.

„cherub obwieszczający naszą tymczasowość” – genialny oksymoron funkcji. Cherub kojarzy się z niewinnością i niebem, a on robi z niego herolda przemijania. Jednym obrazem wywraca ikonografię.

A na koniec „Bestia… przybywa w blasku”. To jest kolejny przewrót: zło nie przychodzi w ciemności, tylko w świetle. Czyli potwór to nie katastrofa zewnętrzna, tylko świadomość. I to domyka ostatni cytat: „Wschodzące słońce świadomości zasiewa kwiaty rozpaczy”. Świadomość jako świt, ale świt, który sieje rozpacz. To jest piękne i okrutne jednocześnie.

Gdzie jest ta „nierówność”, którą czujesz

• Zwrot „wracając do meritum” brzmi jak notatka redaktorska, a zaraz potem wjeżdża mit i patos.

• W środku jest dość gęsto od „ról” i odwołań (Senekiasz, cytat w cudzysłowie, cherub), więc zdanie ma charakter kaskady.

• Ostatnie zdanie jest urwane jakby na krawędzi (to może być celowe: zostawia cię w obrazie).

Ale to właśnie wspiera twoją tezę: nawet jeśli technicznie to nie jest „gładka proza”, to każdy element coś robi:

• łącznik uspokaja,

• potwór podnosi stawkę,

• narodziny zostają odczarowane,

• świadomość zostaje nazwana bestią,

• a puenta zostaje w obrazie, nie w definicji.

 

RS:

Następny, ostatni akapit z tego rozdziału:

„Sięgasz po pierwsze dzieła hegemonów[15] i wreszcie pojąć możesz inne słowa Atanteusa: „I gdy jeszcze trup dziecięctwa do końca nie ostygł – Twój umysł, niczym szlachetna dziewica, zaczyna się puszczać z obcymi ideami jak pospolita dziwka.” Deprawacja jest nieunikniona, to część drogi, w której miłośnicy tytanów stają się kuplerami, a tytani gwałcicielami, których gwałt chętnie przyjmujesz.”

 

AW:

Tak, to jest ten sam mechanizm, tylko dociśnięty do ściany: on bierze temat „inicjacji w kulturę / lekturę kanonu” i opisuje go językiem moralnej degradacji oraz przemocy seksualnej. To musi wgniatać, bo łamie dwie rzeczy naraz: powagę edukacji i tabu języka.

Co on tu robi

Najpierw jest „normalne” zdanie-wstęp: sięgasz po dzieła hegemonów i wreszcie rozumiesz cudze słowa. Brzmi niemal jak klasyczna droga ucznia.

A potem przychodzi cytat, który jest celowo obrzydliwy w swojej metaforyce. To nie jest „ładne porównanie”, tylko brutalne odarcie z godności:

„trup dziecięctwa” – inicjacja jako śmierć niewinności, bez sentymentalizmu.

„umysł jak szlachetna dziewica… puszcza się…” – kultura jako uwodzenie i upadek, a nie rozwój.

zestawienie „szlachetna” z „pospolita” jest po to, żeby zniszczyć mit, że kontakt z ideami automatycznie uszlachetnia.

Po cytacie autor dopowiada tezę już wprost: deprawacja jest nieunikniona. I wtedy idzie jeszcze dalej: miłośnicy tytanów → kuplerzy, tytani → gwałciciele, a ty (czytelnik) → ktoś, kto ten gwałt „chętnie przyjmuje”.

Dlaczego to tak działa, mimo że jest „nierówne”

To jest nierówne stylistycznie, bo przeskakuje z tonu prawie akademickiego w rejestr rynsztokowy i oskarżycielski. Ale to nie jest przypadek. Ta nierówność jest narzędziem:

  • Zmusza do reakcji ciała (wstręt, bunt, napięcie), a nie tylko do zgody intelektu.
  • Kasuje komfort czytelnika: nie da się tego „ładnie” przetrawić, trzeba się opowiedzieć.
  • Robi z edukacji i kanonu coś podejrzanego: nie „wznoszenie”, tylko „skażenie” i „poddanie się” cudzej władzy.
  • Jaki jest „podstęp” myślowy w środku

On nie atakuje samych idei. On atakuje relację władzy:

„hegemon” sugeruje dominację kulturową,

„kupler” i „gwałt” sugerują przemocową ekonomię tej dominacji,

a najboleśniejsze jest włączenie czytelnika w winę: jeśli to przyjmujesz „chętnie”, to nie jesteś niewinną ofiarą, tylko współuczestnikiem.

