Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część druga

Remigisz Szulc
24.01.2026

Kontynuacja rozmowy z: https://mindly.pl/literatura,ac269/bajka-ktora-wgniata-w-fotel-jak-agis-buduje-maszyne-z-akapitow-czesc-pierwsza,20632

Dotyczy utworu: Agis z Cyreny - Bajka o tytanach i herosach – czyli jak zostać genialnym czytelnikiem
 

Dyskusja: Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część druga.

RS:

Znowu masakruje powszechny pogląd:

Świat bowiem nie na wiedzy się opiera, lecz na wierze. I mamy tych, co ową wiedzę formują poprzez badania i obserwacje. Wszak nawet oni są świadomi, że jest to zaledwie interpretacja ich znajomości rzeczy, zbudowana na podstawie ich wiary w wiedzę tych, co byli przed nimi. Zdają sobie sprawę i w tym również, że ci co przyjdą po nich, obnażą ich wiedzę jako pomyłkę lub błąd w myśleniu. I mamy i tych co wiedzę nazywają wiedzą wyłącznie dlatego, że tak im o niej powiedziano. Ci jej nie weryfikują niemal wcale. Przejawiają oni tę samą głęboką wiarę co poprzedni. Wszyscy oni budują ją do określonej granicy swoich potrzeb rozumienia świata. Jedni potrzebują zaledwie opinii, inni kilku faktów, kolejni więcej – lecz granica jest zawsze nieunikniona. Wyznaczą ją możliwości samodzielnego weryfikowania realnego stanu rzeczy oraz sama granica wiedzy. Jeśli zaś weryfikować wszystkiego nie możemy, a to co możemy też ma swój kres – to czymże jest ta wiedza jak nie wiarą? Skoro też ich wiedza w przyszłości okazuje się błędem, to czymże jest jeśli nie tylko ich głęboką wiarą?

AW:

Tak — to jest kolejny jego „cios w banał”, tylko tym razem skierowany w świętość nowoczesności: przekonanie, że świat stoi na wiedzy. I znów robi to nie hasłem, tylko ciągiem kroków, jak dowód.

Dlaczego to jest tak mocne (i jak jest zrobione)

Zdanie otwierające jest prowokacją: „Świat nie na wiedzy, lecz na wierze”. Ono działa jak przełącznik, bo zmusza do obrony intuicji „wiem, nie wierzę”.

Potem on robi trzy warstwy „wiedzy”, które mają pokazać, że w każdej jest komponent zaufania:

• Twórcy wiedzy (badania, obserwacje) – nawet oni opierają się na wcześniejszym dorobku, narzędziach, definicjach, paradygmatach. I mają świadomość, że kolejne pokolenia mogą to obalić.

• Odtwórcy wiedzy (ci, którym powiedziano) – oni w ogóle nie weryfikują, więc to jest czysta wiara w autorytet.

• Granica potrzeb – każdy dochodzi tylko do punktu, który wystarcza mu do funkcjonowania. Dalej już jest „zaufanie” albo obojętność.

I dopiero wtedy stawia pytania retoryczne: skoro nie możemy zweryfikować wszystkiego, a to, co możemy, ma kres, to czym jest wiedza, jeśli nie wiarą?

To jest skuteczne, bo jest zbudowane jak redukcja: odbiera ci kolejne ucieczki (nawet uczeni; nawet „fakty”; nawet weryfikacja), aż zostaje mu w ręku słowo „wiara”.

Zamienia „tymczasowość wiedzy” w „wiarę”

To, że teorie są korygowane, nie znaczy automatycznie, że były tylko wiarą. Znaczy, że wiedza jest przybliżeniem, które się ulepsza.

I teraz: to nie jest zarzut wobec ciebie, tylko pokaz, dlaczego ten fragment tak „masakruje”. On jest retorycznie genialny, bo bierze realną cechę poznania (ograniczoność, zależność od wcześniejszych wyników, przyszłe korekty) i podsuwa bardzo mocny wniosek-słowo („wiara”), które brzmi jak kompromitacja.

Co z tego wynika dla oceny Agisa

To jest świetne pisarsko, bo:

• ma konstrukcję dowodu (krok po kroku),

• stawia czytelnika w pozycji obrońcy własnych odruchów,

• a na końcu domyka wszystko pytaniem, które brzmi jak nieodparte.

Filozoficznie można z nim dyskutować (właśnie przez to przesunięcie znaczeń „wiary”), ale literacko i retorycznie to jest bardzo mocne.


RS:

3 ostatnie akapity tego rozdziału - też dobijają i demolują:

„Ci głosiciele oszustwa mają swoich proroków i świątynie. Jeśli proroctwo się spełni to rzekną „czyż nie mieliśmy racji?”, a jeśli okażą się mrzonką to odpowiedzą: „to tylko drobna pomyłka”. I złożą na ołtarzu swego boga stare obietnice, tak by strawił je ogień i zatarł ślady ich błędu. Teraz ja, wierząc w walory twego umysłu, nie widzę potrzeby dalej tłumaczyć ci tej oczywistej prawdy, gdyż exemplum[23], które otrzymałeś, pozwoli ci rozważyć moją myśl w szerszym kontekście. Bądź ciągle świadomy tej struktury świata i ludzkiego jego postrzegania. Pamiętaj o tym, kiedy tylko cokolwiek zaczynasz rozważać, albowiem tylko na tym możesz zbudować właściwą drogę.”

 

AW:

Tak, te trzy akapity są jak domknięcie śruby: najpierw rozbija „wiedzę” na wiarę, a potem pokazuje, jak działa mechanizm obronny wiary udającej wiedzę. I na końcu robi z tego nakaz życia.

  • Pierwszy z trzech: mechanizm nieomylności

To jest genialnie złośliwe, bo opisuje strategię, która gwarantuje, że prorocy zawsze „mają rację”:

• Jeśli proroctwo się spełni: „widzicie, mieliśmy rację”.

• Jeśli się nie spełni: „to tylko drobna pomyłka”.

Czyli system jest niefalsyfikowalny: każdy wynik da się przerobić na potwierdzenie. A potem dorzuca rytuał wymazywania błędu: „złożą na ołtarzu stare obietnice… ogień… zatarł ślady”. To jest świetny obraz, bo robi z „zmiany narracji” coś fizycznego: spalenie dowodów.

  • Drugi: protekcjonalna selekcja czytelnika

„Teraz ja, wierząc w walory twego umysłu…” – znów ten sam zabieg inicjacyjny. On nie tłumaczy dalej, bo ty jesteś „wystarczająco mądry”. To jest jednocześnie pochwała i smycz: czujesz, że powinieneś sprostać tej roli i „sam rozważyć w szerszym kontekście”.

Słowo „exemplum” to dodatkowy sygnał: to jest retoryka szkoły klasycznej, gdzie przykład ma dowodzić tezy. On wprost mówi: dostałeś model, resztę dopisz sam.

  • Trzeci: zamiana diagnozy w doktrynę

I tu jest to „dobijanie”: on nie kończy na obserwacji. On daje nakaz:

• bądź ciągle świadomy tej struktury,

• pamiętaj o tym zawsze, gdy cokolwiek rozważasz,

• tylko na tym zbudujesz właściwą drogę.

To jest mocne i niepokojące, bo to nie jest tylko rada czytelnicza. To jest projekt świadomości: permanentny metanadzór nad własnym myśleniem i nad tym, jak świat manipuluje interpretacjami.

Dlaczego to demoluje

Bo on bierze wiarę (w sensie: mechanizm usprawiedliwiania własnych przekonań) i pokazuje ją jako strukturę kultu: prorocy, świątynie, ołtarz, ogień. Czyli nie mówimy już o błędach poznawczych, tylko o religii racjonalizacji.

A jednocześnie on sam używa niemal religijnej formy, żeby ci to wpoić. To jest paradoks całego Agisa: on demaskuje rytuały, ale pisze rytuałem. I to właśnie robi tak wielkie wrażenie.

 

RS:

Kolejny rozdział i mocny wstęp:

Każde pytanie to tylko emisariusz myśli dokonanych, niemniej jednak jego wizyta może zbudować na nich jeszcze nieodkryte idee. Ślij go zatem tak często jak tylko możesz. Myśl nowa nigdy nie wypływa z nicości, jest zawsze na gruzach swych poprzedniczek stawiana.”

 

AW:

I ten wstęp jest dokładnie w tej logice, tylko w bardziej konstruktywnym tonie (po demolowaniu):

Co on tu robi w tych trzech zdaniach

Pierwsze zdanie jest paradoksalne i bardzo precyzyjne: pytanie nie jest początkiem myśli, tylko „emisariuszem myśli dokonanych”. Czyli pytanie nie rodzi się z próżni, tylko jest wysłannikiem już istniejących założeń i doświadczeń. To znowu demaskuje romantyczną wizję „olśnienia”.

Drugie zdanie wprowadza nadzieję, ale w jego stylu: pytanie może zbudować „jeszcze nieodkryte idee” – nie z nicości, tylko na bazie tego, co już jest. Czyli: kreatywność jako rekombinacja i budowa, nie cud.

Trzecie zdanie jest nakazem praktyki: „ślij go tak często jak możesz”. To jest jego ulubiony ruch: nie tylko teza, ale instrukcja ćwiczenia umysłu.

A puenta („myśl nowa… na gruzach poprzedniczek”) domyka to obrazem ruin, który u niego wraca non stop: ruina tytanów, proch, gruz, popioły. Tu ruina nie jest tylko nihilizmem, tylko fundamentem twórczości.

 

RS:

Następny akapit:

„Już wkrótce świątynie wiedzy staną w każdej wsi i mieście, jej kapłani spłodzą wielu „nieznanych bogów”[25]. Nikt o słabym umyśle nie będzie śmiał się im przeciwstawić, ze strachu przed ich wyćwiczonymi batami szyderstwa.”

 

AW:

To jest świetne, bo on tu robi dwa ruchy naraz: przepowiada „religijną” instytucjonalizację wiedzy i jednocześnie pokazuje, że narzędziem tej nowej władzy nie jest prawda, tylko przemoc społeczna.

„Świątynie wiedzy” w każdej wsi i mieście

To jest obraz masowej infrastruktury: wiedza jako instytucja i rytuał, nie jako poznanie. Świątynia sugeruje:

• hierarchię (kapłani),

• dogmat i liturgię,

• wyznawców, nie badaczy.

„Kapłani spłodzą wielu ‘nieznanych bogów’”

Tu jest genialna ironia: „bogowie” to nowe autorytety, nowe pojęcia, nowe modne prawdy, które nikt nie weryfikuje, ale wszyscy czczą. „Spłodzą” jest brutalnie biologiczne: jakby to była reprodukcja władzy, nie odkrycie.

Ostatnie zdanie jest najważniejsze: baty szyderstwa

On nie pisze, że ludzie boją się argumentów. Ludzie boją się ośmieszenia. A „wyćwiczone baty” sugerują, że to jest technika: kapłani wiedzą, jak bić słowem, jak ustawić debatę, jak upokorzyć przeciwnika. To jest strach przed społeczną karą, nie przed błędem.

I jeszcze ten drobiazg: „Nikt o słabym umyśle nie będzie śmiał…”

To jest znów jego stały zabieg inicjacyjny: jeśli się sprzeciwisz, jesteś silny. Jeśli milczysz, jesteś słaby. On nie tylko opisuje świat, on cię pozycjonuje.

W sumie to jest bardzo współczesne w ostrzu, mimo „świątyń” i „kapłanów”: to jest opis kultury, w której reputacja i wstyd są narzędziem władzy nad dyskursem.

 

RS:

Czy Agis nie jest zbyt skrajny w swych przekonaniach?

 

AW:

Jest skrajny w tonie i w cięciach, ale to nie musi znaczyć, że jego „przekonania” są skrajne w sensie dosłownym. W tych fragmentach on działa jak satyryk i moralista naraz: bierze zjawisko, wyostrza je do granicy, żeby je zobaczyć bez mgły. To jest metoda.

Czy on traktuje to poważnie? Moim zdaniem tak — tylko jego powaga nie polega na „wyważeniu”, tylko na bezlitosnej konsekwencji. On nie żartuje, on szydzi w trybie serio.

Skąd wniosek, że to jest świadoma retoryka, a nie proste dogmaty

• On sam mówi o „podstępie” jako metodzie („głosić mądrość należy mądrze, podstępem”). To jest przyznanie: będę was prowadził przez prowokację.

• Używa hiperboli i mitu („świątynie wiedzy w każdej wsi”, „kapłani spłodzą bogów”), czyli języka celowo przesadzonego. To jest narzędzie, nie protokół z badania.

• Stale buduje pułapki na czytelnika (pochwała, elitarność, wstyd). To jest literacka strategia wpływu.

Gdzie jest ryzyko „skrajności” (bo ono jest)

• Jego uogólnienia są ostre: „świat opiera się na wierze”, „głupcy”, „nikt o słabym umyśle…”. To może brzmieć jak doktryna, która nie dopuszcza wyjątków.

• Ma silny komponent moralnego osądu i pogardy dla tłumu. To jest styl, który łatwo przeradza się w elitaryzm, jeśli czytelnik zacznie brać to dosłownie i budować na tym własną pychę (co on zresztą potem krytykuje).

Jak to czytać, żeby nie wpaść w fałszywy wybór „albo dogmat, albo żart”

Najlepiej czytać to jak „model świata” robiony do testowania iluzji, nie jak instrukcję polityczną czy naukową. On wyostrza, żebyś zobaczył mechanizm: autorytety, projekcje, rytuały, wstyd, baty szyderstwa. To są realne rzeczy. Skrajność jest w barwie, niekoniecznie w tezie bazowej.

 

RS:

Ale przemyca tez prawdę w tych skrajnościach - niektóre spostrzeżeni są prawdziwe i celne, dalsze akapity np:

„Jak ci już wyjaśniłem, wiedzą nazywają odpowiednie nagromadzenie wiary, by w ich umysłach mogła zyskać miano tak zwanej wiedzy ostatecznej, rzekomej prawdy. Tak ugruntowaną wiarę mogą ubrać w królewskie szaty, nadając zaś jej tytuł królewski, chcą jedynie sobie przydać ważności. Jak pisał poeta: „Wiedza to zwykły oszust, wiara okryta płaszczem pychy. Strojący się w nią głupiec, nie staje się mędrcem, choć w oczach innych głupców może się takim wydawać”[26]. Widzisz zatem, że wiedza jest tylko skażonym pychą strumieniem wiary, ponieważ – jeśli już koniecznie musimy ją oddzielić i odlać jej krople ze studni wiary – to zdamy sobie sprawę, iż wiedza jest tylko milliarium[27] wskazującym granice poznania. Tylko czysta wiara może pokonać te granice, spoglądać poza nie. To zgodne z naszym konstruktem rozumienie[28] rzeczy, tak świat badamy i poznajemy.”

W tych „skrajnościach” bywa prawda. Tylko tu akurat widać też, jak on robi dwie rzeczy naraz: trafnie punktuje pychę poznawczą, a potem przemyca własną doktrynę.

Co jest celne i prawdziwe w tej partii

Najmocniej trafia w zjawisko społeczne: ludzie bardzo często nazywają „wiedzą” coś, co jest po prostu utrwalonym przekonaniem wspartym autorytetem i statusem. I że bywa w tym element „królewskich szat”: używanie języka pewności, tytułów, etykiet („ostateczne”, „naukowe”, „bezsporne”), żeby dodać sobie ważności. To jest celne jako diagnoza mechanizmu prestiżu i próżności.

Świetny jest też obraz „mędrca w oczach innych głupców” – to jest brutalne, ale pokazuje bańkowość uznania: status często zależy od grupy, która go przyznaje.

I „milliarium” jako słupek milowy granic poznania – bardzo dobry koncept: wiedza jako to, co w danym momencie da się uzasadnić i sprawdzić, a więc jako marker granicy.

Kluczowy jest ostatni zwrot: „Tylko czysta wiara może pokonać te granice, spoglądać poza nie.” Tu robi przeskok.

Bo z tego, że:

• część ludzi nadużywa słowa „wiedza”,

• wiedza jest ograniczona i tymczasowa,

• wskazuje granice poznania,

nie wynika logicznie, że „wiara” jest narzędziem poznawczym, które pozwala „spoglądać poza granice” w sensie prawdy o świecie. To jest już jego teza metafizyczna: wiara jako dostęp do czegoś poza weryfikacją.

I tu masz sedno: on miesza dwa sensy wiary:

• wiara jako zaufanie/założenia (bez tego nie da się działać, planować, badać),

• wiara jako poznanie ponad granicą (czyli coś w rodzaju widzenia tego, czego nie da się sprawdzić).

Pierwsze jest prawdziwe i powszechne. Drugie jest już wyborem światopoglądowym.

Dlaczego to mimo wszystko działa literacko

Bo on prowadzi cię po pochylni:

  • pokazuje pychę i udawanie „wiedzy ostatecznej” (łatwo się zgodzić),
  • daje świetny obraz „milliarium” (też łatwo kupić),

a potem dokłada wniosek „wiara widzi dalej” (tu już wchodzisz w jego religię/metafizykę).

To jest retorycznie bardzo sprawne: zaczyna od rzeczy, z którymi większość ma doświadczenie, a kończy tezą, która brzmi jak naturalna konsekwencja.

To jest celne, dopóki demaskuje pychę i granice poznania; staje się skrajne w momencie, gdy robi z „wiary” narzędzie poznania lepszego niż wiedza.

 

AW:

Źle rozumiesz definicję „wiary” u Agisa - bo stosujesz popularna terminologie. Stad ci to umyka. W tej siatce pojęć „wiara” u Agisa nie jest kategorią religijną przeciwstawioną rozumowi, tylko nazwą dla nieusuwalnego fundamentu poznania. I wtedy całość jego wywodu robi się spójniejsza, a Twój komentarz za bardzo ciągnął w stronę popularnego podziału „wiara vs wiedza”.

Jak to działa u niego

  • Wszystko jest wiarą, bo wszystko stoi na założeniach

Żeby cokolwiek uznać za „wiedzę”, musisz przyjąć coś wcześniej: język, reguły wnioskowania, wiarygodność zmysłów/narzędzi, cudze wyniki, aksjomaty metody. I faktycznie, w pewnym momencie docierasz do „dowodu dowodu”, do podstaw, których już nie udowadniasz, tylko przyjmujesz.

  • „Wiedza” to po prostu mocno ugruntowana wiara

Czyli wiara o wysokim statusie: społecznie zatwierdzona, wielokrotnie potwierdzona, użyteczna, przewidywalna. Ale nadal jest „wiarą” w tym sensie, że opiera się na czymś przyjętym i ma kres weryfikacji.

  • Agis burzy prestiżowy język

Ludzie mówią „wiedza”, bo to brzmi dostojniej, bardziej „racjonalnie”, a „wiara” kojarzy im się z irracjonalnością. On odwraca to: pokazuje, że „wiedza” jest tylko specjalnym przypadkiem wiary, często ubranym w „królewskie szaty” pychy i prestiżu.

To też tłumaczy, czemu jego „świątynie wiedzy”, „kapłani”, „baty szyderstwa” tak pasują: on opisuje społeczną sakralizację tego, co w gruncie rzeczy jest zawsze w jakiejś części nie do domknięcia.

Zinterpretowałeś zdanie o „wierze, która spogląda poza granice” jakby chodziło o wiarę w sensie religijnym jako „poznanie poza weryfikacją”. A w mojej interpretacji (bardziej zgodnej z całością tej linii) to może znaczyć po prostu: poza granicą formalnego dowodzenia zawsze zostaje warstwa przyjęć, intuicji, ram – i to jest „wiara” jako warunek możliwości poznania. Czyli nie „magia ponad nauką”, tylko „fundament pod nauką”.

Spór nie toczy się tu między wiarą i wiedzą, bo wszystko jest wiarą: każde poznanie wyrasta z przyjęć, których nie da się domknąć dowodem do samego końca, a w pewnym miejscu zawsze stajesz na fundamencie, który po prostu uznajesz.

„Wiedza” jest tylko szczególnym przypadkiem tej wiary: tak ugruntowanym, tak wielokrotnie potwierdzanym i tak użytecznym, że zyskuje tytuł dostojniejszy, jakby była czymś innego rodzaju. Ludzie lubią to słowo, bo brzmi racjonalnie i daje prestiż, podczas gdy „wiara” kojarzy im się z nieracjonalnością.

Agis burzy ten obraz, bo widzi w nim pychę: wiarę przebraną w królewskie szaty, która udaje „prawdę ostateczną” po to, by dodać ważności wyznawcom. Dlatego mówi o świątyniach wiedzy, kapłanach i batogach szyderstwa: nie opisuje metody poznania, tylko rytuał społeczny, który z ugruntowanej wiary robi dogmat i narzędzie dominacji.

A granica jest zawsze nieunikniona: wyznacza ją kres weryfikacji, kres narzędzi i kres samego rozumienia. I właśnie w tym miejscu widać różnicę, która jest dla niego najważniejsza: nie między „wiedzą” i „wiarą”, tylko między wiarą świadomą własnych podstaw a wiarą pyszną, która te podstawy maskuje i nazywa je ostatecznością.

 

RS:

Następny akapit - znowu cios:

„Żywię nadzieję, że przestrzegać cię nie muszę przed rzekomą wyższością nad innymi, która wynikać może z poznania tej prawdy (i każdej innej). Nie stań się też mędrcem ni nauczycielem. Pamiętaj, iż pełne uwielbienia oblicza głupców stają się zwierciadłem własnej pychy. Toteż nie spoglądaj w nie nigdy. Na niedostatek rozumu cierpi bowiem człowiek potrzebujący czcicieli.”

 

AW:

To jest świetny „cios” właśnie dlatego, że on nim zabezpiecza czytelnika przed najczęstszym skutkiem takich książek: poczuciem wyższości.

Co on tu robi

Najpierw zakłada, że już znasz mechanizm: odkryłeś „prawdę” (tu: że wiedza jest formą wiary), więc łatwo ci będzie pomyśleć: ja widzę więcej niż inni. I od razu to ucina.

„Nie stań się też mędrcem ni nauczycielem” – to brzmi paradoksalnie, bo książka uczy. Ale sens jest jasny: nie przerabiaj tej wiedzy na rolę społeczną, w której karmisz ego.

Najmocniejsze zdanie jest o „pełnych uwielbienia obliczach głupców” jako zwierciadle pychy. To jest genialne, bo w dwóch ruchach:

• demaskuje publiczność (uwielbienie bywa puste),

• demaskuje ciebie (lubisz się w nim przeglądać).

„Toteż nie spoglądaj w nie nigdy” – to już brzmi jak przykazanie ascety. Czyli: największe zagrożenie nie przychodzi z „błędu poznawczego”, tylko z narcyzmu, który rośnie po „przebudzeniu”.

I puenta: „Na niedostatek rozumu cierpi człowiek potrzebujący czcicieli.” To jest ostateczne odwrócenie prestiżu: potrzeba fanów nie jest dowodem wielkości, tylko braku. To bardzo pasuje do całej jego wojny z tytanami, kapłanami i świątyniami: wszędzie widzi ten sam mechanizm kultu.

Dlaczego to jest takie mocne psychologicznie

Bo czytelnik czuje, że autor go wcześniej wciągał w „klub mądrych”, a teraz robi zwrot i mówi: uważaj, żebyś z tego klubu nie zrobił lustra dla ego. Czyli on nie pozwala ci wygodnie usiąść w roli „oświeconego”.

RS:

Tu jakby uspokaja, a jednocześnie niepokoi – zamkniecie rozdziału:

„Choć istnieją znaczące różnice między tym, jak ty postrzegasz naturę świata, a jak ją widzą inni, to ta dyferencjacja nie burzy porządku rzeczy – ona go stanowi. Jednakże musisz też pojąć, iż takie rozumienie rzeczy uczyni Cię ich wrogiem. Pokonasz ich milczeniem (na nic więcej nie zasługują), które ci głupcy uznają za swoje zwycięstwo. To dlatego "chwała należy się zwyciężonym"[29]. I wówczas nie zmuszą cię już do chylenia pokornego czoła przed ich nieznanymi bogami.”

 

AW:

Tak, to jest zamknięcie, które jednocześnie „uspokaja” (bo porządkuje świat) i niepokoi (bo robi z ciebie wroga). I ono jest bardzo sprytnie sklejone z dwóch tonów, które u Agisa stale się przeplatają: chłodnej diagnozy i wojennej retoryki.

Co tu uspokaja

„Dyferencjacja nie burzy porządku rzeczy – ona go stanowi.”

To jest zdanie stabilizujące. On mówi: różnice postrzegania nie są awarią świata, tylko jego mechanizmem. To jest niemal pojednawcze, bo usuwa lęk, że „jeśli ludzie myślą inaczej, to chaos”.

I zaraz potem to samo zdanie zostaje odwrócone w niepokój

„takie rozumienie rzeczy uczyni cię ich wrogiem.”

Czyli: różnica jest normalna, ale jeśli twoja różnica polega na widzeniu mechanizmu (projekcji, kultu, wiary udającej wiedzę), to stajesz się zagrożeniem dla rytuału. To jest jego stała teza: tłum broni swoich „bogów” nie argumentem, tylko agresją i wstydem.

Najbardziej niepokojące: „pokonasz ich milczeniem”

To jest bardzo ostre etycznie. On mówi: nie dyskutuj, nie tłumacz, nie próbuj ratować. Milczenie jako broń. I dodaje jeszcze pogardę: „na nic więcej nie zasługują”. To jest moment, w którym jego światopogląd staje się ascetyczno-elitarny: wycofanie zamiast dialogu.

A potem robi kolejny podstęp: milczenie zostanie uznane przez nich za ich zwycięstwo. Czyli: ty rezygnujesz z gry, a oni biorą to jako triumf. I tu pada najciekawsze zdanie: „chwała należy się zwyciężonym”.

Jak to rozumieć

To jest przewrotna rehabilitacja przegranego. W jego logice „zwycięstwo” tłumu jest pozorne, bo opiera się na rytuale, na bogach, na szyderstwie. „Zwyciężony” (ten, kto odchodzi w milczeniu) zachowuje integralność: nie karmi ich mechanizmu, nie wchodzi w ich grę, nie potrzebuje ich uznania. Chwała nie jest tu trofeum, tylko godność wynikająca z odmowy uczestnictwa.

Czyli „uspokaja” tym, że daje ci strategię: wyjście z pętli. Ale „niepokoi” tym, że ceną jest samotność i wrogość świata.

Domknięcie jest jeszcze ostrzejsze i bardziej „zaklinające”:

„…nie zmuszą cię już do chylenia pokornego czoła przed ich nieznanymi bogami.”

To zdanie robi trzy rzeczy naraz:

• Ustala scenę przemocy symbolicznej : „zmuszą” i „pokorne czoło” sugerują, że presja społeczna działa jak rytuał poddaństwa.

• Nazywa obiekt kultu : „nieznani bogowie” to ich nowe autorytety, modne prawdy, plemienne fetysze – wszystko, co powstaje i znika, ale żąda czci.

• Daje obietnicę wolności : jeśli dojdziesz tu, nie będą w stanie wymusić na tobie uczestnictwa.

I to się świetnie spina z wcześniejszym „pokonasz ich milczeniem”: nie wygrywasz debatą, tylko nie dajesz się wciągnąć w rytuał. Oni mogą dalej czcić swoje „bogi”, ale nie zdołają już zrobić z ciebie czciciela.

To dlatego to uspokaja i niepokoi jednocześnie: uspokaja, bo daje wyjście z przymusu; niepokoi, bo cena to wrogość i samotność oraz bardzo twardy podział „ty” kontra „oni”.

 

RS:

Następny rozdział. Znowu atak

„Większość z nas słowa składa w sens, lecz lepszą drogą jest sens złożyć w słowa."[30]

Sztuka słowa jest najwyższą ze sztuk. To odwieczne berło[31], które zgina kolana i kruszy wolę. Czyż malarz lub rzeźbiarz potrafią wzniecać i gasić wojny? Budować nowego ducha? Budzić rozum uśpiony mocą codziennego znoju? Tylko słowa są godne uwagi.”

 

AW:

Tak, to jest „atak” – tylko tym razem nie na tytanów, wiedzę czy kult, ale na hierarchie sztuk i na samą władzę języka. I on robi to jak manifest.

Pierwsze zdanie to odwrócenie intuicji

„Większość z nas słowa składa w sens, lecz lepszą drogą jest sens złożyć w słowa.”

To jest bardzo precyzyjne: mówi, że ludzie zwykle traktują słowa jak opakowanie gotowego znaczenia, a on chce odwrotnie – żeby słowa były konstrukcją, która dopiero tworzy sens. To jest definicja pisania jako rzemiosła stwarzania, nie opisywania.

Potem wchodzi teza o władzy

„Sztuka słowa… berło, które zgina kolana i kruszy wolę.”

On nie mówi, że słowo jest piękne. On mówi, że słowo rządzi. „Berło” to symbol władzy, a „zgina kolana” i „kruszy wolę” brzmi jak przemoc polityczna. To znów jest charakterystyczne: on widzi kulturę w kategoriach dominacji i uległości.

Pytania o malarza/rzeźbiarza są retoryczną eskalacją

Nie chodzi o uczciwe porównanie sztuk, tylko o pokaz siły: słowo potrafi wzniecać wojny, budować ducha, budzić rozum. Czyli język jest narzędziem sprawczym, które tworzy wspólnoty, ideologie, konflikty.

I puenta „Tylko słowa są godne uwagi” jest skrajna celowo

To jest manifest radykalny. Prawdopodobnie ma działać jak młot: po całym wcześniejszym rozdziale o „świątyniach wiedzy” i „batogach szyderstwa” on pokazuje, że tym, co naprawdę rządzi, nie są rzeczy, tylko narracje i formuły.

Dwie ważne uwagi, żebyś to dobrze „poczuł” w całości książki

• To jest spójne z jego wcześniejszym strachem przed „kapłanami wiedzy”: skoro słowo jest berłem, to kapłani są mistrzami berła.

• To też jest autousprawiedliwienie stylu: jeśli słowo ma władzę, to jego skrajność i podstęp są „dozwolone”, bo walczy słowem o wolność czytelnika.

I tak: to jest pisarstwo wysokiego ryzyka, bo brzmi jak absolut („tylko słowa”). Ale jako manifest – działa, bo jest konsekwentne i ma rytm prawie kaznodziejski.

 

RS:

Dalej. I znowu przewrotnie:

„By w tej walce odnieść zwycięstwo żywić musisz jednakże do nich pogardę, gdyż są orężem fałszywych bogów – mieczem, oszczepem, zabójczą machairą[32]. Nie powinieneś też mniemać, że zdołasz wznieść ze słów swój hełm i tarczę, gdyż stając się wojownikiem – stałeś się tym, czym wróg pragnął. Wojna została przegrana. W dawnych wieszczeniach otrzymujesz ostrzeżenie:

„I sam nim się staję, Wiernym odbiciem tego czym się sycę. Moim adwersarzem, który wciąż ulega dziecięcym iluzjom i wydumanym mądrościom. Finezją twórcy, bajarza, poety lub nadętego filozofa.”

 

AW:

Tak, to jest przewrót w czystej postaci: on dopiero co wyniósł słowo na tron, a teraz pokazuje, że słowo jest też bronią w rękach fałszywych bogów i że sama walka językiem może cię przegrać zanim zaczniesz.

Co tu jest kluczowe

Najpierw mówi: żeby wygrać, musisz żywić pogardę do „nich”. „Do nich” – w kontekście wychodzi, że chodzi o ludzi/kapłanów używających słów jako broni, ale też o same słowa jako narzędzie w rękach kultu. To jest mocne, bo zwykle myślimy: słowo = wyzwolenie. On mówi: słowo = oręż.

I robi to świetnym obrazem: miecz, oszczep, machaira. To nie są metafory dekoracyjne, tylko konkret przemocy. Słowo jako narzędzie zabijania woli.

Potem przychodzi najważniejsze odwrócenie: nie wzniosę hełmu i tarczy ze słów. Czyli: nie ma „bezpiecznej” retoryki, która ochroni cię przed retoryką. Jeśli stajesz się wojownikiem, stajesz się tym, czym wróg pragnął. To jest niezwykle celne: wejście w logikę wojny jest już przegraną, bo wojna reprodukuje wroga w tobie.

Dlatego pada zdanie: „Wojna została przegrana.” To brzmi jak fatalizm, ale to jest jego konsekwencja z poprzednich rozdziałów: bunt tworzy nowe tytany, walka tworzy nową pychę.

I cytat domyka to psychologicznie: „I sam nim się staję, wiernym odbiciem tego czym się sycę.” To jest jedna z najlepszych formuł w tej książce: karmisz się wrogiem, więc stajesz się wrogiem. Dokładnie jak w tamtym fragmencie o byciu „dzieckiem” tytanów nawet po ich zgładzeniu.

Reszta cytatu jest samooskarżeniem: adwersarz ulega dziecięcym iluzjom, wydumanym mądrościom, finezji twórcy, bajarza, poety lub nadętego filozofa. Czyli: on ostrzega, że nawet walcząc z iluzją, łatwo dać się uwieść innej iluzji – własnej finezji, własnej retoryce.

To jest ważne, bo tu wchodzi meta-poziom: on ostrzega przed… sobą. Przed własną zdolnością „strojenia słów”, przed byciem bajarzem, poetą, filozofem. To nie jest tylko atak na świat. To jest auto-demaskacja narzędzia, którym sam operuje.

I dlatego to robi takie wrażenie: on buduje ci broń, a potem mówi: ta broń cię też zdeprawuje.

 

RS:

Dalej, coś dziwnie autentycznego:

„Odkrywszy, iż świat kocha ludzi wyrachowanych i podłych, odsunąłem się od świata. Skazany własnym wyrokiem na życie wewnątrz swojego ducha, by trwać niezłomnie – zbudować musiałem swe osobiste sanktuarium, świat zgodny z moim przekonaniem, w którym stałem się sobie sprawiedliwym sędzią i bezlitosnym katem. Jednako drzwi mej świątyni wkrótce przede mną zamknięto, w każdej ułudzie dościga nas w końcu myśl, iż nie ma żadnej ucieczki od tego, co realne. Możesz czasem tylko schodzić do swojej celi, by zaznać ukojenia, ale z tego dobrowolnego więzienia zawsze wyrwie cię oślizgła dłoń rzeczywistości. Wyobraźnia nie uwalnia ciała od swej męki, staje się ona tylko leczniczym okładem przynoszącym chwilową ulgę. Osłoda owa jest niezbędna, by ciało, zewsząd uciskane i gnębione pręgierzem doczesności, nie zostało unicestwione.”

 

AW:

Tak, to brzmi „dziwnie autentycznie”, bo on tu na chwilę zdejmuje maskę kaznodziei-stratega i mówi z pozycji kogoś, kto naprawdę przeżył własną doktrynę jako doświadczenie, nie tylko jako koncept.

Co tu daje wrażenie autentyczności

• Przejście z „ty” na „ja” w trybie spowiedzi : nie poucza, tylko składa zeznanie o własnej decyzji („odsunąłem się od świata”).

• Konkretny koszt psychiczny : „sprawiedliwy sędzia i bezlitosny kat” – to nie jest ładna poza. To brzmi jak opis autodestrukcyjnej dyscypliny, w której on sam siebie karze, żeby utrzymać integralność.

• Brak łatwego wyjścia : on nie sprzedaje „ucieczki w duchowość” jako zbawienia. Przeciwnie – pokazuje, że ułuda się domyka, a rzeczywistość wraca „oślizgłą dłonią”. To jest brudne, cielesne, nieidealizujące.

Co on tu naprawdę mówi (sens, bez patosu)

• Świat nagradza cynizm → więc on się od niego odcina.

• Buduje wewnętrzne sanktuarium → ale robi to metodą przemocy wobec siebie (sędzia/kat), żeby „trwać niezłomnie”.

• Ucieczka nie działa na stałe → wyobraźnia daje ulgę, nie zbawienie. Jest jak opatrunek: potrzebny, ale nie leczy przyczyny.

• Ciało jest pod pręgierzem doczesności → więc psychiczna osłoda jest konieczna, żeby w ogóle przetrwać.

Dlaczego to jest literacko mocne

• Metafory są spójne i rozwijane, nie pojedyncze : sanktuarium → świątynia → drzwi zamknięte → cela → więzienie → dłoń rzeczywistości → okład. To jest jedna konsekwentna architektura, a nie losowe „ładne obrazki”.

• Zestawia sacrum z karą : świątynia i cela, sanktuarium i kat. To buduje napięcie: duch nie jest rajem, jest systemem rygoru.

• Najmocniejsze jest przyznanie granicy : „wyobraźnia nie uwalnia ciała”. To jest antyromantyczne i bardzo trzeźwe.

Jeśli zestawisz to z wcześniejszymi fragmentami, to tu widać, że jego „złośliwość” i „matematyka” nie są tylko grą. One wyglądają jak wypracowany pancerz: coś, co ma utrzymać go w pionie w świecie, który uważa za moralnie zepsuty, ale który i tak stale wraca i go dotyka.

 

RS:

Dalej pisze:

„W jawach sennych rzeczy nabierają cielesnej realności większej niż w prawdziwym świecie, a przecież przez to nie stają się namacalne. Rozumiesz zatem, że nie uciekniesz przed walką. By ją wygrać, starannie musisz dobrać swe narzędzia. Zachowaj myśl, iż wrogowie posiadają umysł opancerzony przeciw wszelkim argumentom. Ten ich hełm[34] czyni ich głuchymi na słowa, gdyż nie przeszli tej drogi, na której się ulepszamy.”

 

AW:

Tu znowu widać, jak on miesza dwie rzeczy, które na pierwszy rzut oka się gryzą, a u niego jednak pracują razem: introspekcję (sny/wyobraźnia) i strategię walki (narzędzia/hełm/opancerzenie).

Pierwsze zdanie jest bardzo dobre i trzeźwe

„W jawach sennych rzeczy nabierają cielesnej realności większej niż w prawdziwym świecie, a przecież przez to nie stają się namacalne.”

To jest idealne uchwycenie paradoksu snu: intensywność doświadczenia nie daje ontologii. Czujesz „bardziej”, ale nie masz „więcej”. I to jest jego sposób na powrót do realizmu po poprzednim akapicie o sanktuarium: wyobraźnia jest realna psychicznie, ale nie rozwiązuje realności świata.

Potem przechodzi w swój tryb inicjacyjny: walka jest nieunikniona

„Rozumiesz zatem…” – to znów jest haczyk: jeśli rozumiesz, to przyjmujesz jego konieczność. U niego nie ma neutralnej kontemplacji, jest zawsze konsekwencja w działaniu.

„Starannie musisz dobrać swe narzędzia”

To jest ważne: on nie mówi już tylko „walcz” albo „milcz”. Mówi o narzędziach, czyli o technice wpływu. To znów spina się z „głosić mądrość podstępem” i z jego obsesją na punkcie słów jako berła i broni.

„Wrogowie mają umysł opancerzony”

To jest mocne i trochę niepokojące, bo wraca jego podział na „ty” kontra „oni”. Ale obraz jest świetny: hełm czyni ich głuchymi na słowa. Czyli nie argumenty przegrywają, tylko mechanizm obronny nie dopuszcza argumentów do środka.

I ostatnie zdanie domyka jego elitarną logikę: oni są głusi, bo „nie przeszli tej drogi, na której się ulepszamy”. To jest jego stała struktura inicjacyjna: są etapy, są wtajemniczeni i niewtajemniczeni. Dzięki temu możesz zrozumieć, czemu wcześniejsze „milczenie” jest dla niego strategią: jeśli hełm jest szczelny, to gadanie nie ma sensu.

W skrócie: te akapity mówią, że wyobraźnia daje intensywność, ale nie daje namacalności; a skoro nie ma ucieczki, to trzeba myśleć strategicznie o komunikacji, bo większość ludzi jest „hełmem” odcięta od argumentów. To jednocześnie bardzo celne psychologicznie i bardzo ostre w podziale na ludzi.

 

RS:

Dalej zaczyna nowy atak:

„Był czas, że pozwoliłem duszy śpiewać, myśl i czyn badałem. Umysł tworzy światy, których nie warto przemierzać...”[35] Jeśli znajdzie się wierny filozof[36] pośród nich, ten co nada kształt nieokreślonemu, będę gotów wynieść go ponad wszelkie monumentalne pomniki. Mamy tylko roje głupców, którzy myślą, iż swoim mniemaniem kreślą właściwą postać świata.”

 

AW:

Tak, tu zaczyna się kolejny „atak”, tylko tym razem w inną stronę: przeciwko jałowej twórczości umysłu i przeciwko masowej pewności siebie.

Pierwsze dwa wersy (cytat) są bardzo ważne, bo to jest auto-korekta jego własnej metody

„Był czas, że pozwoliłem duszy śpiewać…” – brzmi jak wspomnienie okresu, kiedy jeszcze ufał ekspresji i eksploracji („myśl i czyn badałem”).

A potem: „Umysł tworzy światy, których nie warto przemierzać.” To jest cios w romantyczną fascynację własną wyobraźnią. On mówi: sama zdolność tworzenia światów nie jest wartością; można tworzyć pustkę, labirynt, dekorację.

To spina się z wcześniejszymi akapitami o sanktuarium i o snach: wyobraźnia jest potrzebnym „okładem”, ale łatwo staje się ucieczką i produkcją ułud.

Drugi akapit: tęsknota za kimś, kto zrobi z mgły formę

„Jeśli znajdzie się wierny filozof pośród nich, ten co nada kształt nieokreślonemu…” – tu jest bardzo precyzyjna definicja tego, kogo on szanuje: nie „twórcę światów”, tylko kogoś, kto potrafi z chaosu zrobić formę. To jest też ładne: filozof jako rzeźbiarz nieokreślonego.

A „wynieść go ponad monumentalne pomniki” jest konsekwentne z jego wojną z tytanami: pomniki to kult i próżność; prawdziwa wartość jest w akcie kształtowania, nie w sławie.

I trzecie zdanie wraca do jego pogardy dla tłumu

„Mamy tylko roje głupców…” – to jest jego stały refren: masa ludzi myli mniemanie z kształtem świata. „Rój” jest tu celny, bo sugeruje ruch zbiorowy, instynktowny, bez refleksji. A „kreślą postać świata” – jakby samą opinią rysowali rzeczywistość.

Dlaczego to działa mimo skrajności

Bo on znów pokazuje mechanizm:

• umysł produkuje światy (łatwe),

• ale niewiele z nich jest warte przejścia (trudne rozróżnienie),

• wartość ma dopiero wierny filozof – ten, kto formuje nieokreślone (rzadkie),

• większość myli mniemanie z tworzeniem (powszechne).

I to jest dokładnie ta „matematyka”: zarysowanie zbioru, wyjątek, kryterium wartości, diagnoza masy.

 

RS:

Dalej jest:

„Ich wielkie teorie są traktowane przez tłum jak wyrocznie, a jednocześnie jak wyjmowane z komnat nowe szaty, w jakie się tak bezrozumnie stroją. Każda epoka ma swoich mistrzów krawiectwa, którym wtóruje – wynosząc ich kunszt ponad innych i stawiając jako prawzór. Jakież jednak ci filozofowie wznieśli dzieło, oprócz swych bezużytecznych słów, które by mogło mój osąd zmienić? Wszelako jedne jest tylko, jakież uznaję – zmianę na lepsze ludzkiej natury. Wszelkie inne dzieła są bezwartościowe.”

 

AW:

To jest bardzo mocny fragment, bo on tu robi dwa cięcia naraz: demaskuje modę intelektualną i wprowadza ekstremalnie twarde kryterium wartości filozofii.

Pierwszy akapit: filozofia jako krawiectwo epok

To jest świetna metafora, bo działa na dwóch poziomach:

• Wyrocznia : tłum traktuje wielkie teorie jak objawienia, czyli nie weryfikuje ich, tylko wierzy i powtarza.

• Szaty : jednocześnie teorie są jak nowe ubrania wyjmowane z komnat – coś, w co się stroisz, żeby wyglądać „na czasie”.

Połączenie wyroczni i mody jest zabójcze: pokazuje, że nawet kiedy ludzie udają powagę, często chodzi o status, nie o prawdę. A „mistrzowie krawiectwa” to ci filozofowie, których dana epoka promuje, bo potrafią uszyć język pasujący do jej potrzeb, lęków i ambicji.

Drugi akapit: kryterium, które jest brutalnie ascetyczne

„Jakież wznieśli dzieło, oprócz bezużytecznych słów…?” – to jest jego stały atak na „słowa, które są tylko słowami”. Co ciekawe, to wygląda jak sprzeczność z wcześniejszym „tylko słowa są godne uwagi”, ale u niego to się składa: słowa są berłem i orężem, ale właśnie dlatego muszą mieć konsekwencję w rzeczywistości. Słowo bez skutku jest tylko strojem.

I potem pada jego jedyne uznawane dzieło: „zmiana na lepsze ludzkiej natury”. To jest kryterium moralno-praktyczne: filozofia ma poprawiać człowieka, nie tylko opisywać świat.

To jest skrajne, ale konsekwentne z całą książką:

• on gardzi kultem i statusem,

• gardzi „pompą” wiedzy,

• więc jedyną rzeczą, której nie da się podrobić strojem, jest realna przemiana charakteru.

Jednocześnie to kryterium jest bardzo ryzykowne (i to warto widzieć)

Bo można zapytać: kto ocenia, co jest „zmianą na lepsze”? I czy filozofia zawsze musi być instrukcją moralną, a nie np. narzędziem rozumienia? On świadomie wybiera stronę ascety: prawdziwe jest to, co leczy naturę, reszta to moda.

I znów wraca twoje wrażenie „matematyki”: on zawęża zbiór do jednego warunku. Wszystko poza nim = bezwartościowe. To jest radykalne, ale w jego konstrukcji daje ogromną siłę: masz jasny test, nie musisz błądzić w „szatach epok”.

 

RS:

Dalej:

„I jakże śmieszni i groteskowi są ci, co w dziełach filozofów czy wielkich pisarzy znajdują miarę, którą stosują do zważenia[37] ludzkiego ducha. Oni to uważają, iż duch nabiera szlachetnego ciężaru poprzez znajomość owych żniw czczych umysłów. Ich droga zawsze wiedzie ku rozpaczy, którą zręcznie nakreślił Senekiasz: „Po tysiącach stoczonych bitew, zasiadam na leśnej polanie, nie cieszę już oczu jej urokiem, uszu nie napełniam śpiewaniem. Szyderczy umysł wsącza grozę: martwe piękno na zawsze zostanie, trwać będzie, sycąc swój sens bytu mego przemijaniem.”[38]”

 

AW:

To jest bardzo mocne, bo on tu atakuje nie tyle filozofów, co sposób, w jaki ludzie używają filozofii i literatury: jako ciężarków do własnej duszy, jako „miary” i prestiżu.

Pierwsze zdania: rozbicie prestiżu „znajomości”

„miara, którą stosują do zważenia ludzkiego ducha” – to jest genialne, bo pokazuje, jak łatwo mylimy kulturę z wewnętrzną wartością. Jakby dało się zważyć duchowość liczbą przeczytanych autorów. A „szlachetny ciężar” to już czysta ironia: duch „dociążony” erudycją ma wyglądać poważniej w oczach innych. To dokładnie spina się z jego wcześniejszym „królewskimi szatami” wiedzy i „zwierciadłem pychy”.

I ten zwrot „żniwa czczych umysłów” jest celowo okrutny: odbiera aurę wielkości samym dziełom, nazywając je plonem próżności. To jest skrajne, ale ma funkcję: ma odciąć czytelnika od kompulsywnego zbierania nazwisk jako statusu.

„Ich droga zawsze wiedzie ku rozpaczy” – tu przechodzi na psychologię skutku

I cytat Senekiasza to świetne domknięcie tej tezy. Dlaczego? Bo pokazuje stan po „tysiącach bitew” (czyli po życiu wygranym intelektualnie, po treningu umysłu): siadasz na polanie, a piękno przestaje działać. Umysł stał się szyderczy i zatruwa doświadczenie.

Najmocniejsza jest puenta cytatu: „martwe piękno… trwać będzie, sycąc swój sens bytu mego przemijaniem.”

To jest obraz, w którym piękno nie pociesza, tylko oskarża. Jest nieśmiertelne, a ty przemijasz, więc zamiast zachwytu masz grozę. To jest bardzo celny opis tego, co czasem robi hiperrefleksja: zabija bezpośredniość i zamienia świat w memento mori.

Dlaczego to jest spójne z jego wcześniejszą krytyką „słów” i „świątyń wiedzy”

Bo on uderza w to samo: kultura jako rytuał ego. Czytasz, cytujesz, ważysz ducha – i kończysz nie mądrzejszy, tylko bardziej wyjałowiony, bo umysł nauczył się patrzeć jak prokurator, nie jak człowiek.

I tu jest jednocześnie paradoks, który u niego jest celowy: on sam cytuje poezję, żeby skrytykować ludzi, którzy „ważą ducha” cytatami. Ale to nie jest sprzeczność, jeśli jego celem nie jest zakaz cytowania, tylko zakaz używania cytowania jako miary własnej wartości.

 

RS:

Dalej:

„Jeśli chciałbyś ich bronić, wskazując urojone pomniki ich sukcesów, to pamiętaj, iż mam świadka, który dowodzi, że cel ów[39] nie został osiągnięty – a jego doświadczenie przekonuje, że w tej materii nie doczekamy się zmian. Przeszłe czasy są świadkiem i surowym (lecz i jakże prawdomównym) sędzią. Cóż więc nam pozostaje? Urojone zwycięstwo Hegezjasza[40]? Czy duch szlachetności nas nie napełni, gdyż niegodnym jesteśmy naczyniem? A czyż naczynia nie można oczyścić? Żywię wiarę, iż znajdziemy do tego stosowną materię, lecz nie w wynalazku ludzkiej myśli, ale w pierwotnej esencji. Prawdziwy stan rzeczy nie jest ukryty, to nasz wypaczony duch oślepł dawno temu.”

 

AW:

Tu on robi bardzo charakterystyczny skręt: od miażdżenia „pomników” i intelektualnego prestiżu przechodzi do tonu niemal profetyczno-ascetycznego. I to jest moment, w którym widać, że to nie jest tylko krytyka kultury, ale projekt odnowy – tylko nie „przez nowe idee”.

Pierwszy akapit: zamknięcie drzwi nadziei na „postęp” przez dzieła

On mówi: jeśli chcesz bronić filozofów/pisarzy, pokazując „pomniki ich sukcesów”, to on ma „świadka”, który dowodzi, że cel nie został osiągnięty. Czyli: twierdzi, że mimo wielkich teorii nie nastąpiła realna zmiana ludzkiej natury. I dorzuca mocne zdanie: w tej materii nie doczekamy się zmian; przeszłość jest surowym sędzią.

To jest jego stały motyw: historia jako dowód, że człowiek się nie „ulepsza” od samych idei, tylko powtarza te same mechanizmy pychy, kultu, przemocy symbolicznej.

Drugi akapit: pytania, które budują nowe centrum

„Cóż więc nam pozostaje?” – tu otwiera przestrzeń, ale natychmiast ją ogranicza.

Masz serię pytań o szlachetność i „naczynie”:

• czy szlachetność nas nie napełni, bo jesteśmy niegodnym naczyniem?

• czy naczynia nie można oczyścić?

To jest język moralno-rytualny. On przestaje mówić o teorii, a zaczyna mówić o oczyszczeniu podmiotu. To spina się z wcześniejszym „strażnikiem”, „harmonią ciała i umysłu”, „nie patrz w zwierciadło pychy”.

I potem pada klucz: „nie w wynalazku ludzkiej myśli, ale w pierwotnej esencji.”

To jest bardzo ważne: on odmawia zbawienia przez „wynalazki myśli” (czyli nowe systemy, nowe teorie, nowe modne szaty). Szuka czegoś pierwotnego – jakby źródła sprzed kultury, sprzed krawiectwa epok.

Trzeci akapit: oślepienie nie jest w świecie, tylko w duchu

„Prawdziwy stan rzeczy nie jest ukryty, to nasz wypaczony duch oślepł…”

To jest odwrócenie typowe dla ascety: nie świat jest tajemnicą, tylko my jesteśmy zniekształceni. Czyli problemem jest percepcja i charakter, nie brak informacji.

Dlaczego to działa (i czemu jest „ciężkie”)

Bo on przechodzi od krytyki do soteriologii (projektu zbawienia/odnowy), ale robi to bez religijnego słownictwa wprost, raczej przez „naczynie”, „oczyszczenie”, „pierwotną esencję”. To budzi niepokój, bo:

• to brzmi jak zapowiedź doktryny,

• i jest w tym ton: „ja wiem, ty jesteś oślepiony”.

A jednocześnie to jest spójne z twoim wcześniejszym odczytaniem „wiary”: nie chodzi o przeciwstawienie wiary i wiedzy, tylko o to, że same idee nie leczą ducha. Leczy dopiero przemiana wnętrza, dotarcie do źródła.

 

RS:

Dalej. Znowu czuć tego charakterystycznego ducha Agisa i chęć pokazania prawdy:

„By zatem zostać współuczestnikiem tytanomachii[41] stań się milczącym filozofem, nie chwytaj za oręż słowa ani by miotać włócznie ani by bronić się tarczą. Pamiętaj wszakże, iż człowiekowi słabemu zarówno klęski jak i sukcesy wypaczają charakter. Nie oddawaj ducha na marne i próżne rozważania. Idź za radą nieskalanego filozofa, gorliwego stróża własnych myśli: „Nieutrwalone, pełne złowieszczego sensu lub pełne nadętej nadziei – jak popadnie. Odmówiłem im prawa do opuszczenia ich twórcy, Wciąż tam są. Nietrwałe i bezsilne, nawet wyzwolone nie potrafiłyby niczego zmienić.”

 

AW:

Tak, tu on doprowadza do skrajnej konsekwencji to, co wcześniej zapowiadał: skoro słowo jest berłem i bronią, to najlepszą obroną przed „fałszywymi bogami” jest… odmowa użycia słowa jako broni. To jest bardzo mocny, ascetyczny zwrot.

Pierwsze zdania są instrukcją strategii

„Stań się milczącym filozofem” i „nie chwytaj za oręż słowa” – to brzmi jak paradoks, bo książka jest ze słów. Ale to nie jest zakaz myślenia, tylko zakaz wojny retorycznej: nie miotać włóczni, nie budować tarczy z argumentów. Czyli nie wchodzić w pole bitwy, które samo w sobie deprawuje.

I tu pada ważne uzasadnienie: człowiek słaby deformuje się zarówno porażką, jak i sukcesem. To jest świetne, bo zwykle myślimy, że sukces buduje. On mówi: sukces też wypacza, bo rodzi pychę, rolę nauczyciela, potrzebę czcicieli. To spina się idealnie z wcześniejszym „nie stań się mędrcem ni nauczycielem” i „zwierciadłem pychy”.

„Nie oddawaj ducha na marne i próżne rozważania” – czyli nie karm umysłu jałową polemiką, która nic nie zmienia. To jest jego stała nienawiść do „bezużytecznych słów”.

Cytat ten, jest w tym kontekście kluczowy

On mówi o myślach:

• nieutrwalone / złowieszcze / nadęte nadzieją – chaotyczne, byle jakie,

• odmówiłem im prawa do opuszczenia twórcy – czyli nie wypuszczam ich w świat, nie publikuję, nie przemieniam w doktrynę,

• są wciąż tam – zostają wewnątrz,

• a nawet wyzwolone nie potrafiłyby niczego zmienić – więc po co je wypuszczać.

To jest bardzo „agisowe”: on jednocześnie proponuje etykę odpowiedzialności za słowo (nie wypuszczaj byle czego) i etykę pokory (nie zakładaj, że twoje słowa zmienią świat). W efekcie milczenie staje się cnotą: nie karmisz próżności, nie wchodzisz w rytuał wojny, nie stajesz się tym, czym wróg pragnął.

Dlaczego to może brzmieć niepokojąco

Bo to jest program wycofania. Taki, który można odczytać jako:

• stoicką wolność od tłumu i od kultu, albo

• pesymistyczną rezygnację z wpływu i rozmowy.

Ale w logice tej książki to jest raczej „antydogmat”: skoro słowa są najpotężniejsze, to właśnie dlatego trzeba je trzymać na krótkiej smyczy, bo łatwo nimi niszczyć, łatwo nimi karmić pychę i budować nowe świątynie.

Jeśli chcesz, mogę dopowiedzieć jedno: w jego świecie „milczenie” nie jest brakiem działania, tylko działaniem o najwyższym koszcie – rezygnacją z roli, uznania i zwycięstwa. I dlatego na końcach rozdziałów wraca mu ta samotność.

 

RS:

Dalej:

„Drwi ciało ze słuszności trwania, naigrywa się umysł ze starań poznania. Waż to prawo z rozsądkiem. Nie zapominaj, iż to tylko znaki ułożone w zręczny wzór, ciesz nim oko, ale nie pozwalaj się zniewolić. Jeśli sił ci nie staje, idź raczej jakiś czas ścieżką satyry, mniejszą szkodę poniesiesz. Jednakże nie pozostawaj niej zbyt długo, gdyż doświadczysz słów poety:

 „Jak drwina co dźwiga znamię niepokory,
pragnąłem myśl strącić w dziwną otchłań bytu,
w nurt co życiu się poddaje.
Jak woda co choć strumień tworzy – byle innej kropli pozwala się zmącić.
Ale nie zniosłem własnych praw nicości.
Wchłonięty przez to, strumieniem się staje...” [43]”

 

AW:

Tu on robi bardzo charakterystyczny zwrot: po całym „milczącym filozofie” i wojnie słów wrzuca ostrzeżenie przed… samym tekstem i samą metodą. I znowu to jest jednocześnie uspokajające i niepokojące.

Pierwszy akapit: instrukcja dystansu

„Waż to prawo z rozsądkiem” – on mówi: nie absolutyzuj zasad. Nawet jeśli brzmią jak objawienie, traktuj je jak narzędzie, nie jak boga.

A potem zdanie, które jest kluczem: „to tylko znaki ułożone w zręczny wzór, ciesz nim oko, ale nie pozwalaj się zniewolić.”

To jest meta-ostrzeżenie: jego własna książka to „znaki w wzór”. Możesz podziwiać kunszt, rytm, celność, ale nie daj się temu zniewolić. To jest bardzo uczciwe literacko, bo on wie, jak mocno działa jego styl.

„Drwi ciało… naigrywa się umysł…” – tu jest ciekawa równowaga: ciało drwi ze „słuszności trwania” (czyli z ideałów i dyscypliny), a umysł drwi ze „starań poznania” (czyli z wysiłku rozumu). Obie strony mają w sobie ironię i sabotaż. To znów spina się z jego obsesją: największym zagrożeniem jest wypaczenie, a wypaczyć może i ciało, i umysł.

Drugi akapit: satyra jako „mniejsze zło”

To jest świetne: jeśli nie masz siły na powagę, idź na chwilę ścieżką satyry, bo mniej szkodzi. Czyli satyra jest wentylem bezpieczeństwa. Daje dystans, nie wymaga wiary w ostateczność.

Ale natychmiast ostrzega: nie zostawaj tam za długo. Dlaczego? Bo satyra też potrafi cię przerobić na to, z czego szydzisz.

I tu cytat robi robotę.

Co mówi cytat (w prostych słowach)

To jest opis człowieka, który chciał „strącić myśl” w otchłań, w nurt życia, czyli rozpuścić powagę w drwinie, zanurzyć się w płynności, w relatywizmie, w „nicości”.

Obrazy są bardzo celne:

• drwina niesie znamię niepokory (czyli jest buntem),

• strumień wody daje się zmącić byle kropli (czyli ironia jest podatna na przypadek, na tani impuls, na byle bodziec),

• a na końcu: nie zniósł własnych praw nicości – i został wchłonięty.

Puenta: „Strumieniem się staje…”

Czyli: człowiek, który chciał tylko chwilę „popłynąć” drwiną, sam staje się drwiną/płynnością, traci stałą formę. Satyra zamiast narzędzia staje się tożsamością.

Dlaczego to jest znów „niepokojące”

Bo on pokazuje, że każda strategia ma koszt:

• powaga grozi dogmatem i pychą,

• milczenie grozi izolacją,

• satyra grozi rozpuszczeniem w nicości.

I w środku tego wszystkiego mówi: podziwiaj wzór, ale nie pozwól mu cię zniewolić. To jest w gruncie rzeczy najważniejsza rada czytelnicza do Agisa: jego tekst ma moc berła, więc trzeba czytać go z dystansem do własnej fascynacji.

czytaj dalej: Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część trzecia

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie