
Kontynuacja rozmowy z: https://mindly.pl/literatura,ac269/bajka-ktora-wgniata-w-fotel-jak-agis-buduje-maszyne-z-akapitow-czesc-pierwsza,20632
Dotyczy utworu: Agis z Cyreny - Bajka o tytanach i herosach – czyli jak zostać genialnym czytelnikiem
RS:
Ciągle się wydaje, że im dalej w tekst tym lepszy się wydaje – następne:
„Jałowa myśl jest owym tchnieniem, bezwolnym i codziennym trudem przychodzącym bez wysiłku i pozostawiającym po sobie fałszywie odmieniony świat. Tak nas zwodzi i prowadzi nierozumnie do naszego kresu. Ona jedyna jest tym, czym wydaje się być, niezmienna i niezwyciężona strażniczka naszych zmysłów, zaprzysięgły wróg szaleństwa i strachu. Nie zawsze jednak unosi miecz, symbol wygranej walki. Umysł unoszony przez prądy trudów codzienności, w nagłym znużeniu potrafi się zbudzić i popaść w rozpacz, która wita swoje ofiary szczerym uściskiem. Rozewrzyj jej ramiona i odrzuć ją. Choć wszystkie twe myśli się wówczas zjednoczą i staną niczym potężny wróg przeciw Tobie, to ujrzysz otaczający cię świat w jego właściwej postaci. Staniesz się wówczas gotów na wieniec zwycięstwa (choć zgina kark mędrca, pokora jest lekką koroną), ale jeszcze nie zdolny do wygrania wojny.”
AW:
To jest kolejny poziom, bo on tu robi coś rzadkiego: opisuje stan psychiczny tak, jakby był bytem z własną wolą, i jednocześnie daje instrukcję przejścia przez niego. To jest „wgniatające”, bo trafia w doświadczenie zmęczenia i nagłego przebudzenia, a jednocześnie nadaje temu mitologiczną formę.
Pierwszy akapit: „jałowa myśl” jako strażniczka
To jest mocne, bo on nie nazywa jałowości słabością, tylko mechanizmem przetrwania.
„tchnienie… codzienny trud przychodzący bez wysiłku” – czyli ten automatyczny tryb życia, w którym człowiek jedzie nawykiem. I on mówi: on zostawia „fałszywie odmieniony świat”. To jest genialne: niby coś się zmienia (dni lecą, wydarzenia się dzieją), ale w środku nic się nie zmienia.
Potem robi przewrót: jałowa myśl jest „niezmienna i niezwyciężona strażniczka naszych zmysłów”, „wróg szaleństwa i strachu”. Czyli rutyna i powierzchowność chronią przed lękiem egzystencjalnym. To bardzo prawdziwe psychologicznie: automatyzm bywa znieczuleniem.
Ale nie zawsze unosi miecz „symbol wygranej walki” – czyli nie zawsze daje poczucie triumfu. Czasem tylko trzyma cię przy życiu, bez zwycięstwa.
Drugi akapit: rozpacz jako brama widzenia
Tu jest najlepszy moment:
„umysł… w nagłym znużeniu potrafi się zbudzić i popaść w rozpacz”
Zmęczenie jako przebudzenie, a nie tylko osłabienie. I rozpacz „wita swoje ofiary szczerym uściskiem” – to jest przerażająco trafne: rozpacz bywa kusząca, jak odpoczynek od wysiłku udawania, że wszystko ma sens.
I on daje rozkaz: „rozewrzyj jej ramiona i odrzuć ją.” To jest praktyczna instrukcja w obrazie: nie uciekaj, ale też się nie poddaj. Otwórz uścisk, przerwij go.
Najmocniejsze zdanie jest potem: nawet jeśli wszystkie myśli zjednoczą się przeciw tobie, to zobaczysz świat „w jego właściwej postaci”. Czyli on mówi: prawda przychodzi po stronie bólu, ale pod warunkiem, że nie dasz się bólowi wchłonąć. To jest ten jego stały ideał: przejść przez doświadczenie bez ucieczki i bez zniewolenia.
Trzeci akapit: zwycięstwo, które jest pokorą
„wieniec zwycięstwa” – a zaraz dopisek, że pokora jest lekką koroną. To jest świetne, bo on znów zabezpiecza przed pychą: nawet „zwycięstwo” nad rozpaczą nie ma cię zrobić mędrcem z karkiem wyprostowanym, tylko kogoś, kto umie zgiąć kark bez upokorzenia.
I ostatnie zdanie jest genialne konstrukcyjnie: „gotów na wieniec… ale jeszcze nie do wygrania wojny.”
Czyli: masz etap, masz małe zwycięstwo, ale nie finał. To utrzymuje napięcie i sprawia wrażenie, że im dalej, tym głębiej – dokładnie to, co czujesz.
Dlaczego to daje efekt „im dalej, tym lepiej”
Bo on przechodzi od demolowania zewnętrznych złudzeń (tytani, kultura, wiedza) do demolowania wewnętrznych mechanizmów (rutyna jako znieczulenie, rozpacz jako uścisk, pycha jako korona). A to jest zawsze mocniejsze, bo dotyka czytelnika bezpośrednio.
RS:
Następny rozdział:
„Rozum to wierny, lecz wybredny towarzysz.”
Miłość, w której rozum jest w cuglach ciała, to tylko dotkliwa choroba umysłu. Słyszałeś o niej zewsząd, jej obraz najczęściej kreślą – i bez końca będą kreślić – wszelkiej maści wędrowni śpiewacy. Opiewają oni uniesienia serc, doprowadzające je do zniszczenia lub rozpaczy. Mimo tego ci ślepi poeci w tym obrazie nie dostrzegają obrzydliwej choroby, w której umysł doświadczanych kochanków jest ociemniały na wszelki rozsądek. Czemuż nie wychwalają pijaków? Wszak stan owy jest identyczny obu tych duchów.”
AW:
To jest kolejny typowy „agisowy” cios: bierze coś, co kultura traktuje jak świętość (miłość romantyczną), i zdejmuje z tego cały patos jednym brutalnym przestawieniem kategorii. Wychodzi prowokacja, ale też bardzo spójna kontynuacja jego wcześniejszych też o „świątyniach”, „kapłanach” i „mamieniu”.
Co tu jest mechanizmem
Najpierw aforyzm: „Rozum to wierny, lecz wybredny towarzysz.”
Czyli rozum nie jest automatem, który zawsze działa. Jest towarzyszem, który bywa obecny, ale ma warunki: wymaga energii, dyscypliny, trzeźwości.
Potem on definiuje miłość w wersji, którą atakuje
„Miłość, w której rozum jest w cuglach ciała” – to ważne, bo on nie atakuje każdej miłości, tylko taką, gdzie rozum jest zniewolony przez popęd i emocjonalny przymus. To jest miłość jako utrata steru.
Następnie robi kluczową operację: zamienia romantyczne uniesienie w jednostkę chorobową
„dotkliwa choroba umysłu” – to jest celowo odczłowieczające i obraźliwe wobec mitu miłości. Ale to działa, bo od razu zrywa z językiem poetów.
I wtedy wchodzi jego ulubiony wróg: kultura jako aparat reprodukcji złudzenia
Wędrowni śpiewacy „bez końca będą kreślić” ten obraz – czyli kultura będzie w nieskończoność produkować narrację, która usprawiedliwia utratę rozumu.
„ślepi poeci” i „obrzydliwa choroba” – on robi tu mocny kontrast: poeci widzą piękno i tragedię, ale nie widzą patologii mechanizmu.
Najostrzejsza puenta jest na końcu: miłość jak upojenie alkoholowe
„Czemuż nie wychwalają pijaków? Wszak stan owy jest identyczny obu tych duchów.”
To jest dokładnie jego styl: zestawia sakralizowane doświadczenie (miłość) z czymś społecznie pogardzanym (pijaństwo), żeby pokazać, że w obu przypadkach chodzi o ten sam fakt: zawieszenie rozsądku.
Dlaczego to jest i celne, i skrajne zarazem
Celne, bo romantyczna kultura naprawdę często idealizuje stany, które są psychicznie destrukcyjne: obsesję, utratę granic, samozatracenie. Skrajne, bo on wrzuca to w jedną kategorię „choroby” i „pijaństwa”, ignorując różnice: miłość może być też więzią, odpowiedzialnością, spokojem, czułością, etyką.
Ale w jego logice to ma sens: on walczy z kultem uniesienia jako wartości samej w sobie. I dlatego atakuje nie tyle uczucie, co mit, który robi z utraty rozumu cnotę.
RS:
dalej on sam wyjaśnia:
„Za jedyną godną szacunku uznaję potomka rozumu – miłość wypływającą ze szlachetnych zasad. Miłość tych pierwszych nie wynika bowiem z poznania pięknego ducha, ale z widoku i gestu ciała, co w ich zmysły godzi, jej sterem stają się zaślepione oczy – stąd kieruje ona tylko na mielizny dziecięcych uczuć, gdzie tonie uwieziona niczym Anthousa. Na czas owej miłości, zręczne dłonie rozumu zostają zakute w kajdany.”
AW:
Tak, tu on dopina dokładnie to rozróżnienie, które było już zasugerowane: nie „miłość w ogóle” jest dla niego chorobą, tylko miłość, w której rozum jest zniewolony przez ciało i impulsy. A „godna szacunku” jest ta, która jest „potomkiem rozumu”.
Co on robi w tych akapitach
Najpierw stawia definicję normatywną: szanowana miłość to ta „wypływająca ze szlachetnych zasad”. Czyli miłość jako wybór etyczny, nie jako zalew.
Potem kontrastuje ją z tą pierwszą (z wcześniejszego ataku):
• ona nie wynika z poznania ducha, tylko z „widoku i gestu ciała” (czyli z bodźca),
• jej sterem są „zaślepione oczy” (kluczowe: zmysł jako ślepy dowódca),
• prowadzi na mielizny „dziecięcych uczuć” (czyli niedojrzałość emocjonalna),
• i tonie jak Anthousa (mitologiczna figura tonąca/uwięziona – w każdym razie obraz uwięzienia i bezradności).
I puenta jest bardzo mocna: „zręczne dłonie rozumu zostają zakute w kajdany”. To jest świetne, bo rozum nie jest tu zimnym sędzią, tylko rzemieślnikiem – „zręczne dłonie” kojarzą się z umiejętnością prowadzenia życia. A miłość-impuls tę umiejętność unieruchamia.
Dlaczego to jest spójne z jego wcześniejszą „harmonią ciała i umysłu”
On konsekwentnie wraca do jednego ideału: umysł ma być wychowawcą ciała, nie jego niewolnikiem. W miłości „dziecięcej” ciało zaprzęga umysł; w miłości „potomka rozumu” rozum porządkuje namiętność według zasad.
I tu widać, czemu jego styl jest tak „matematyczny”: on nie opisuje odcieni, tylko ustawia oś:
• bodziec → kajdany → mielizny → utonięcie,
• zasady → ster → forma → szacunek.
RS:
Dalej pisze:
„Jeśli stajesz się niewidzący na wszystko inne, to żywisz tę pełną pogardy miłość, ulegasz ukrytej w każdym z nas chorobie. Choroba ta ożywa w słabym duchu, który nie kiełzna pragnień siłą własnej woli. Gdyby ogień czasu chciał wypalić na niej swą próbę, nie ostałaby się w jego płomieniu. Nie zniesie zwykłych usiłowań życia, dręczących ducha swym nienagannym znojem, tej nędzy codzienności, której przydać może pełne skarbów ulgi jedynie potomek umysłu – miłość prawdziwa.”
AW:
Tak, tu on domyka to rozróżnienie jeszcze ostrzej i robi to swoim ulubionym sposobem: testem wytrzymałości.
Pierwszy akapit: „choroba” jako brak panowania
„Jeśli stajesz się niewidzący na wszystko inne…” – to jest bardzo trafne jako opis obsesji: zawężenie pola widzenia, świat znika, zostaje jeden obiekt.
I on to nazywa „pełną pogardy miłością”. To brzmi dziwnie, ale w jego logice ma sens: taka miłość gardzi resztą świata, bo wszystko inne staje się przeszkodą albo tłem. To nie jest szacunek, tylko zawłaszczenie.
„ukryta w każdym z nas choroba” – tu robi ruch moralistyczny: to jest potencjał w każdym człowieku, ale „ożywa w słabym duchu”. I słabość definiuje wprost: brak zdolności kiełznania pragnień siłą woli. To jest jego stały ideał ascety: wolność = panowanie.
Drugi akapit: próba ognia czasu
To jest bardzo dobre literacko: „ogień czasu” jako próba. Czyli prawdziwość miłości sprawdza się w trwaniu, w codzienności, w tarciu życia.
„nie zniesie zwykłych usiłowań życia… nędzy codzienności” – on tu uderza w romantyczny mit, że miłość jest tylko uniesieniem. Dla niego miłość prawdziwa jest dokładnie tym, co daje ulgę w codziennym znoju, a nie tym, co od niego odrywa.
I najważniejsze: ulgę może dać tylko „potomek umysłu” – miłość prawdziwa. Czyli ta, która wyrasta z zasad, odpowiedzialności, formy, a nie z zaślepienia.
Dlaczego to „wgniata” mimo skrajności
Bo test jest uczciwy doświadczeniowo: wiele relacji opartych na impulsie rzeczywiście nie wytrzymuje:
• czasu,
• obowiązków,
• zmęczenia,
• codziennej powtarzalności.
A jego język robi z tego coś więcej niż banał o „motylkach”: daje obraz próby ognia i przeciwstawia „nienaganny znój” „skarbom ulgi”. To jest piękne i surowe zarazem.
Jednocześnie warto zauważyć jego twardy punkt widzenia: on wszystko opisuje przez pryzmat woli i siły ducha. Dla części czytelników to będzie inspirujące (bo nadaje odpowiedzialność), dla innych zbyt bezlitosne (bo nie widzi kruchości, traumy, przypadków). Ale literacko to jest konsekwentne: u niego prawda zawsze ma formę próby.
RS:
Dalej:
„Jej efemeryczny duch będzie wciąż poddawał cię próbie sił. Nigdy nie pozwól, by serce odniosło tryumf. Albowiem uczucie owo uchybia naszemu rozumowi. Zaś najniżej mierzy, gdy podziwiasz piękny, wszakże pusty obiekt swoich upodobań. O jakże czcze jest wszelkie piękno, jeśli jego bratnią duszą nie jest dostojna myśl. Tylko głupie serce tryska tanimi uczuciami jak źródło górskie bez przerwy i ponad potrzebną obfitość. Czyż ci, co skosztowali owej wielkiej miłości nie dowodzą tylko niedoświadczonego ducha, owej nieobliczalności umysłu będącej znamieniem dziecięctwa? Czyż chwalić należy dziecko przemierzające krainę obłąkania? Nie potępiam egzaltowanych duchów, tylko właściwie je oddaję.”
AW:
Tu on już nie tylko rozróżnia dwa typy miłości, ale próbuje ci „przestawić odruch wartościowania”: zamiast chwalić intensywność uczuć, każe chwalić formę, miarę i myśl. I robi to językiem, który jest jednocześnie piękny i bezlitosny.
Pierwszy akapit: zakaz triumfu serca
„Nigdy nie pozwól, by serce odniosło tryumf.”
To brzmi jak przykazanie. I od razu uzasadnia: uczucie uchybia rozumowi, czyli psuje ster, rozstraja narzędzie widzenia.
Potem jest bardzo mocne zdanie o „pustym obiekcie upodobań”: on uderza w zakochanie jako projekcję na „piękny obiekt”. Najniżej miłość mierzy, gdy podziwiasz piękno pozbawione myśli. I tu pada jego kluczowa para: piękno bez „dostojnej myśli” jest czcze. To znowu ta sama filozofia co wcześniej: wartość = forma ducha, nie dekoracja zmysłów.
Drugi akapit: kpina z obfitości uczuć
On przeciwstawia „głupie serce” i „tanie uczucia” źródłu górskiemu, które tryska bez przerwy i ponad potrzebę. To jest świetna metafora nadmiaru: intensywność nie jest cnotą, jeśli jest bez miary.
Potem idą pytania retoryczne, które robią dwie rzeczy:
• Odbierają status „wielkiej miłości” – traktują ją jako dowód niedojrzałości, dziecięctwa, nieobliczalności.
• Zrównują ją z obłąkaniem – i pytają, czy należy chwalić dziecko, które błądzi w tej krainie.
To jest najostrzejszy punkt. On świadomie ryzykuje, bo dla wielu ludzi to będzie policzek: ich „wielka miłość” zostaje nazwana symptomem dziecięctwa.
Trzecie zdanie: „Nie potępiam… tylko właściwie oddaję.”
To jest klasyczny zabieg Agisa: on odmawia potępienia, ale nie odmawia hierarchii. On mówi: ja was nie nienawidzę, ja was klasyfikuję. I to jest dokładnie to, co w nim bywa niepokojące: on bardzo chętnie ustawia ludzi na drabinie dojrzałości.
Co tu jest celne (bo jest)
• Obsesja na pięknym „obiekcie” naprawdę często jest projekcją, nie poznaniem osoby.
• Intensywność uczuć nie zawsze oznacza głębię; bywa brakiem miary i regulacji.
• Piękno bez wspólnej „myśli” (rozumianej jako wartości, sposób życia, charakter) często nie niesie trwałości.
Co jest skrajne (i może uwierać)
• On praktycznie utożsamia „wielką miłość” z niedojrzałością. To jest zbyt szerokie, bo istnieje też dojrzała, głęboka miłość, która jest intensywna, ale nie ślepa.
• Jego ideał jest ascetyczny: serce ma nie triumfować nigdy. To jest program dyscypliny, nie równowagi.
I mimo tego – literacko to jest konsekwentne: to ten sam autor, który wszędzie walczy z kultem, z mamieniem i z pychą. Tu tylko pokazuje, że najłatwiej zbudować „świątynię” nie z wiedzy, lecz z uczuć.
RS:
Dalej:
„Miłość młodzieńca czy dziewicy, opiewana w tylu księgach, jako pierwsze, niesfałszowane nuty serca, jest tylko dziełem niezaspokojonych cielesnych zmysłów. Im bardziej się nimi nasyca, tym wygrywa słabszą i cichnącą pieśń. Nim serce wyda czystej nuty dźwięki, młodość wygrywa na niej fałszywe melodie. Mogę zdać ci się surowym i pozbawionym owego wrażliwego serca, którym ludzie często tak nadmiernie epatują. Nie daj się zwieść. Pod osłoną tych tymczasowych uczuć ludzie kryją swe prawdziwe oblicze. Ja zaś w swej szczerości odsłaniam całą moją duszę.”
AW:
Tu on robi dwa rzeczywiste „ciosy” naraz: demitologizuje pierwszą miłość i od razu zabezpiecza się przed zarzutem o chłód, przestawiając rozmowę na temat szczerości i masek.
Pierwszy akapit: pierwsza miłość jako głód zmysłów
On bierze popularny mit („pierwsze, niesfałszowane nuty serca”) i mówi: nie, to nie serce, to niezaspokojone zmysły. Czyli: źródłem jest brak i napięcie cielesne, nie dojrzały wybór.
Potem robi bardzo dobry ruch dynamiczny: „im bardziej się nimi nasyca, tym wygrywa słabszą i cichnącą pieśń.”
To jest obraz, który tłumaczy, czemu te uniesienia bywają krótkie: zaspokojenie gasi napięcie, a więc gasi „pieśń”. Nie musi to być zawsze prawda, ale jako mechanizm często trafia.
I puenta: zanim serce wyda czyste nuty, młodość gra fałszywe melodie. To jest jego stały motyw „dziecięctwa”: młodość = niedojrzałość narzędzia, więc muzyka musi być fałszywa. Skrajne, ale spójne z jego teorią.
Drugi akapit: obrona przez odwrócenie zarzutu
Tu jest bardzo sprytnie:
„Mogę zdać ci się surowym…” – przewiduje reakcję czytelnika.
„Nie daj się zwieść.” – i natychmiast odwraca osąd: wrażliwe serce, którym ludzie epatują, jest często maską.
Potem pada ważniejsze: „Pod osłoną tych tymczasowych uczuć ludzie kryją swe prawdziwe oblicze.”
Czyli: uczuciowość jako zasłona, a nie jako prawda. To jest mocne, bo zwykle myślimy odwrotnie: uczucia = autentyczność. On mówi: uczucia mogą być teatrem.
I na koniec jest jego „gest spowiedzi”: „Ja zaś… odsłaniam całą moją duszę.”
To znów buduje autorytet oparty na szczerości, nie na czułostkowości. Tyle, że to jest też element retoryki: ogłasza się szczerym, więc ma przewagę moralną.
Dlaczego to znów działa jak „coraz lepsze”
Bo on przestaje tylko klasyfikować miłość, a zaczyna klasyfikować autentyczność. Mówi: nie oceniaj po miękkości tonu, tylko po prawdzie mechanizmu. I to jest jego najmocniejsza broń: rozróżnienie między uczuciem a uczciwością.
RS:
Dalej jest:
"Bogini miłości dzierży w jednej dłoni kielich pełen wykwintnego wina, a w drugiej pełen trucizny. Pij zawsze z kielicha trucizny, by nie przedłużać agonii."
AW:
To jest krótkie, ale bardzo „agisowe”: aforyzm, który wygląda jak mitologiczna sentencja, a w środku ma okrutną instrukcję.
Jak to czytać w jego logice
„Bogini miłości” z dwoma kielichami to prosta, mocna metafora dwoistości doświadczenia: miłość potrafi być ekstazą („wykwintne wino”) i potrafi być destrukcją („trucizna”). Do tej pory on konsekwentnie powtarzał: uniesienie jest podejrzane, bo zniewala rozum i prowadzi na mielizny.
Puenta „pij zawsze z kielicha trucizny, by nie przedłużać agonii” brzmi jak skrajny cynizm, ale w jego systemie to raczej radykalny postulat trzeźwości: nie wybieraj słodkiego upojenia, bo ono przeciąga proces zniewolenia i cierpienia. „Trucizna” jest tu paradoksalnie lekarstwem w sensie krótkiego bólu, który kończy iluzję szybciej.
Dlaczego to tak działa
• Jest wizualne i natychmiastowe: dwa kielichy, wybór, konsekwencja.
• Odwraca intuicję: trucizna jako mądrzejszy wybór.
• Domyka jego wcześniejszą tezę o miłości jako chorobie i pijaństwie: lepiej nie pić „wina”.
Co w tym jest niepokojące
To zdanie może też brzmieć jak program autodestrukcji albo emocjonalnego sabotażu: wybieraj cierpienie, żeby szybciej „mieć z głowy” miłość. W zdrowym odczytaniu trzeba pamiętać, że on mówi o typie miłości, którą wcześniej nazywał chorobą (miłość-zaślepienie), a nie o miłości jako wspólnocie zasad.
W skrócie: to jest ekstremalnie zwięzła wersja jego etyki: lepszy krótki ból prawdy niż długie upojenie iluzją.
RS:
Ja tu widzę cięty dowcip.
AW:
Tak, tu jest cięty dowcip – tylko nie taki „ha-ha”, bardziej czarny, suchy i okrutnie logiczny.
Dlaczego to jest dowcip (a nie tylko mroczna sentencja)
• Odwrócenie oczekiwania: skoro masz wybór między winem a trucizną, „normalnie” bierzesz wino. On każe wziąć truciznę. To jest klasyczna puenta: zderza mit romantyczny z brutalną instrukcją.
• Gra z językiem „picia”: miłość jako upojenie jest u niego stale zrównana z pijaństwem. Tu dopina klamrę: skoro i tak „pijesz”, to wybierz to, co kończy temat, a nie to, co przeciąga.
• Puenta w stylu lekarskim: „żeby nie przedłużać agonii” brzmi jak chłodna rada w sytuacji bez wyjścia. Humor bierze się z tej bezczelnej praktyczności w sprawie, którą kultura traktuje święcie.
I to jest typ humoru, który u niego często działa: śmieszne jest nie „żartowanie”, tylko bezwzględna konsekwencja. On bierze metaforę (kielichy) i doprowadza ją do końca, jakby dawał poradę BHP w miłości.
RS:
Ja się mocno uśmiałem.
AW:
W pełni rozumiem, czemu. To jest ten rodzaj żartu, który działa jak gilotyna: jeden obraz, dwa kielichy i nagle zamiast romantycznej alegorii dostajesz instrukcję „bierz truciznę, skrócisz cierpienie”. Absurdalne, bezczelne i jednocześnie wewnętrznie „logiczne” w jego systemie.
I najlepsze jest to, że on robi to tak serio, jakby mówił coś oczywistego. To podkręca komizm: nie ma mrugnięcia okiem, jest chłodna porada, jakby chodziło o wybór napoju w karczmie.
Kolejny taki „suchar-agisowy” moment do wyłapania, to w podobnym rejestrze często działa u niego:
• zderzenie patosu z fizjologią (wino/pijaństwo, ciało/rozum),
• królewska metaforyka (berło, korony) użyta do obnażenia pychy,
• „pochwała”, która jest w istocie policzkiem („pozwalam ci…”).
RS:
Następny akapit:
„Badając swe serce nauczysz się właściwie kochać, rozum wówczas okaże się wdzięcznym towarzyszem i pozwoli ci poznać nowe oblicza nieskalanych uczuć. Nagrodzi wysublimowanym smakiem wierności, której korzeniem jest stałość. Uzbroi cię w tarczę przeciw podstępom tytanów. Tylko serca wytrwałe w ciągłym działaniu są drogocennym kruszcem, inne rozsypują się w pył pozostawiony po płomieniu. Pamiętaj jednakoż, iż w sercu istnieją pragnienia głęboko skrywane, których lepiej nie wydobywać.”
AW:
To jest fajny moment, bo po całym „trucizna vs wino” on wraca do tonu bardziej „instruktażowego” i prawie czułego, ale nadal zostawia kolec na końcu.
Pierwszy akapit: miłość jako trening serca pod opieką rozumu
„Badając swe serce nauczysz się właściwie kochać” – czyli nie spontaniczność, tylko samopoznanie i ćwiczenie. Rozum ma tu rolę nie kata, tylko wdzięcznego towarzysza: pomaga zobaczyć „nieskalane uczucia”, a nagrodą nie jest ekstaza, tylko „smak wierności” i „stałość”. To jest bardzo konsekwentnie antyromantyczne: zamiast fajerwerków dostajesz smak, zamiast uniesienia – trwałość.
I znowu spina to z tytanami: rozum uzbraja cię w tarczę przeciw podstępom. Czyli nawet miłość jest polem, na którym fałszywi bogowie (kult, pycha, iluzje) próbują wejść.
Drugi akapit: serce jako kruszec
„Serca wytrwałe w ciągłym działaniu” – ważne: wytrwałość nie jest tylko uczuciem, ale działaniem. U niego wartość zawsze jest praktyczna. A reszta „rozsypuje się w pył” – wraca jego motyw prochu, popiołu, spalania. Miłość bez stałości to płomień, po którym zostaje pył.
Trzeci akapit: nagły cień
„w sercu istnieją pragnienia… których lepiej nie wydobywać.”
To jest bardzo ciekawe, bo burzy prosty ideał „poznaj siebie do końca”. On mówi: są pragnienia skrywane, które lepiej zostawić w ciemności.
I to może znaczyć dwie rzeczy (obie pasują do Agisa):
• Asceza i dyscyplina: nie każde pragnienie zasługuje na głos; wydobycie go może dać mu moc nad tobą.
• Psychologiczna ostrożność: są treści, które rozgrzebane zaczynają żyć własnym życiem i zatruwają spokój; czasem lepsza jest integracja przez dystans niż przez „wydobycie”.
To jest właśnie ten jego styl: daje ci receptę (badanie serca + rozum + stałość), a na końcu mówi: ale uważaj, bo nie każdy wykop w głąb jest dobry.
RS:
Następny rozdział to tylko jedno zdanie jako cytat podane:
„Umysł jest zupełnie ślepy na wiek ciała, które go obleka.”
AW:
To zdanie jest krótkie, ale robi dużą robotę, bo przestawia perspektywę na relację „ja” (umysł) – „nośnik” (ciało) i na temat czasu.
Jak to rozumieć w logice Agisa
Umysł nie ma w sobie naturalnego zegara biologicznego. „W środku” możesz czuć się tak samo młodo, tak samo buntowniczo, tak samo zachłannie albo tak samo lękliwie, mimo że ciało się starzeje, słabnie, zmienia rytm. Czyli subiektywne „ja” ma tendencję do ciągłości, a ciało do nieubłaganego procesu.
To pasuje do jego wcześniejszych motywów:
• znoju codzienności i „pręgierza doczesności” – ciało jest tym, co cierpi czas,
• wyobraźni jako okładu – umysł może budować światy i ulgi, ale nie uwolni ciała,
• harmonii umysł–ciało – dojrzałość polega na tym, żeby umysł przestał ignorować realność ciała i nauczył się z nią współpracować.
Dlaczego to jest dobre (i trochę gorzkie)
Bo w jednym zdaniu pokazuje źródło wielu ludzkich błędów: planujemy, pragniemy i oceniamy siebie tak, jakbyśmy mieli nieskończony zasób czasu i siły, a potem rzeczywistość ciała nas „dogania”. Umysł jest ślepy, więc potrzebuje ćwiczenia i „strażnika” – dokładnie to, co Agis wcześniej powtarzał.
RS:
Następny rozdział:
„Oto dobrowolni potomkowie Syzyfa, toczący swój głaz bez konieczności wyroku; chcący wznieść się ponad niego, przez dopełnienie bezużytecznego celu.”
„ Ambicja to owa rzecz kształtowana przez pragnienia miałkich umysłów znajdujących wyniesienie we wzrastaniu w oczach innych. Jeśliby nawet istotnie byli w czymś lepsi od nich, to w czym poczytać można ich tryumf? Otrzymujesz dary, swe talenty, na ślepo bez boskiego planu, nie ma w nich twojej chwały ani zasługi. Jakąż chwałę bowiem da wyrobnikowi użycie narzędzi względem tego, który owych narzędzi nie posiada? Ponadto czymże jest sukces, jak nie tylko gromadzeniem popiołu?”
AW:
To jest bardzo „agisowe” uderzenie w ambicję i w całe społeczne mierzenie wartości, tylko ubrany w mit Syzyfa i w jego ulubione obrazy prochu/popiołu.
Pierwszy wers: dobrowolni Syzyfowie
„Potomkowie Syzyfa… bez wyroku” – to jest świetne, bo od razu rozdziela cierpienie konieczne od cierpienia wybranego. Syzyf ma wyrok. Ci ludzie sami sobie go robią: toczą głaz, bo chcą „dopełnić bezużyteczny cel” i wznieść się ponad innych. Czyli ambicja jako dobrowolna kara.
Pierwszy akapit prozy: ambicja jako pragnienie wyniesienia
On definiuje ambicję w najbardziej kompromitujący sposób: nie jako dążenie do mistrzostwa, tylko jako potrzeba rośnięcia „w oczach innych”. To spina się z jego wcześniejszym atakiem na „czcicieli” i „zwierciadło pychy”.
A potem zadaje pytanie, które jest jego ulubioną bronią: nawet jeśli jesteś lepszy, to co z tego? „W czym poczytać można ich tryumf?” – czyli: jaka jest realna wartość triumfu, jeśli jego miarą jest cudze spojrzenie.
Drugi akapit: demontaż zasługi i „chwały”
„Talenty dostajesz na ślepo… bez boskiego planu” – tu on atakuje ideę, że można sobie przypisać moralną zasługę za wrodzone dary. To jest w gruncie rzeczy bardzo trafne: różnice startowe są w dużej mierze losowe.
Metafora wyrobnika i narzędzi jest okrutna, ale celna: nie ma chwały w tym, że ktoś używa narzędzi, których inny nie ma. To jest krytyka porównań jako niesprawiedliwych, bo zakładają równe wyposażenie.
Puenta: sukces jako popiół
„czymże jest sukces, jak nie tylko gromadzeniem popiołu?” – wraca jego obsesja: proch, popiół, pył. Tu sens jest jasny: sukces jest nietrwały, zostaje po nim kurz i ślad próżności; a w dodatku wymaga spalania (energii, życia, czasu), więc wytwarza „popiół” dosłownie i metaforycznie.
Co jest w tym mocne i dlaczego działa
• Nie krytykuje lenistwa. Krytykuje ambicję jako uzależnienie od uznania.
• Nie mówi „nie rób nic”. Mówi: nie buduj sensu na porównaniu i na chwałach.
• Wprowadza losowość talentów, co podcina moralny triumfalizm.
Gdzie on jest skrajny
On wrzuca do jednego worka ambicję próżną i ambicję rzemieślniczą (dążenie do jakości dla samej jakości). W realnym życiu da się mieć ambicję, która nie jest „w oczach innych”, tylko jest wiernością standardowi pracy. Agis zwykle celowo tnie to na ostro, żebyś nie mógł się łatwo usprawiedliwić.
RS:
W tym samym miejscu (kilka akapitów wcześniej) narrator mówi o „masce ulepionej z zasad społecznych” i nazywa sukces „bękartem ambicji” — czyli nie atakuje samego wysiłku, tylko społeczną grę: prestiż, uznanie, hierarchię, „wzrastanie w oczach innych”.
AW:
Ambicja w jego słowniku to nie „chcę być lepszy od wczoraj”, tylko „chcę znaczyć więcej w cudzych oczach”. Dlatego ją rozbiera do kości: talenty są „dane”, sukces jest „popiołem”, a to, co budowane na zewnętrznym uznaniu, i tak finalnie przegrywa z czasem.
A cytat „Trwa chwilę…” robi tu robotę filozoficznego młota: nawet jeśli coś „trwa długo”, to w logice egzystencjalnej jest chwilą, bo definicją jest kres. To podcina nogi ambicji rozumianej jako budowanie czegoś „na trwałe” w świecie, który trwałości nie gwarantuje.
Czy to skrajność? Tak, w tonie i w bezlitosnej konsekwencji. Ale nie wygląda na pustą sztuczkę. To jest spójny „układ nerwowy” tej prozy: konsekwentnie rozbraja wszystkie pocieszenia, które zwykle mają osłodzić życie (sukces, chwała, autorytet, „wiedza ostateczna”, nawet romantyczna miłość), i zostawia to, co według niego nie jest dekoracją.
RS:
Następny akapit:
„Jedyny sens to mierzyć się ze samym sobą. Pomimo tego i ta walka nie powinna wzbudzać w tobie własnej godności i przydawać ci szacunku we własnych oczach. Jakąż wartością jesteś bowiem i podług jakiej miary? Swojej własnej? Opinie tłumu głupców już odrzuciłeś. Być może pewnego dnia znajdziesz zwierciadło, co ujawni twój niesfałszowany kształt, aliści nie ręką ludzką zostanie ono wypolerowane.”
AW:
To jest jeden z kluczowych momentów jego „etyki bez ambicji”: nawet jeśli wyrzucasz z gry tłum i prestiż, to najłatwiej zrobić sobie nowy ołtarz z… własnej godności. I on to od razu gasi.
Co tu dokładnie robi
Najpierw daje jedyny dopuszczalny kierunek: „mierzyć się ze samym sobą”. Czyli jeśli w ogóle masz mieć jakąś „walkę”, to nie z innymi, nie o uznanie, tylko o własne wypaczenia, słabości, iluzje.
A po chwili robi przewrót: nawet ta walka nie ma ci dać poczucia godności ani szacunku do siebie. To jest jego anty-nagroda. Nie chodzi o to, żebyś po treningu ducha czuł się „kimś”. Masz być lepszy w działaniu, ale nie większy w sobie.
I potem pada najważniejsze pytanie: „Jakąż wartością jesteś i podług jakiej miary?”
On rozbraja każdą miarę po kolei:
• miara tłumu odpada (już ją odrzuciłeś),
• miara własna jest podejrzana, bo jest auto-uznaniem (kolejna pycha),
• więc zostaje pytanie o miarę „prawdziwą”.
I tu wchodzi obraz „zwierciadła”:
„Być może pewnego dnia znajdziesz zwierciadło, co ujawni twój niesfałszowany kształt” – to jest obietnica jakiejś obiektywności, ale natychmiast ją zabezpiecza: „nie ręką ludzką zostanie ono wypolerowane.”
To znaczy: nie będzie to lustro społeczne (opinie), ani lustro ego (samouwielbienie), ani lustro wyhodowane przez kulturę (kolejna świątynia). On sugeruje miarę spoza ludzkiej gry: coś jak konieczność, czas, natura, los, prawda, może nawet „pierwotna esencja”, o której mówił wcześniej.
Dlaczego to tak „dobija”
Bo zabiera ci ostatnią wygodną nagrodę: poczucie, że skoro odrzuciłeś tłum, to możesz przynajmniej być dumny z siebie. On mówi: to też jest pycha, tylko w lepszym przebraniu.
I to jest bardzo spójne z wcześniejszym: „pełne uwielbienia oblicza głupców stają się zwierciadłem własnej pychy… nie spoglądaj w nie”. Tu rozwija to dalej: nawet własne oczy mogą być takim lustrem.
RS:
Cały utwór wydaj a się dziwnie przejaskrawiony, jakby doskonały w tej formie przejaskrawienia - a jednak bardzo żywy, nie odbiera mu to autentyczności, normalności.
AW:
To, co opisujesz, bardzo pasuje do tego, jak ta „Bajka…” działa w odbiorze: jest jednocześnie maksymalnie skondensowana i maksymalnie „żywa”.
Dlaczego może się wydawać „skrajnie doskonała”
• Brak waty: on prawie nigdzie nie „wypełnia”. Każde zdanie coś robi: albo tnie złudzenie, albo buduje obraz, albo daje regułę, albo odwraca regułę.
• Rytm dowodu: rozdziały są jak kolejne kroki w wywodzie – nawet gdy jest poetycko, to czuć logikę: definicja → pułapka → konsekwencja → ostrzeżenie.
• Samokontrola pychy: kiedy już mógłby utonąć w patosie, często wstawia zabezpieczenie (nie bądź nauczycielem, nie patrz w lustro, nie triumfuj). To daje wrażenie, że tekst „pilnuje” samego siebie.
Dlaczego jednocześnie bywa „prawdziwa i normalna”
Bo pod tą górnolotnością on opisuje bardzo zwykłe mechanizmy, tylko w ostrym świetle:
• jak działa potrzeba uznania,
• jak człowiek robi sobie bogów z autorytetów,
• jak rutyna chroni przed lękiem,
• jak miłość potrafi być upojeniem,
• jak łatwo pycha przebiera się za „mądrość”.
I to jest chyba twoje „normalna”: treść dotyka czegoś codziennego, nawet jeśli forma jest mitologiczna.
Skąd górnolotność (i czemu tu nie przeszkadza)
U niego górnolotność nie jest ozdobą, tylko narzędziem nacisku. Te „tytany”, „świątynie”, „berła”, „wieńce” to są metafory władzy i kultu – czyli on podnosi rejestr, żeby pokazać, że stawka jest wysoka: chodzi o to, kto rządzi twoim umysłem.
A kiedy to działa naprawdę dobrze, to właśnie dlatego, że podniosły ton spotyka się z czymś niepodważalnym (czas, ciało, codzienność, pycha). Wtedy górnolotność nie brzmi jak pozowanie,
RS:
Dalej:
„Pierwsze promienie ambicji oświetliły umysł chylący się ku upadkowi.”
Upłynęła era młodości, minął czas, gdy nieznajomość życia pozwalała rozgrzeszyć małe podłości. Idąc dalej drogą ambicji, zostaniesz wystawiony na próby, którym się nie oprzesz – nie znajdziesz już więc oczyszczenia. Religia pieniądza ma swego ukrytego boga, co zza kulis pociąga sznurkami swoich marionetek. Kult ten zabija drgania serca czyniące z nas istoty czyste i rozumne, zostawiając tylko skorupę ciała. Taka jest właściwość serca, że przez wytrwałość w podłym działaniu zapomina swej roli.”
AW:
To jest bardzo mocny ciąg, bo on tu łączy trzy rzeczy w jedną spiralę: ambicję → nieodwracalność moralną → religię pieniądza jako system, który z ludzi robi marionetki. I robi to tak, że „pierwsze promienie” są właśnie sygnałem katastrofy, nie nadziei.
Pierwsze zdanie (aforyzm) jest odwróceniem normalnej metafory światła
„Pierwsze promienie ambicji…” – zwykle promienie = oświecenie, początek drogi. U niego to jest światło, które pada na umysł „chylący się ku upadkowi”. Czyli ambicja nie budzi, tylko obnaża i przyspiesza rozkład. Bardzo cyniczne, ale spójne z całą jego wojną z ambicją.
Drugi akapit: próg dorosłości i utrata „oczyszczenia”
„Era młodości minęła” – i koniec taryfy ulgowej: kiedy jesteś młody, można rozgrzeszać drobne podłości niewiedzą, niedoświadczeniem. Ale dalej już nie.
„Idąc dalej drogą ambicji, zostaniesz wystawiony na próby, którym się nie oprzesz” – tu jest fatalizm. On zakłada, że ambicja nie jest neutralna: w pewnym momencie wymusi na tobie kompromisy i podłości. I jeśli im ulegniesz, „nie znajdziesz już oczyszczenia” – to jest surowe: jakby był punkt, po którym charakter się „zapieka”.
To mocno koresponduje z wcześniejszymi fragmentami o sercu jako kruszcu i o tym, że wytrwałość w działaniu ma wagę. Tu pokazuje stronę ciemną: wytrwałość w podłości też utrwala.
Trzeci akapit: religia pieniądza jako teatr marionetek
To jest u niego jeden z najmocniejszych obrazów społecznych:
• „religia” – czyli system czci i rytuałów,
• „ukryty bóg” – coś, co działa zza kulis,
• „pociąga sznurkami” – ludzie myślą, że działają wolą, a są sterowani.
I potem idzie w jego ulubioną metafizykę serca: kult pieniądza „zabija drgania serca”, zostawia skorupę. Czyli nie tylko deprawuje, ale odczłowiecza.
Ostatnie zdanie jest psychologicznie bardzo celne
„przez wytrwałość w podłym działaniu zapomina swej roli.”
To znaczy: nie trzeba jednego wielkiego upadku. Wystarczy codzienna powtarzalność małych podłości. Serce (sumienie, wrażliwość) adaptuje się, znieczula i w końcu przestaje reagować. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który wcześniej opisywał jako rutynę i „jałową myśl” – tylko teraz w wersji moralnej.
Dlaczego to robi takie wrażenie
Bo on nie moralizuje w stylu „bądź dobry”. On pokazuje mechanizm: ambicja wciąga w próby, próby w kompromisy, kompromisy w nawyk, a nawyk w znieczulenie. I nagle „religia pieniądza” nie jest metaforą, tylko nazwą dla siły, która tę spiralę organizuje.
RS:
Dalej ostatnie akapity tego rozdziału:
„Świat jest pchany w przód przez ludzi o krańcowych naturach, do cna złych lub dobrych, nierozumnie nieczułych na uchybienia innych. By iść w zgodnym z nim kierunku, musiałbyś stać się jak oni. To kolejny wybór przed którym stajesz. Dlaczego wybrać inną drogę? Nie osiągając pomyślnego rezultatu ambicja będzie cię wieść w swoim jarzmie. Czyż nie zakuwa nas w pęta szepcząc do uszu zaklęcia dni beztroski? Odnosząc sukcesy, ambicja nadal będzie niezaspokojona, jej nieposkromiony głód wydrze ci serce i nerki.
Bądź niewolnikiem rzeczy właściwych, płynących z głębi serca naszej istoty, być może tak odnajdziesz najważniejszą ścieżkę, na której końcu są odpowiedzi o wszelki sens. Nie ustawaj w tym, gdyż tylko to godne jest poświęcania na to iskry życia.
Piszę to jako ostrzeżenie dla ciebie, mnie ze względu na mą naturę nigdy nie dosięgło żądło aspiracji. Maska ulepiona z zasad społecznych zawsze mi ciążyła, a trzeba wszelako ją gorliwie nosić, by spłodzić sukces, tego bękarta ambicji”
AW:
To jest bardzo mocne domknięcie, bo on tu robi trzy rzeczy naraz: diagnozę „napędu świata”, opis pułapki ambicji w obu wariantach (porażka i sukces) i na końcu autoportret – który tłumaczy, skąd ta bezlitosna konsekwencja.
Pierwszy akapit: świat pchany przez skrajności
On mówi: świat idzie do przodu dzięki ludziom krańcowym, „do cna złym lub dobrym”, nieczułym na uchybienia innych. To jest celne jako obserwacja pewnego typu sprawczości: ludzie umiarkowani, empatyczni, widzący złożoność częściej się wahają; skrajni idą jak taran.
I zaraz: żeby iść z prądem świata, musiałbyś stać się jak oni. To jest „wybór” moralny, nie zawodowy. On znowu stawia cię na rozdrożu: być sprawczym kosztem wrażliwości albo pozostać człowiekiem kosztem „postępu”.
Drugi akapit: ambicja jest pułapką zawsze
To jest świetne, bo on nie zostawia furtki:
• Gdy nie osiągasz rezultatu – ambicja ciągnie cię w jarzmie, obiecuje „dni beztroski” i trzyma w pętach obietnicą przyszłej ulgi.
• Gdy osiągasz sukces – też nie ma ulgi: ambicja jest niezaspokojona, głód „wydrze serce i nerki”. To jest brutalny obraz: sukces jako rozbiórka wnętrza.
To jest bardzo dobre psychologicznie: ambicja jako mechanizm, który żywi się brakiem (porażka) i natychmiast przekształca osiągnięcie w nowy brak (sukces). Dlatego on ją nazywa jarzmem.
Trzeci akapit: „bądź niewolnikiem rzeczy właściwych”
Tu jest paradoks, który u niego jest świadomy: on nie obiecuje wolności „od wszystkiego”. On mówi: i tak będziesz czyimś niewolnikiem – więc wybierz niewolę właściwą. To jest etyka przymusu: człowiek zawsze jest związany czymś, pytanie czym.
„rzeczy właściwe, płynące z głębi serca naszej istoty” – tu wraca jego „pierwotna esencja”. I dopina to: tylko to jest godne poświęcania „iskry życia”. Czyli sens jest w wewnętrznej wierności, nie w zewnętrznym rezultacie.
Czwarty akapit: autoportret i wiarygodność
„Piszę to jako ostrzeżenie… mnie nigdy nie dosięgło żądło aspiracji.”
To jest bardzo ciekawy moment, bo on sam siebie pozycjonuje jako kogoś, kto nie ma tej choroby. To może brzmieć jak przechwałka, ale on natychmiast dodaje rzecz bardziej ludzko-gorzką: „maska ulepiona z zasad społecznych zawsze mi ciążyła”.
I tu jest jedno z najlepszych określeń w całym fragmencie: sukces jako „bękart ambicji”. Czyli sukces jest nieślubnym dzieckiem, czymś podejrzanym, powstałym z relacji, której on nie uznaje za czystą. A żeby go „spłodzić”, trzeba nosić maskę – grać rolę, dopasować się do reguł.
To wszystko razem bardzo wzmacnia wrażenie autentyczności: on nie tylko potępia ambicję, ale mówi, że sam nie umiał/nie chciał nosić maski, więc sukcesu nie „spłodził” i nie zamierza. To jest konsekwentne.
RS:
Cały rozdział 9:
„ Esencja
„Oko w harmonii znajduje tę przyjemność co umysł w poznawaniu rzeczy.”[55] [cały rozdział uszkodzony]
[… Tekst uszkodzony]”
AW:
To zdanie jest świetnym „zawiasem” całej książki, nawet jeśli reszta rozdziału zniknęła, bo streszcza jeden z najbardziej agisowych ideałów: żeby poznanie nie było ani suchą matematyką, ani narkotykiem zmysłów, tylko stanem zestrojenia.
Co ono mówi dosłownie
„Oko w harmonii” doświadcza przyjemności podobnej do tej, jaką „umysł” ma w poznawaniu. Czyli:
• ład (proporcja, rytm, sensowny układ) jest dla oka tym, czym prawda/rozumienie jest dla umysłu;
• zmysł i rozum mają analogiczną satysfakcję, kiedy dostają to, co „właściwe” dla ich natury.
Dlaczego to pasuje do twojego odczucia „doskonałe, a normalne”
Bo to zdanie jest górnolotne w formie, ale mówi o czymś zupełnie codziennym: o tym, że człowiek lubi, gdy coś „się składa”. Tak jak cieszy oko dobrze ułożony kadr, tak cieszy umysł moment, kiedy rozumiesz mechanizm.
Jak to się spina z wcześniejszymi rozdziałami, które cytowałeś
• Po jego wojnie z „szatami epok”, ambicją i kultem: to jest próba wskazania czystego kryterium wartości, które nie jest ani tłumem, ani maską.
• Po jego ostrzeżeniach przed zniewoleniem słowem: to zdanie mówi, że istnieje przyjemność nie z „upojenia”, tylko z harmonii i poznania.
• Po wątku o „pierwotnej esencji”: harmonia bywa u takich autorów nazwą dla esencji uchwytnej bez kultu i bez mody.
Co mógł robić cały rozdział „Esencja”, gdyby nie był uszkodzony (hipotezy, nie twierdzenia)
• Zdefiniować esencję jako harmonię : coś, co rozpoznajesz jakby „od środka” – bez dowodu, ale też bez egzaltacji.
• Ustawić most między estetyką i etyką : skoro oko czuje harmonię, a umysł czuje prawdę, to „esencja” może być tym, co łączy piękno z właściwą myślą (to wraca w rozdziałach o miłości i o czczości piękna bez myśli).
• Dać praktykę: jak odróżniać harmonię od „ładnie uszytej szaty” (czyli od samej formy, która zwodzi).
RS:
Następny rozdział:
Wybór
„Jak niebyt wyjaśni swą użyteczność?”
Ducha człowieczego ocenisz po tym, czego on jest niewolnikiem – bezrozumnego trwania, w którym radości i smutki życia zagłuszają wszelkie echa przemijania, lub grozy pozbawionego sensu własnego początku i końca. Wybierz roztropnie swoją drogę.”
AW:
To jest rozdział–klin: trzy linijki, a ustawia całą oś wyboru, którą Agis mieli od początku.
Cytat „Jak niebyt wyjaśni swą użyteczność?” jest prowokacją w jego stylu: niebyt (pustka, brak sensu, brak celu) z definicji nie ma „użyteczności”, więc samo pytanie jest jak otwarcie drzwi do pułapki. Jeśli próbujesz na nie odpowiedzieć wprost, już grasz w grę, w której sens ma być „wytłumaczony” przez coś, co sensu nie posiada. To jest jego sposób na pokazanie granicy rozumu: pewnych rzeczy nie da się usprawiedliwić, można tylko wybrać, jak wobec nich żyć.
Drugie zdanie to właściwy wybór, ale ujęty bardzo bezlitośnie: człowieka ocenisz po tym, czemu służy, co go trzyma na smyczy. I on daje dwie smycze:
Pierwsza to „bezrozumne trwanie”, w którym zwykłe emocje życia (radości, smutki) zagłuszają echa przemijania. To nie jest wcale opis „złych ludzi” – raczej opis trybu, w którym większość z nas potrafi funkcjonować: być zajętym, poruszanym zdarzeniami, a jednocześnie nie dopuszczać do siebie pytania o kres.
Druga smycz to „groza pozbawionego sensu własnego początku i końca”. Tu z kolei możesz być niewolnikiem nie rozproszenia, tylko lęku i metafizycznej paniki: patrzysz w nicość i ona cię pacyfikuje.
To jest ważne: on nie mówi „bądź świadomy przemijania i będzie dobrze”. On mówi raczej: ucieczka w życie i ucieczka w grozę to dwie odmiany niewoli.
„Wybierz roztropnie swoją drogę” brzmi jak moralitet, ale po tym, co wcześniej cytowałeś (milczenie, nie triumfuj, nie karm ambicji, nie noś maski dla sukcesu), ta „roztropność” u niego zwykle oznacza wybór najmniej fałszywej niewoli: takiej, która nie ogłusza i nie paraliżuje, tylko pozwala działać bez samooszustwa.
Jeśli mam to ująć jednym zdaniem: ten rozdział nie daje pocieszenia, tylko ustawia diagnozę — jesteś czyimś niewolnikiem, więc przynajmniej wybierz pana, który nie zrobi z ciebie ani ślepej marionetki życia, ani sparaliżowanej ofiary grozy.
RS:
Ale on nie daje trzeciej drogi - bo jej nie ma. On przedstawia trudny fakt.
AW:
Tak — i to jest w tym najbardziej „agisowe”. On nie sprzedaje rozwiązania, tylko stawia cię przed twardą strukturą świata, w której nie ma komfortowego wyjścia.
W tym krótkim fragmencie robi dokładnie to:
• Nie ma wolności absolutnej — zawsze jesteś „niewolnikiem” czegoś: albo ogłuszającego trwania, albo paraliżującej grozy początku i końca.
• Nie ma ucieczki w sens — bo „niebyt” nie umie wyjaśnić swojej „użyteczności”, więc nie dostaniesz metafizycznego uzasadnienia, które wszystko domknie.
• Jest tylko wybór sposobu znoszenia faktu — „wybierz roztropnie” u niego nie znaczy: „znajdź trzecią drogę”, tylko: „nie oszukuj się, wybierz świadomie, w którą niewolę wejdziesz”.
I dlatego to jest trudne: bo roztropność nie przynosi ulgi, tylko odpowiedzialność. On mówi wprost: świat nie daje ci trzeciego wyjścia, więc przestań go szukać.
RS:
Dalej jest równie przeraźliwie i prawdziwie:
„Posępna armia nieszczęść maszeruje równym rytmem po naszym życiu, niezależnie od wybranej ścieżki, jeśli zaś ominęła twoją krainę, to ból zadała twoim towarzyszom we współistnieniu. Nie zapominaj nigdy o tym, a zachowana pamięć niech skłania cię do okazywania czystej próby uczuć. Dni radosne to te, kiedy dobrowolnie jesteś ślepy. Nie odmawiam ci jednak tej chwilowej ulgi, o ile nie stanie się ona twoją trwałą skazą.”
AW:
Tak, to jest przeraźliwe właśnie dlatego, że on tu przestaje „filozofować o ideach”, a opisuje mechanikę cierpienia jako coś, co i tak idzie przez życie – niezależnie od twoich wyborów.
Pierwszy akapit: cierpienie jako stała, a nie „kara”
„Posępna armia nieszczęść maszeruje… niezależnie od wybranej ścieżki” – to jest bardzo mocne, bo odbiera złudzenie, że dobrą strategią życia da się w ogóle „ominąć” ból. Możesz zmienić rodzaj bólu, ale nie możesz wyłączyć jego marszu.
A drugi człon jest jeszcze gorszy (i właśnie dlatego prawdziwy): jeśli nie przyszło do ciebie, to przyszło do twoich „towarzyszy we współistnieniu”. Czyli nie ma komfortowej bańki: cierpienie przechodzi przez sieć relacji. Jeśli cię ominie, to i tak zobaczysz je u kogoś obok.
I on z tego nie wyciąga cynizmu, tylko obowiązek: pamięć ma skłaniać do „czystej próby uczuć”. To jest jego wersja etyki: nie sentymentalizm, tylko próba jakości uczuć w sytuacji, gdy ból jest pewnikiem. Jakby mówił: skoro nie unikniesz nieszczęść, to przynajmniej nie bądź byle jaki w tym, co dajesz innym.
Drugi akapit: radość jako dobrowolna ślepota
„Dni radosne to te, kiedy dobrowolnie jesteś ślepy.” – to jest genialne i okrutne, bo trafia w doświadczenie: radość często wymaga zawieszenia pamięci o przemijaniu i cudzym bólu. Nie zawsze, ale bardzo często.
I znów robi przewrót, który brzmi uczciwie: „Nie odmawiam ci tej chwilowej ulgi…” – czyli on nie jest sadystą, który zakazuje radości. On mówi: możesz być ślepy na chwilę, bo inaczej byś pękł.
Ale natychmiast stawia warunek: by ta ślepota nie stała się „trwałą skazą”. Czyli radość jako przerwa jest dozwolona, radość jako stały mechanizm wyparcia – już nie. To znów pasuje do jego wcześniejszej myśli o wyobraźni jako „okładzie”: ulga jest potrzebna, tylko nie może zastąpić widzenia.
To jest w sumie bardzo spójna „ludzka” część Agisa: on jest surowy, ale tu daje człowiekowi prawo do chwilowego oddechu. Tyle że nie pozwala z tego zrobić religii komfortu.
RS:
Jest absurdalnie prawdziwy: surowy a jednak nie mimo pozoru skrajności – nie skrajny.
AW:
Tak – byli. Agis jest „rzadką mieszanką”, ale jego nerw (bezlitosna prawda + forma, która naciska czytelnika) ma bardzo konkretną rodzinę w literaturze.
Tu najbliżej są klasyczni moraliści: La Rochefoucauld i Pascal. La Rochefoucauld pisał „Maxymy” jako epigramatyczne, często cyniczne obserwacje o ludzkim działaniu. Pascal z kolei zostawił „Pensées” jako dzieło nieukończone, złożone z fragmentów o ogromnej gęstości. Sam fakt „niedomknięcia” też jest tu ważny, bo u Ciebie działa podobnie: brak nie jest błędem, tylko formą.
Najbliższe skojarzenie to Nietzsche i „Tako rzecze Zaratustra” – połączenie filozofii z poetycką, „biblijną” frazą, parabolą, epigramem, parodią.
To ważne, bo u Agisa ten podniosły ton nie jest ozdobą – on jest narzędziem nacisku.
Cioran to inny biegun tej samej surowości: aforystyczny zapis rozpaczy i świadomości przemijania, często bez „trzeciej drogi”. Jest nawet opisywany wprost jako filozof–aforysta, a część jego książek ma postać niemal samych aforyzmów.
Swift (zwłaszcza „Podróże Guliwera”) to klasyczny przykład „savage satire” – satyry, która nie tylko śmieszy, ale rozbiera człowieka z godności i zostawia go z prawdą o społeczeństwie.
U Agisa ten nerw satyryczny też jest mocny: uroczysta fraza + ukryty gwóźdź.
Gombrowicz (np. „Ferdydurke”) to pokrewna energia demaskowania: atak na konwencje, „maski”, społeczne rytuały, przymus formy; groteska jako narzędzie.
A jeśli chodzi o krótkie, bezlitosne ciosy językowe, to Stanisław Jerzy Lec ma podobną „celność minimalizmu”.
On scala te tradycje w jedną maszynę: moralista (maxymy) + prorok (patos) + satyryk (szyderstwo) + instruktor w 2. osobie (ciągłe „ty”). I właśnie dlatego odbiór jest „absurdalnie prawdziwy”: czytasz nie jak opowieść, tylko jak serię nacisków na sumienie i samooszustwo.
czytaj dalej: Bajka, która wgniata w fotel: jak Agis buduje „maszynę” z akapitów - część czwarta