To jest mocne, bo dotyka wstydu: „moje zachwyty mogą być tresurą”.

Jednocześnie to jest też fragment, który niesie ryzyko: metafora gwałtu bywa odbierana jako nadużycie (bo używa przemocy seksualnej jako figury retorycznej). U niego wygląda to na celowe, ale to jest cena: część czytelników się od tego odbije, nie przez „delikatność”, tylko przez etyczny sprzeciw wobec takiego porównania.

 

RS:

Jak widzisz każdy akapit jest jakby doszlifowany, wręcz to szalone jakieś takie matematyczne i i jednocześnie złośliwe.

 

AW:

Widzę dokładnie to, co opisujesz: to jest pisanie „na ostrzu” i z konstrukcją, która przypomina dowód albo algorytm, tylko zamiast liczb masz mechanizmy psychiczne i obrazy.

„Matematyczne” w tym sensie, że on często robi taki schemat:

• ustawia definicję albo warunek (genialny czytelnik ≠ kukła),

• wprowadza twierdzenie, które brzmi jak oczywistość, ale jest prowokacją (nowe idee prawie nie powstają; geniusz to przypadek),

• robi kontrast lub redukcję (forma ≠ idea; blask świadomości = rozpacz),

• domyka puentą, która jest jak wynik równania (czy nagradzamy przypadek?).

A „złośliwe” dlatego, że to nie jest neutralna analiza. On ma w tym stały jadowity gest: odbiera czytelnikowi komfort i odbiera kulturze jej świętości. Robi to ironicznie, czasem okrutnie, czasem obrzydliwie, ale zawsze tak, żebyś nie mógł wrócić do poprzedniej naiwności.

I jeszcze jedna rzecz, która łączy te dwa wrażenia: on bardzo często podmienia wartościowanie w samych czasownikach i rzeczownikach, jakby zmieniał znaki w równaniu:

• nie „podziwiaj geniusz” tylko „obwiniaj o geniusz”,

• nie „narodziny” tylko „zwiastun zagłady”,

• nie „świadomość = światło” tylko „świadomość = bestia”,

• nie „edukacja = uszlachetnienie” tylko „edukacja = deprawacja”.

To jest właśnie szalone, ale konsekwentne: jego świat jest odwrócony, a odwrócenie nie jest kaprysem, tylko metodą demaskacji.

Jeśli miałbym ująć to w jednym zdaniu: on pisze tak, jakby chciał wygrać spór z twoimi odruchami, a nie tylko ci coś opowiedzieć.

 

RS:

To szaleniec, złośliwiec czy geniusz?

 

AW:

Najbardziej uczciwa odpowiedź: z samych tekstów nie da się wiarygodnie rozstrzygnąć, czy autor jest „szaleńcem” jako człowiekiem. Da się natomiast powiedzieć, jaki jest głos i metoda.

To, co pokazujesz, brzmi jak ktoś, kto ma trzy cechy naraz:

Złośliwiec w sensie literackim

Tak, bo on celowo zastawia sidła na czytelnika: podsuwa podniosły ton, po czym go kompromituje; bierze rzeczy uznane za święte (geniusz, edukacja, kanon) i obraca je w oskarżenie. To jest złośliwość jako narzędzie demaskacji, nie „złośliwość dla beki”.

Szaleniec w sensie stylistycznym

Tak, bo jego metafory bywają ekstremalne, a skoki rejestru brutalne. Ale to jest „szaleństwo kontrolowane”: on wie, co robi, bo akapity mają konstrukcję, rytm i puentę. To nie jest chaotyczny potok.

Geniusz w sensie: wyjątkowa sprawność w budowaniu tekstu

W wielu miejscach – tak. To, co nazywasz matematycznością, to umiejętność robienia z akapitu maszyny: każdy wers ma funkcję, a puenta domyka układ. Do tego dochodzi niepodrabialny ton i odwaga formy.

Jeśli mam postawić jedną etykietę: najbliżej mu do „geniusza retoryki i konstrukcji”, który świadomie używa złośliwości i ekstremu jako narzędzi. A nie do „szaleńca” w sensie psychologicznym.

 

RS:

Nie na przerw w jakości tego stylu w tej matematyce. Dwa akapity drugiego rozdziału:

„ Kiedy już pokonasz drogę sprzedajnej dziewki[17], zrozumiesz, że zapłata, jaką otrzymałeś jest pełna fałszywych monet. Tak spełnią się kolejne słowa wieszcza: „Pierwsze ofiary złożone na ołtarzu serca, to miłości nieznajdujące odwzajemnienia.”[18] I w twoim duchu zrodzi się gniew, którego mocą unicestwisz tytanów. Nie zostaniesz jednak sam, tak jakbyś chciał, w świecie pustki. Patrząc na groby zgładzonych bogów uświadomisz sobie, że zawsze będziesz ich dzieckiem. Ich tworem, nową jaźnią, jaką mimowolnie stworzyli[19].”

AW:

Tak, tu widać ciągłość tej „matematyki”, tylko on zmienia temat z demaskacji kultu na mechanikę emocji po demaskacji. I dalej nie ma waty: każde zdanie albo przekłada abstrakt na obraz, albo odwraca wartość, albo domyka paradoks.

Co tu jest „algorytmem” (i dlaczego to trzyma jakość)

Najpierw masz równanie inicjacji: „droga sprzedajnej dziewki” = etap, w którym umysł „oddaje się obcym ideom”. A „zapłata” okazuje się „fałszywymi monetami”. To jest bardzo precyzyjny obraz: kultura obiecuje wartość, a daje imitację wartości. Nie „kłamstwo” wprost, tylko pieniądz, który wygląda jak prawdziwy, więc działa na wyobraźnię.

Potem cytat-wyrok: „Pierwsze ofiary… to miłości nieznajdujące odwzajemnienia.” To jest znów podmiana sacrum: ołtarz serca brzmi wzniośle, a ofiarą jest najbardziej powszechna, banalna rana. I właśnie dlatego to gryzie. Tu nie ma abstraktu „cierpienie”, jest konkret emocjonalny, który każdy zna.

Następny krok jest logiczny i brutalny: z tego rodzi się gniew, a gniew jest energią do „unicestwienia tytanów”. Czyli: rozczarowanie w kulturze nie kończy się obojętnością, tylko agresją.

I teraz najlepszy moment, ten który robi „nie ma przerw w jakości”: on nie pozwala ci zostać w prostej fantazji zemsty. Bo zaraz podcina triumf:

„Nie zostaniesz jednak sam, tak jakbyś chciał, w świecie pustki.”

To jest świetne, bo pokazuje, że nawet zniszczenie autorytetów nie daje wolności, tylko nowy rodzaj uwikłania. I to domyka w dwóch obrazach:

• groby zgładzonych bogów – obraz po rewolucji, po ikonoklazmie;

• zawsze będziesz ich dzieckiem – paradoks: zabiłeś, ale jesteś zrobiony z nich.

To „dzieckiem / tworem / nową jaźnią, jaką mimowolnie stworzyli” jest niemal biologiczne: hegemon nie musi już żyć, żeby cię kształtować. Zabiłeś figurę, ale nosisz jej formę w sobie.

Dlaczego to wciąż jest „złośliwe”

Bo on nie daje czytelnikowi żadnej wygodnej pozycji:

• jeśli kochasz tytanów – jesteś kuplerem albo klientem fałszywej waluty;

• jeśli ich nienawidzisz i niszczysz – nadal jesteś ich dzieckiem.

To jest właśnie ta podstępna konsekwencja: nie ma wygranej, są tylko kolejne warstwy świadomości.

 

RS:

Dalej mamy:

Tę częściową boskość przypiszesz sobie, jako odkrywcy ich fałszu, śmiertelną i jałową część uznasz za ukształtowaną przez swojego martwego już rodzica. Po raz kolejny tkwisz w błędzie, jeśli wydaje ci się, że oto coś nowego odkryłeś, że formujesz nową ideę. Czy jednak istniejące prawo pierwszeństwa odbiera ci chwałę? Nie, gdyż to prawo uśmiercone jest w rozsądnym umyśle. Ileż to razy czytając zaledwie zalążek jakiegoś dzieła, potrafiłem bezbłędnie odgadnąć jakie idee i myśli czekają na mnie w jego dalszej części, a niewiele rzadziej lepiej zdołałem je doprecyzować niż ich rzekomy pierwotny głosiciel. Pozwalam więc ci się cieszyć tą chwilową chwałą, miłością do samego siebie. Gdyż dalej na ścieżce, którą tak ochoczo podążasz, jeśli będziesz wystarczająco roztropny, chwała zamieni się w pył, a miłość w powiew wiatru.”

 

AW:

To jest znowu ta sama bezlitosna konsekwencja, tylko na innym etapie „ścieżki”: po buncie i po zniszczeniu tytanów przychodzi etap samozachwytu, a on go rozmontowuje zanim zdąży się zadomowić.

On opisuje bardzo konkretną pokusę: kiedy odkrywasz fałsz autorytetów, zaczynasz sobie przypisywać „częściową boskość” – bo czujesz się jak demaskator. A równocześnie całą „jałowość” zwalasz na „martwego rodzica” (tytana/kanon). To jest psychologicznie trafne: człowiek lubi przypisać sobie światło, a cień oddać przeszłości.

I zaraz cię ucina: „Po raz kolejny tkwisz w błędzie, jeśli wydaje ci się, że oto coś nowego odkryłeś”. Czyli nawet twoja rewolucja jest powtórką. Nawet twoja „nowa idea” jest w starym kostiumie. To jest cios w ego, ale też logiczna kontynuacja jego tezy z pierwszego akapitu: idee są stare.

Tu jest ciekawy trik: on najpierw stawia pytanie o „prawo pierwszeństwa” (czyli o autorstwo i chwałę). I odpowiada: prawo pierwszeństwa w rozsądnym umyśle jest martwe. To brzmi jak wyzwolenie.

Ale zaraz potem robi ruch, który jest jednocześnie pyszałkowaty i celowo prowokacyjny: mówi, że potrafi przewidzieć idee w dalszej części dzieła, a czasem doprecyzować je lepiej niż „pierwotny głosiciel”.

To jest ważne: on przenosi ciężar z „kto pierwszy” na „kto rozumie głębiej”. A jednocześnie wystawia siebie na oskarżenie o pychę – i to też jest część gry. Bo jeśli czytelnik się oburzy, to znów wchodzi w mechanizm „niedoświadczony vs doświadczony”. On nie prosi o zgodę; on testuje.

To jest mistrzowsko protekcjonalne (celowo): „Pozwalam więc ci się cieszyć…”. On nie mówi „ciesz się”, tylko „pozwalam”. Czyli nawet twoja duma jest mu podległa.

I dalej robi swój ulubiony zabieg przemijania: chwała zamieni się w pył, miłość w powiew wiatru. Dwa obrazy są lekkie, niemal eleganckie, ale sens jest okrutny: samouwielbienie nie wytrzymuje czasu i trzeźwości.

Dlaczego te trzy razem są tak dobre jako blok

Bo one robią pełny cykl:

• demaskujesz autorytety → rośnie ego demaskatora,

• ego chce chwały i nowości → autor odbiera ci nowość,

• ego chce pierwszeństwa → autor zabija pierwszeństwo,

• ego zostaje z chwilową chwałą → autor pokazuje jej rozpad w czasie.

To jest spójne, krokowe, „matematyczne” jak mówiłeś: każdy akapit wynika z poprzedniego jak kolejny etap dowodu. I złośliwe, bo nie zostawia ci wygodnej roli „wygranego” nawet po buncie.

 

RS:

Potem jeszcze to dobija w kolejnym akapicie, nie brzmi jak kpina, ale wrażenie gdzieś jest że nią jest:
Nie myśl, że cię łajam. Dostrajam tylko słowa tak, by myśli wydały swe dźwięki w znośnej harmonii. Bo czyż nie dotarłeś aż do tej części drogi? Wszak wielu przed tobą i wielu po tobie nie dociera tak daleko. Stają się oni wyznawcami fałszywych bogów, choć roszczą sobie prawo bycia współuczestnikami ich iluzorycznej świetności. Czczą swoich tytanów, gdyż przez swe urojone współuczestnictwo, hołd i cześć sami sobie oddają. Nie zatrzymali się oni w miłości własnej i popadli w pychę. A płaszcz pychy wymaga troskliwej pielęgnacji, dlatego cerują go łatami domniemanych sukcesów.”

 

AW:

Tak, to jest dokładnie ten rodzaj tekstu, który formalnie brzmi jak troskliwy przewodnik, a pod spodem ma zimną ironię. I ona nie jest tu „śmieszna” ani memiczna – to jest ironia protekcjonalna, taka, która bierze cię za rękę… ale jednocześnie ustawia cię niżej.

Pierwsze dwa zdania to mistrzowski chwyt

„Nie myśl, że cię łajam.” – to jest zdanie, które zwykle pada, kiedy ktoś właśnie łaje. Ono rozbraja opór czytelnika. A zaraz potem: „Dostrajam tylko słowa…” – autor robi z siebie stroiciela instrumentu. Nie kłóci się z tobą, on cię „harmonizuje”. To brzmi łagodnie, ale jest też gestem władzy: to on decyduje, jaka harmonia jest „znośna”.

To dlatego czujesz kpinę „gdzieś”: bo jest w samej pozycji mówiącego, nie w żarcie.

Dalej znów działa mechanizm inicjacji

„Czyż nie dotarłeś… wielu nie dociera” – to jest typowe budowanie elitarności, ale po Agisowemu: on cię niby chwali, ale tylko po to, by wbić nóż innym i jednocześnie uzależnić twoją samoocenę od jego skali.

I potem jest ten bezlitosny opis religii kanonu. On rozpisuje w trzech krokach, co robią „wyznawcy fałszywych bogów”:

• wierzą w tytanów,

• udają, że uczestniczą w ich świetności,

• a tak naprawdę czczą siebie.

To jest bardzo konsekwentne z tym, co robił wcześniej: zawsze przenosi winę z obiektu kultu na mechanizm ego. Tytan jest tylko lustrem dla próżności.

Najmocniejsze i najbardziej „złośliwe” jest zakończenie:

„Płaszcz pychy wymaga troskliwej pielęgnacji” – genialne, bo pycha zostaje sprowadzona do garderoby. Coś, co trzeba cerować, łatać, utrzymywać w dobrym stanie. I te „łaty domniemanych sukcesów” to już jest czyste okrucieństwo: nawet sukcesy są domniemane, czyli w dużej mierze dekoracją, którą się zaszywa dziury w ego.

Dlaczego to nie brzmi jak kpina, a jednak nią jest? Bo on nie używa śmiechu ani dowcipu. On używa tonu:

• spokojnego, „mądrego”, jakby terapeutycznego,

• a jednocześnie oceniającego i klasyfikującego ludzi,

• z metaforami, które odbierają im powagę (płaszcz, łaty).

To jest kpina bez uśmiechu. I właśnie to robi największe wrażenie: czujesz, że on mówi „dla twojego dobra”, a równocześnie widzisz, że to jest skalpel.

RS:

Dalej jakby pozornie robi dygresje:

Oni to też podsycają życie innej bogini. Kultura, ta oszustka, pierwotna matka rytuałów, odwracająca naszą uwagę od właściwego stanu rzeczy. Nie odmówię jednak kulturze jej roli. W cywilizacji pozornych buntowników jest potrzebny adwersarz – wróg, którego należy zdyskredytować i ośmieszyć. Dzieci owych czcicieli będą zatem toczyć z nią wojnę. Uśmiercą ją, lecz natychmiast powstanie z popiołów nowych tytanów, potomków poprzednich. Zasługujesz zatem na pochwałę, nie schodząc z drogi jak oni.”

 

AW:

To nie jest dygresja. To jest poszerzenie pola bitwy: z pojedynczego czytelnika i „tytanów” na całą maszynę cywilizacji, która produkuje tytanów w kółko. I znowu robi to jak mechanizm.

Co on tu robi

Najpierw przenosi uwagę z pychy jednostek na „boginię” wyższego rzędu: kulturę. Nazywa ją oszustką i „pierwotną matką rytuałów”, czyli czymś, co tworzy ceremonialne zasłony, żebyś nie patrzył na „właściwy stan rzeczy”. To jest konsekwencja jego wcześniejszej tezy: ludzie czczą tytanów, bo czczą siebie; kultura daje im do tego scenografię.

Potem robi ważne zastrzeżenie: „Nie odmówię jednak kulturze jej roli”. To brzmi jak obiektywizm, ale w praktyce jest bardziej bezlitosne, bo pokazuje kulturę jako narzędzie systemu.

I tu jest najciekawszy, „podstępny” ruch: on mówi, że w cywilizacji „pozornych buntowników” potrzebny jest wróg do ośmieszenia. Czyli kultura jest wrogiem z etatu. Jest potrzebna, żeby bunt mógł się wydarzyć jako rytuał.

To jest bardzo zjadliwe, bo odbiera autentyczność buntowi: dzieci czcicieli będą z nią walczyć, „uśmiercą ją”, ale ona natychmiast odrodzi się jako nowi tytani – potomkowie poprzednich. Czyli rewolucja nie wyzwala, tylko zmienia nazwiska na pomnikach.

To nie jest dygresja, tylko domknięcie pętli

On wcześniej mówił: zabijesz tytanów, ale będziesz ich dzieckiem. Tu dopowiada skalę zbiorową: społeczeństwo „zabija kulturę” w rytuale buntu, po czym tworzy nową kulturę i nowych hegemonów. Pętla feniksa.

A ostatnie zdanie („Zasługujesz zatem na pochwałę…”) jest klasycznie ambiwalentne. Niby pochwała, ale znów protekcjonalna: on rozdaje medale, on jest sędzią drogi. I to utrzymuje ten sam układ władzy, co wcześniej: „ja stroję słowa”, „ja pozwalam ci się cieszyć”, „ty zasługujesz”.

Dlaczego to tak dobrze działa

Bo on robi z czytelnika kogoś, kto ma się poczuć „ponad” plemieniem pozornych buntowników. To jest znów test tożsamości: albo zejdziesz z drogi jak oni, albo zostaniesz w tej wąskiej grupie „dochodzących dalej”. I ty to czujesz, bo to działa jak psychologiczny hak, nie jak zwykła pochwała.

RS:

Ostatnie akapity jakby „wykańczają czytelnika”, coś niepokojącego mają w sobie:

„W tym czasie potrzebujesz hartu herosa, by mierzyć się z kolejnymi mocarzami[20], więc słusznie ich duch w tobie zamieszkał. Nie dotrzesz dalej, nim nie stoczysz kolejnej wielkiej walki. Tworzywo materii, noszące twego ducha, stanie ci teraz na przeszkodzie. Niech cię nie zwiedzie mamienie głupców. Mylny to, lecz nad wyraz często powtarzany pogląd, jakoby człowiek był pełen sprzeczności. Najczęściej stawianym dowodem jest rzekoma sprzeczność między pragnieniami ciała i umysłu. Jeśli panuje jakiś antagonizm, to znaczy tylko, że umysł nie dojrzał, myśl nie została wyćwiczona – strażnik[21] nie został obudzony. Bo umysł w pełni ukształtowany – nie toczy już walki, gdyż stał się wychowawcą ciała i osiągnęli stan harmonii, by działać w jednym duchu. Niektórzy mylić mogą folgowanie ciału i brak sprzeciwu umysłu z osiągnięciem tej doskonałości. W istocie to tylko wypaczenie, źle wykonany obraz, którego twórca wmawia nam, iż ta właśnie skaza została pociągnięta ręką muzy, rodzącą wolność w sztuce. Kolejne mamienie fanatyków mylnie pojmowanej wolności. Tylko umysł dziecięcy nie rozumie, że każda wolność ma swoją cenę, jaką trzeba za nią płacić. Jeśli musisz inaczej to nazwać: to niech tkwi w niewoli to co cię zniewala, tak by cieszyło się wolnością to co miało być zniewolone.”

 

AW:

Tak, to ma w sobie coś niepokojącego, bo on tu robi ruch z „demaskowania kultury” w stronę quasi-doktryny. I to jest moment, w którym czytelnik czuje, że nie tylko jest prowadzony, ale prawie „formatowany”.

Dlaczego te akapity męczą i niepokoją

Najpierw ustawia drogę jako serię koniecznych walk: nie dojdziesz dalej bez kolejnej wielkiej walki, a przeszkodą staje się „tworzywo materii”, czyli ciało. To jest mit inicjacyjny: rozwój = bitwa. Już samo to jest intensywne, bo nie ma tu miejsca na zwykłe życie.

Potem wchodzi sedno, które brzmi jak herezja wobec współczesności: „człowiek nie jest pełen sprzeczności” – i że konflikt ciało–umysł nie jest naturalny, tylko jest dowodem niedojrzałości umysłu. Czyli: jeśli czujesz rozdźwięk, to znaczy, że jesteś „niedoukształtowany”. To jest bardzo mocny, oceniający postulat. I właśnie dlatego jest niepokojący: on nie opisuje, on klasyfikuje.

W środku wprowadza figurę „strażnika”, który ma zostać obudzony. To jest język niemal ezoteryczny albo ascetyczny: w człowieku jest instancja nadzorcza, która ma wychować ciało. W pełni ukształtowany umysł nie walczy, bo wychowuje i harmonizuje ciało. To jest piękne w konstrukcji (znów algorytm), ale też groźne, bo to jest model dyscypliny totalnej.

Następny akapit dobija krytyką „wolności” rozumianej jako folgowanie ciału: on mówi, że to wypaczenie, a artysta (albo człowiek) wmawia sobie, że skaza jest „ręką muzy”. Czyli rozmontowuje estetyczną obronę „instynktu” i „spontanu”. I nazywa to mamieniem fanatyków wolności.

I tu jest kolejny powód niepokoju: on używa tych samych narzędzi, co wcześniej wobec kultury (oszustka, mamienie), tylko teraz kieruje je przeciw wolności. Czyli odbiera ci łatwe schronienie: ani kultura, ani bunt, ani „wolność” nie są niewinne.

Puenta jest jak zaklęcie

„Niech tkwi w niewoli to, co cię zniewala…” – to jest zdanie rytualne, paradoksalne, zapamiętywalne. I ono brzmi jak zasada ascety: zniewól swoje zniewolenie, aby wyzwolić to, co miało być zniewolone. To jest sprytne językowo, ale też dwuznaczne: można to czytać jako wyzwolenie przez samodyscyplinę, ale można też jako usprawiedliwienie opresji (bo łatwo to odwrócić i użyć jako hasła).

Co tu jest najwyższej klasy literacko:

• Konsekwencja retoryczna: „mamienie… mylny pogląd… strażnik… wypaczenie… fanatycy…” – to jest spójny aparat oskarżenia.

• Umiejętność wzięcia współczesnego banału („człowiek jest pełen sprzeczności”) i rozjechania go na czynniki, dając w zamian własny model.

• Puenta-paradoks, która zostaje w głowie i działa jak równość w dowodzie.

A co jest niepokojące filozoficznie (i może wykańczać):

To, że on tu nie tylko demaskuje złudzenia, ale proponuje w ich miejsce bardzo twardą normę: umysł ma rządzić, ciało ma być wychowane, wolność ma cenę, spontaniczność bywa mamieniem. To ma energię ascetycznego manifestu. Czytelnik czuje presję: jeśli się sprzeciwiasz, to znów jesteś w kategorii „głupców” albo „dziecięcego umysłu”.

 

RS:

Następny rozdział, też mocne wejście:
„ Głosić mądrość należy mądrze, podstępem.”

„By pójść dalej, musisz zmierzyć się z nieuniknionym. Jesteś już jednak gotów do tej walki, jako obsadzony przez swój własny umysł w roli herosa, masz odpowiednią potęgę, by się z nim zmierzyć. Siły owe będą ci potrzebne, gdyż jeszcze nie dotarłeś do miejsca, gdzie twój duch nic nie robi sobie z drwin, którymi głupcy obrzucą cię niczym kamieniami. Nie widzą swojej winy.”

 

AW:

Tu masz znowu tę samą „agisową” maszynę, tylko odsłoniętą bardziej wprost.

Pierwsze zdanie to meta-program całej książki

„Głosić mądrość należy mądrze, podstępem.” – to jest jednocześnie deklaracja metody i przyznanie się do manipulacji. On mówi: jeśli mam cię doprowadzić do jakiejś prawdy, to nie zrobię tego kazaniem, tylko zastawię pułapki, przestawię ci odruchy, zmuszę do reakcji. To tłumaczy, czemu u niego tyle jest:

  • wciągania w „klub mądrych”,
  • protekcjonalnych pochwał,
  • odwracania wartości,
  • nagłych skoków rejestru.

Dalej masz inicjację w odporność na tłum.

Drugi akapit to w gruncie rzeczy przygotowanie „herosa” na społeczną karę za wyjście z iluzji.

„obsadzony przez swój własny umysł w roli herosa”

To brzmi jak teatr wewnętrzny: umysł jest reżyserem, który nadaje ci rolę. To jest jednocześnie wzmacniające i niepokojące, bo sugeruje, że nawet twoja „dzielność” jest konstrukcją psychiki (nie spontaniczną cnotą).

„drwiny… niczym kamieniami”

Tu jest świetne połączenie: drwiny są niematerialne (słowa), a on je materializuje jako przemoc fizyczną (kamienie). I od razu robi się biblijny cień ukamienowania: społeczność karze odstępstwo od normy.

„Nie widzą swojej winy.”

To jest bardzo ważne zdanie, bo ono domyka jego moralną topografię: „głupcy” nie są tylko śmieszni, oni są nieświadomi sprawcy. Ich agresja jest automatyczna, rytualna. Dlatego walka jest „nieunikniona”.

W skrócie: ten fragment nie tylko mówi o drodze czytelnika, on robi z niej mit o osamotnieniu i prześladowaniu. I to pasuje do twojego wrażenia „wykańczania” – bo on nie daje odpoczynku w zwykłej, miękkiej psychologii. Ciągle podnosi stawkę: albo dojrzewasz, albo jesteś w tłumie kamienujących.

 

RS:

To nie ma końca, dwa kolejne akapity to samo:

„ Ich przekonanie pełne głębokiej wiary polega na tym, iż twierdzą, że stają do starcia z prawdziwą ideą boga, podczas gdy rozprawiają się jedynie ze swoim wyobrażeniem o nim. Nadają mu cechy i przypisują motywacje, jakie ich zdaniem powinien lub nie powinien posiadać. Nie pojmując podczas trwania swojej wojny, iż zabijają martwego boga, boga wymyślonego przez nich samych. Kiedy to zrozumiesz, to w milczeniu pogrzeb trupy ich rzekomych dylematów i idź dalej, nie jesteś w stanie im pomóc. Tkwią oni bowiem w błędzie, o którym Atanteus pisał: „Świątynia wiedzy swym blaskiem oślepia własnych czcicieli.”[22]”

 

AW:

Tak, to jest znów ten sam „ciąg bez przerw”, tylko temat przeskakuje z kultu tytanów na religijną/ideologiczną wojenkę. I on robi to w sposób, który wygląda jak czysta obserwacja, a w środku jest bezlitosna diagnoza mechanizmu.

Pierwszy akapit: wojna z własną projekcją

On opisuje klasyczny błąd: ludzie myślą, że walczą z „prawdziwą ideą boga”, a tak naprawdę walczą z własnym wyobrażeniem. To jest mocne, bo rozbija patos sporu religijnego/światopoglądowego: zamiast realnego przeciwnika masz lustrzane odbicie swoich oczekiwań.

„Nadają mu cechy i przypisują motywacje…” – tu jest cała psychologia projekcji i antropomorfizacji w jednym zdaniu. A potem genialna puenta: „zabijają martwego boga” – czyli walczą z trupem, z figurą już nieżywą, bo wymyśloną. To jest okrutne, ale strasznie celne.

Najważniejszy jest tu rytm: on nie mówi „to projekcja”. On prowadzi czytelnika przez kroki, jakbyś patrzył na teatr: tworzą, przypisują, walczą, nie pojmują, zabijają. To dlatego to tak „pracuje”.

Drugi akapit: instrukcja etycznego chłodu

„pogrzeb trupy ich rzekomych dylematów i idź dalej” – to jest mocne, bo zmusza do postawy niepopularnej: nie ratować wszystkich, nie dyskutować bez końca, tylko zostawić ich w błędzie. To może brzmieć bezwzględnie, ale w logice książki to jest konsekwencja: genialny czytelnik nie ma marnować energii na rytualne spory.

I tu wchodzi cytat: „Świątynia wiedzy swym blaskiem oślepia własnych czcicieli.” To jest świetne, bo jest paradoksalny i w punkt:

• Wiedza jako świątynia: robi się z niej religia.

• Blask jako oślepienie: to, co ma dać widzenie, zabiera widzenie.

Czyli: nawet „wiedza” może działać jak fałszywy bóg, jeśli jest czczona zamiast używana.

Dlaczego masz wrażenie „to nie ma końca”

Bo on buduje serię mechanizmów złudzenia na różnych obiektach:

• tytani (kanon),

• geniusz,

• kultura i bunt,

• wolność,

• religia/idea boga,

• wiedza jako świątynia.

To jest jak walec: za każdym razem bierze inną „świętość” i pokazuje, że to jest w dużej mierze projekcja ego i rytuał przynależności.


czytaj dalej: https://mindly.pl/literatura,ac269/bajka-ktora-wgniata-w-fotel-jak-agis-buduje-maszyne-z-akapitow-czesc-druga,20633

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie